Wyspy Zielonego Przylądka: z Santiago na Fogo

Uliczka w Santiago. (Fot. Marcin Michalski)
Sześciogodzinne opóźnienie lotu sprawiło, że znaleźliśmy się na wyspie Santiago w środku nocy. Na początek niekonwencjonalne posunięcie: mijamy zdziwionych taksówkarzy i idziemy z lotniska przed siebie. To chyba taka „uroda” polskich backpackerów- minimum taxi, hotelów i innych wygód.
Ponad godzinny rajd zaprowadził nas na podmiejskie slumsy. Trasa wiodła poprzez atrakcje tj.: wysypisko śmieci, przedmieścia miasta Praia, pełne ujadających psów, a to wszystko okraszone obywatelami spitymi grogiem. Celem jest spanie nad oceanem, ale nawet z kompasem to niełatwe zadanie. Gdzie się nie ruszymy, tam czekają chętni do pomocy miejscowi ludzie – problem w tym, że każdy chce pomóc, ale z uwagi na upojenie alkoholowe nie jest w stanie, co w efekcie kończy się szarpaniną między „współziomkami” i zniknięciem w przepastnych ciemnościach.
Nieoczekiwanie, niczym spod ziemi wyrasta chłopak, który wraz z mamą odprowadza nas na plażę. Idą ku naszemu zdziwieniu na boso, a trasa jest trudna z uwagi na szkło oraz strome skały pogrążone w ciemnościach. Jak zwykle żądają zapłaty, lecz my mamy tylko cukierki (bardzo dobre Kukułki), którymi muszą się zadowolić.
Plaża jest interesująca (ku przerażeniu naszych przewodników), gdyż gdzie się da, śpią ludzie z nogami w reklamówkach i innych workach. Rozbijamy namiot w skałach emitujących fatalny zapach ludzkich odchodów (nie ma innej alternatywy). Rano ukazują się piękne, posępne formacje wulkaniczne. Pośród nich w niewielkiej zatoczce z sieciami zmaga się rodzina rybacka. Początek wyjazdu udany. Ruszamy do głównego miasta i stolicy zarazem. Praia nakazała nam szybko uciekać.
Poznaliśmy miłego pana (niejaki Val), który współtworzył przewodnik Bradta po wyspach. Czekając na Vala, który pobiegł wymienić nam pieniądze (dziwne uczucie – powierzyć komuś obcemu swe fundusze) trzeba było gwałtownie odskoczyć, gdyż z jakiegoś wystającego z ciężarówki węża tryskało paliwo wprost na przechodniów. Val przybiegł i nieco ulżyło, bo w sumie mógł zniknąć. Trochę nam pomógł, nieco oszukał, ale wynik końcowy był pomyślny dla nas.
Jazda busem może się przerodzić w wycieczkę po mieście z niekiedy wielokrotnym powtarzaniem, gdyż bus zanim ruszy na dobre, musi zebrać komplet pasażerów. Klientów czasem wręcz zdziera się z ulicy i przekonuje, że warto jechać. Pasażerami upycha się wszelkie dziury w pojeździe. Celem jest miasteczko Tarrafal, odległe o kilkadziesiąt kilometrów. Ma być tam festiwal muzyczny w ramach święta Municipality Day.
Po drodze momentami wprost niezwykłe widoki gór. Bardzo strome, szpiczaste szczyty, u podnóża których rosną palmy, a całość zasnuta pyłem wprost z Sahary. Tarrafal można (bardzo naciągając) przyrównać do naszego Sopotu. Kolorytu całości nadają ludzie – uśmiechnięte twarze z niepowtarzalnymi fryzurami, taneczne ruchy, kolorowe stroje i muzyka (podobna do reggae) w tle. Festiwal okazał się klapą, gdyż próby trwały z 3 godziny, a gdy się już zaczęło, okazało się, że muzyka jest ciężkostrawna.
Wielką przyjemność sprawia natomiast chodzenie po mieście (przy braku prądu) i obserwowanie nocnego życia tutejszych ludzi. Oni się po prostu dobrze bawią, spotykając się, słuchając głośnej, lecz łagodnej muzyki z głośników na ulicy. Kolejny nocleg znów w pięknej scenerii: na brzegu klifu, u podnóża przepięknej góry, stworzonej z potężnych kolumn od frontu. Góra owa stała się celem w następnym dniu.

Mały mieszkaniec Wysp Zielonego Przylądka. (Fot. Marcin Michalski)
Plecaki trzeba zostawić losowi w zaroślach (w tej okolicy właśnie nasi znajomi Niemcy mieli dosyć poważne problemy z wyrostkami, którzy siłą chcieli ich okraść). Miły trekking z bardzo przyjemnymi, egzotycznymi widokami na ocean. Zejście z góry nie było już takie miłe, ale to nic nowego. W nagrodę wylegiwanie się na miłej, kameralnej plaży, z przerwami na pływanie w cieplutkiej i przeźroczystej wodzie. Spotkaną tylko tu innego rodzaju atrakcją były kokosy (po 3 zł), które były rozłupywane maczetami z taką precyzją, że… trudno uwierzyć, jak perfekcyjnym narzędziem w ręku kobiety może być ten przyrząd.
Czas nagli, więc ruszamy na wschód do miejscowości Calheta. Zdajemy się na przypadek – po prostu jedziemy i jeśli się podoba, to wysiadamy. Dziwnym trafem znajdujemy się w domu, który wynajmuje nam kulturalny chłopak. Jego brat pracuje w Paryżu, więc nie dziwią kafelki, wielkie łoże, barek i ogólny rozmach tej posiadłości. Z uwagi na mój stan spowodowany morderczym słońcem, zostałem w domu, a mój kompan ruszył na nocny obchód terenu. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, gdyż w innym przypadku konflikt gotowy.
Na ulicach znów bawią się tłumy, z głośników dobiega pogodna muzyka (inna od naszej „łupanki”) a z butelek sączy się doskonały grog. Poranek, to wypad nad ocean i pływanie połączone z obserwacją morskich żyjątek. Krystaliczna woda, połyskująca w blasku słońca ukazuje jeżowce oraz niezwykłe ryby, jakie zazwyczaj widzi się w akwariach. Po drodze wypijamy kawkę w prowadzonej przez Niemców restauracji (to coraz częstsze zjawisko). Oddalając powrót do Praia, wysiadamy w ostatniej już nad oceanem miejscowości Pedra Badejo.









Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



Dodaj komentarz