17 lutego 2010

Etiopski alfabet: A – F

Tagi: ·

Czy jest możliwe zatrzymanie się w jakimś miejscu, nawet na pierwszy rzut oka bezludnym, w którym nie pojawią się dzieci? (Fot. Marcin Michalski)

Po każdym przyjeździe słyszy się zawsze pytanie: jak było? Tak naprawdę, to nie wiem co mam powiedzieć… Tym razem potrzebowałem i wciąż potrzebuję dużo czasu, aby zebrać myśli i w jakiś sposób okiełznać zastaną etiopską rzeczywistość. Nie zamierzam jej porządkować, myślę zresztą że nie jest to możliwe i sensowne.

„Będąc w Afryce, Europejczyk widzi tylko jej część – zwykle jedynie zewnętrzną powłokę, często zresztą nie najciekawszą i może najmniej ważną”.

Ryszard Kapuściński

„Afryka nie da się streścić w jednym słowie. Istnieje tylko i wyłącznie w niezliczonych odmianach, posiada różne oblicza, formy i zwyczaje. […] Kto tego nie uznaje, próbuje generalizować i kierować się stereotypami, pozostanie z pustymi rękami”.

Moses Isegawa

W Etiopii w ciągu ostatnich kilku miesięcy było kilkaset osób z Polski (zadałem sobie trud policzenia polskich nazwisk w książce ewidencyjnej w parku narodowym Siemen Mountains), a większość z nich będzie zapewne chciało się podzielić z innymi swymi doświadczeniami. Tak emocjonalny wyjazd nie powinien moim zdaniem zostać ujęty w prostą formułkę typu: „byłem… widziałem… zjadłem… kupiłem…” Mój kolega, który wrócił z Etiopii tuż po moim powrocie, zapytał: „co tam widziałeś”? To z pozoru proste pytanie uświadomiło mi nietypowość moich doświadczeń. Widziałem… hmmm… ludzi. Ludzie i kontakty z nimi były najciekawsze, dlatego będą oni głównymi bohaterami Etiopskiego Alfabetu.
PS. Nie należy mieć nadziei, iż ów swoisty alfabet będzie czymś systematyzującym wiedzę o tym doprawdy niezwykłym kraju. Chciałem w pokorny, nie wyczerpujący tematu i czytelnika sposób opowiedzieć, co było dane mi przeżyć będąc tam, kilka godzin lotu od Polski…

A jak asfalt

Dziwnie rozpoczyna się opowieść o moim pierwszym kontakcie z Etiopią, ale asfalt to obok wody jedna z najbardziej kluczowych spraw w tym niezwykłym kraju. Po przylocie, kiedy już ruszyliśmy na objazd historycznej pętli północnej, trudno było uwierzyć, jak wyśmienita jest jakość etiopskich dróg. Spowijają one coraz większe połacie kraju. Prace drogowe są bardzo częstym widokiem, a ich rozmach czasem zawstydza…  Napływ pieniędzy z Banku Światowego sprawia, że coraz rzadszym widokiem stają się poruszające wzdłuż dróg tłumy ludzi, spowite gęstym, nieprzejednanym pyłem.

O jakość asfaltu w Etiopii dbają podobno między innymi Polacy (!) ale zauważalni są głównie Azjaci. (Fot. Marcin Michalski)

Muszę przyznać, że perfekcyjna gładź jezdni w pewnym momencie przyprawiła mnie o histeryczny śmiech, który zdziwił naszego kierowcę. „O co chodzi”? – zapytał. Odrzekłem, że nie mogę uwierzyć, że droga może wyglądać tak właśnie. Dobre drogi są gwarantem rozwoju i poprawy ogólnej kondycji kraju. Być może będzie dzięki nim możliwe skuteczniejsze pomaganie chorym, czy najuboższym. Łatwiejszy będzie dostęp do edukacji. Jest też zapewne wiele innych skutków tych pozytywnych i tych negatywnych, które przerastają moją wyobraźnię i doświadczenia nabyte w trakcie tej dwutygodniowej wizyty. O jakość asfaltu dbają podobno między innymi Polacy (!) ale zauważalni są natychmiast Azjaci, którzy walczą nie tylko z niepokornym kurzem, ale z upałem i innymi przeszkodami utrudniającymi posuwanie się prac naprzód. Znakomitej jakości drogi zostały częściowo położone przez Japończyków a obecnie przez konsorcja Chińskie. Widząc człowieka o dalekowschodnich rysach, kierującego ruchem za pomocą chorągiewki, zapytałem kierowcę, czy mijani robotnicy to Japończycy. Usłyszałem odpowiedź, że Japończyk nie marnowałby czasu na taką czynność. To z pewnością Chińczyk… Jedno zdanie, ale jak wiele daje do myślenia.

B jak bosonodzy

Czy chodzenie na boso można uznać za synonim biedy? Ryszard Kapuściński pisał w Podróżach z Herodotem, że na punkcie butów ma „lekkiego fioła”. Ów „fioł” wynikał z niczego innego, jak z chronicznej biedy. Myśl o butach była zapewne tak samo silna, jak myśl o jedzeniu. Miliony ludzi w Etiopii chodzą na boso. Widok dzieci biegnących tłumnie na spotkanie wywoływał u mnie poważne kłucie w żołądku, co spowodowane było widokiem ich małych stópek stąpających w szaleńczym pędzie po ostrych kamieniach… Byle tylko zdążyć na spotkanie z nieznajomymi! Widziałem osoby, które starały się wyjść poza ramy bycia „bosonogim” i chodziły w wykonanych ze sprasowanych, plastikowych butelek „sandałach” czy „katowały” resztki tego, co kiedyś było butami. Zawsze to coś! Dziwnym widokiem są targi, na których leżą pokaźne stosy plastikowych butów z Chin, a wokół nich chodzą bose tłumy. Jakże często zapominamy, że gdzieś tam żyją ludzie, dla których buty są tak odległym marzeniem…

C jak choroba

Chcąc, nie chcąc w czasie wyjazdu spotykałem się z chorobą. Była to choroba czyjaś. Zawsze uczestnictwo w takich momentach daje wiele do myślenia, a nade wszystko „przywraca do porządku” delikwenta (czyli mnie), który narzeka, że coś mu doskwiera. W Etiopii spotkania z osobami chorymi miały podobny przebieg. Nieoczekiwanie na drodze pojawiał się tłum ludzi, który usilnie starał się zatrzymać samochód, którym się poruszaliśmy. Szybko zorientowałem się, że pod białym prześcieradłem, na prowizorycznych noszach lub bezpośrednio na rękach tych desperatów znajduje się ktoś, kto potrzebuje natychmiastowej pomocy. Prośby do kierowcy nie odnosiły żadnego skutku. Wiedziałem, że za kolejnym razem trzeba będzie przejechać, zostawiając w tyle zawiedzione ludzkie nadzieje i czyjś kruchy los… Straszne to uczucie. Kierowca powiedział, że gdybyśmy wzięli tego człowieka do samochodu, a gdyby powiedzmy zmarł w czasie jazdy, mielibyśmy poważne problemy. Trudno dyskutować w obliczu takiej argumentacji. Innym razem zobaczyłem ładną dziewczynę z potwornie przerośniętą tarczycą. Znów rozpętało to dyskusje, z których by wynikało, że najlepiej po prostu nie chorować, bo dostęp do opieki medycznej jest delikatnie mówiąc utrudniony…

Jadąc poprzez góry Siemen samochód został znów zatrzymany. Tym razem coś poważnego stało się jakiemuś turyście. Kombinacja potężnego upału (biorąc pod uwagę ujemne temperatury w Europie) i duża wysokość zrobiły swoje. Kto wie, czy nie przywiózł on z południa kraju malarii. Dziwnie i źle było mi, będąc zdanym za zimne, pozbawione skrupułów, jednak logiczne tłumaczenia kierowcy, że i tym razem nic nie możemy zrobić. Na szczęście jechał po owego nieszczęśnika transport.  Gdyby nie był on obcokrajowcem, jego los mógłby być przesądzony. Od kierowcy otrzymaliśmy adres jakiegoś znakomitego zielarza, który przyjmuje w Addis Abebie. Dokonuje on takich „cudów”, że lekarze uprawiający tradycyjną medycynę bardzo liczą się z jego zdaniem. Niestety tylko nieliczni są w stanie dotrzeć po pomoc do stolicy…


Któregoś poranka usłyszałem przeraźliwy krzyk. „Pewnie ktoś umarł” powiedział bez emocji człowiek widzący moje zainteresowanie. Rzeczywiście nieopodal trwała ceremonia, będąca swoistym spektaklem. Do miejsca spoczynku zmarłej przybywali odziani na biało ludzie. Kobieta będąca odpowiednikiem „płaczki” (dziś pewnie już się w Polsce nie praktykuje takich rzeczy) pokazywała zgromadzonym portret zmarłej. Przepełniona rozpaczą córka biegała z krzykiem pomiędzy ludźmi.

Specyficznie wygląda wszechobecna biel ubrań żałobników. W naszej kulturze biel związana jest z momentami „włączenia” do kolejnych etapów życia poprzez chrzest, bierzmowanie, ślub. Biel od dawien dawna  była uznawana jako kolor radości. Śmierć, jako że „wyłącza” człowieka spośród żywych zaznaczana jest kolorem czarnym. Może to dziwne, ale gdziekolwiek jestem zawsze staram się zobaczyć cmentarz. Czy to Rosja, czy Liban, czy Islandia, poprzez cmentarz można uzupełnić obraz odwiedzanego kraju. Na koniec tego wątku zapraszam do zapoznania się z artykułem na temat afrykańskich pogrzebów.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Marcin Michalski

Marcin Michalski

Na co dzień pedagog specjalny - zajmuje się osobami z autyzmem. Praca do łatwych nie należy, więc czasem udaje się to tu to tam i snuje przemyślenia na temat odwiedzanych miejsc.
Podobne artykuły
Etiopia – kraj kawą pachnący

Etiopia – kraj kawą pachnący

W amharskim, urzędowym języku Etiopii, na kawę mówi się bunna. Można się jej tu napić na każdym rogu i o każdej porze. Etiopczycy pili kawę od zawsze. Bo Etiopia to ojczyzna kawy....
Etiopski alfabet: N – Z

Etiopski alfabet: N – Z

W trzeciej i ostatniej części alfabetu etiopskiego dowiecie się, jak wygląda sytuacja religijna w tym afrykańskim państwie, co się dzieje na ulicach i co oznacza dla Etiopczyków system....
Etiopski alfabet: G – M

Etiopski alfabet: G – M

Druga część etiopskiego alfabetu. Czym jest dla Etiopczyków godność i jaki mają stosunek do Jezusa? Na te pytania próbuje na swój sposób odpowiedzieć Marcin Michalski....
Wyspy Zielonego Przylądka od kuchni

Wyspy Zielonego Przylądka od kuchni

W restauracji można zamówić homara i krewetki. I smakują wyśmienicie. A czym na co dzień zajadają się mieszkańcy Wysp Zielonego Przylądka? Zapraszamy do stołu!...

Komentarze: 1 »

  • Pi

    Dobry alfabet, mam nadzieje, ze bedziesz kontynuowal.
    Zwlaszcza D przypadlo mi do gustu.

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele