„W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

Płaskorzeźba na ścianie tzw. Świątyni Lwa w Musawwarat es-Sufra wyobrażająca Apademaka, głównego, po Amonie, boga w panteonie Meroitów. (Fot. Marcin S. Sadurski)
Kłopoty z topografią
Największe problemy ma autor z topografią, i z opisywaniem Sudanu, który oglądał (czy rzeczywiście?) na własne oczy.
Podczas pierwszej wycieczki z Mansurem odwiedza piramidy Meroe – leżą „tuż za Ad-Damer, u ujścia wielkiej rzeki Atbary do Nilu”.
Tymczasem wystarczy spojrzeć na mapę, żeby zobaczyć, że u ujścia rzeki Atbary do Nilu leży miejscowość… Atbara. Meroe jest 100 km wcześniej, jeszcze przed Ad-Damer (wszystko to – patrząc, lecąc od Chartumu).
Nie wiem też skąd wzięły się „murzyńskie” domy w rejonie Atbary, ja ich tam nie widziałem, no, ale w sumie nie jest czymś dziwnym widzieć na Mazowszu góralskie chałupy.
W relacji z Meroe jakoś zlało się zwiedzanie piramid i ruin królewskiego miasta – w rzeczywistości obiekty te dzieli od siebie około 5 km.
Autor z właściwą sobie swadą opisuje w Królewskim Mieście łaźnie, baseny, „doskonale zachowane kolumny” ruin świątyni Amona.
„Obok zaś wciąż trwają imponujące pozostałości świątyni najważniejszego boga nubijskiego – Apademaka – czczonego pod postacią lwa. Ogromne reliefy na kilkumetrowej wysokości frontonie świątyni przedstawiają bóstwo z głową lwa”.
Niestety w tym miejscu panu Korybut-Daszkiewiczowi wyraźnie omsknęła się ręka przy przepisywaniu, bo w Meroe takiej świątyni po prostu nie ma.
Najbliższe świątynie Apademaka to oddalone od Meroe o jakieś 100 km Musawwarat es-Sufra i Naqa. Ale to pewnie jakiś błędny trop, bo autor, owszem, wspomina o tych miejscach, ale przecież nawet nie twierdzi, że je odwiedził. Ja za to tam byłem i co ciekawe, w Naqa znalazłem graffiti pierwszych turystów, podobne do tych opisywanych przez autora w Meroe (choć oczywiście nie jest wykluczone, że można je znaleźć w wielu miejscach).
Tylko że wygląda na to, że nazwiska podane przez pana Korybuta-Daszkiewicza są błędnie przytoczone. Zamiast Schlicphack 1906 i Houroyd 1862 ja widziałem: Schliephack 1906 i Holroyd, i to 1837 [patrz fotografia z Musawwarat] (i raczej wydaje się mało prawdopodobne, żeby Holroyd powrócił do Meroe po 30 latach, jak chce pan Korybut-Daszkiewicz). Przy okazji – wspomniany Horst Schliephack to rzeczywiście dość znany podróżnik i fotograf z przełomu XIX/XX wieku.
Wróćmy do helikopterowej podróży po Sudanie – wg autora piramidy w Karima znajdują się na Jebel Berkel, gdy w rzeczywistości są obok tego tego wzgórza.
W okolicy Dongoli przelatuje nad „oazą Kawa”. To według Korybuta-Daszkiewicza „rolnicza mieścina, [helikopter]kilkakrotnie zatacza koła nad zielonością miasteczka, którego uliczki mogę sobie pooglądać i nawet dojrzeć wspomniane ruiny wspaniałych zapewne kiedyś budowli.”
Tymczasem Kawa to po prostu stanowisko archeologiczne z ledwo wystającymi z piasku fundamentami w szczerej pustyni.
Korzystając z helikoptera Mansura przelatuje też nad Wyspą Aba, gdzie przebywał Mahdi, a potem zamieszkał jego syn, Sir Abdel Rahman, i nawet przygląda się luksusowej rezydencji Mahdiego. Tylko, że w rzeczywistości wyspa Aba związana z rodziną Mahdich jest położona, nie „w widłach obu Nilów koło Chartumu” , a kilkaset km na południe od Chartumu, koło Kosti.
Najwyraźniej autor myli wyspę Aba z Tuti. Ta leży faktycznie w Chartumie „w widłach Nilów”, ale za to ma niewiele wspólnego z Mahdimi.
Nie zgadzają się nawet opisy samego Chartumu.
Że topografia Chartumu nie jest jego mocną stroną – widzimy wyraźnie podczas relacji z wycieczki objazdowej z panem Witoldem z Budimexu. Jeśli skonfrontować opis trasy z mapą – wychodzi jakiś absurd.
Kilka razy wspomniany jest hotel Hilton w Omdurmanie. Autor nawet spożywał tam ze znajomymi z Budimexu lunch składający się z herbaty, bezalkoholowego wina i piwa, i puszki sardynek na zagrychę (bo podobno reszta produktów w Sudanie jest zabójcza dla europejskiego żołądka).
Rzecz w tym, ze hotel Hilton znajduje się na terenie Chartumu, nie Omdurmanu.
Dość drobiazgowy opis Katedry Katolickiej jest poprawny, ale autor twierdzi, że jest ‘ukryta w ogromnym ogrodzie’. Otóż – ani nie ukryta, ani nie w ogrodzie.
„Kościoły katolicki, greckokatolicki, koptyjski, i anglikański znajdują się po sąsiedzku, opodal krótkiej, ale zawsze ruchliwej Szaria al-Barlaman”.
Tymczasem ta ulica nie jest taka krótka, mierzy sobie ponad 3 km, i przechodzi przez całe centrum Chartumu. A kościoły różnych wyznań są raczej rozrzucone po całym tym centrum bez jakiegoś szczególnego planu.
Opisywane przez autora „Muzeum Chwały Mahdyzmu” w Omdurmanie to jak wynika z opisu Dom-Muzeum Kalifa Abdullahiego. Wbrew temu, co jest w książce napisane, sam Mahdi nie mógł tam mieszkać, ani nawet tego domu odwiedzać, bo wybudowano go w roku 1887, a więc w dwa lata po śmierci Proroka.
„Które słonie żyją na drzewach?”
Pod takim idiotycznym tytułem (chwytliwym, a jakże, bo cytowanym przez licznych recenzentów na dowód, że książka pełna jest nieznanych ciekawostek z Sudanu) mamy historyjkę o tym, jak to dziadek Wańkowicz wtajemniczył małego Jędrka w istnienie góralka.
„Czy słoń mały podobny jest do dużego? – zapytał mnie przed laty Melchior Wańkowicz”.
A potem pada wyjaśnienie, że…
„… góralki to rząd najmniejszych roślinożernych ssaków kopytnych, podobnych do królików z wielkości i wyglądu. Nie mają kłów, za to duże siekacze, które rosną przez całe życie. Żyją w dużych gromadach, na drzewach lub wśród drobnych skał. Występują m.in. […] w Sudanie […] – wyrecytował.
– A teraz słuchaj Jędrku, uważnie – zawiesił tajemniczo głos [dziadek Wańkowicz] – góralki najbliżej są spokrewnione ze słoniami, choć zupełnie do nich niepodobne.”
Na Apademaka!!!
Przecież wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni, nawet ja z panem Korybutem-Daszkiewiczem, choć jesteśmy całkiem do siebie niepodobni. I choć brzmi to absurdalnie.
W wiki (http://pl.wikipedia.org/wiki/Góralki) czytamy m.in:
„Chociaż zarówno góralki jak i słonie zaliczane są do tego samego kladu zwanego afroterami (Afrotheria), wcale nie są najbliższymi sobie w sensie ewolucyjnym łożyskowcami. Góralki i słonie są bardziej bliskie syrenom, niż sobie nawzajem.”
Warto też poczytać i http://pl.wikipedia.org/wiki/Słoniowate
W każdym razie – góralków nie można nazywać słoniami, nawet małymi słoniami. Góralki to góralki, a słonie to słonie. Przecież to jakaś tania erystyka jest!!!
Rozumiem, że pan Korybut-Daszkiewicz nie miałby nic przeciwko temu, gdybym nazwał go pawianem.
To ja już wolę czytać, jak Pan Sienkiewicz opowiada o słoniach wodnych. Powieść rządzi się innymi prawami, niż literatura faktu.
Inne zwierzęta duże i małe
Prześladują go olbrzymie skolopendry, pająki, skorpiony, węże…
Tak na przykład autor opisuje nocleg w umiejscowionej przez niego się w Chartumie Północnym bazie Budimexu:
„W pobliżu naszego obozu rozległo się wycie szakali, a zaraz potem charkotliwe szczeknięcie hieny zajętej nocnymi łowami. Tu za wysokim płotem z siatki nic nam nie grozi. Ale po tamtej stronie nie miałbym odwagi spacerować. […] Właśnie przed chwilą szaro-czarny wąż bezszelestnie sunął całkiem blisko mojego leżaka, zanurzył się w gąszczu passiflory – powojów płożących się przed moim domkiem.”
Żeby tylko jeden. Kiedy wyrusza na jedną ze swoich wypraw z Mansurem, i kiedy musi wstać przed świtem, w tym samym Budimexie płoszy kolejne węże.
„Były strusie i hieny, szakale i nawet krokodyle wylegujące się opodal jedynej w Chartumie promenady nad Nilem – ulicy Uniwersyteckiej.”
W innym miejscu można przeczytać, że „krokodyle w Chartumie nie należą do rzadkości”.
Samą ulicę Uniwersytecką określa mianem „promenady nad Nilem”, gdy tymczasem Uniwersytecka oddalona jest od rzeki o dobre kilkaset metrów, a promenada nad Nilem to Sharia al-Nil.
A ja w ciągu półtora miesiąca spędzonego w Północnym Sudanie, i to biwakując całkiem na dziko widziałem tylko wielbłądy i osły. Z dzikich zwierząt – komary, a raz spod nóg uciekł mi jakiś zając pustynny..
Skoro jesteśmy przy komarach – przebywając na południu Sudanu, w rejonie al-Sudd autor zastanawia się czy szczepienia wykonane w Instytucie Chorób Tropikalnych w Polsce uchronią go przed malarią. Widocznie nie do końca zrozumiał na co się szczepił, bo na malarię jak na razie nie ma szczepień, w każdym razie na pewno nie są, ani jak dotąd – nigdy nie były dostępne w Polsce.
Wie natomiast, że „zwiedzanie tego obszaru jest równe niemal igraniu z losem” . I oprócz malarii „do wyboru jest zaś tam jeszcze śmiertelna śpiączka afrykańska, roznoszona przez władczynię tych terenów – muchę tse-tse, a także febra i czarna ospa – nie licząc pomniejszych zakaźnych zagrożeń. Do tego zaś całe bogactwo lamblii i ameby, świdrowców i przywr powodujących bilharcjozę – chorobę objawiającą się bolesnym krwiomoczem; żeby wymienić tylko niektóre najniebezpieczniejsze. Okresowo zaś zdarzają się epidemie czerwonki i cholery. Słowem wylęgarnia wszystkiego najgorszego.”
No nie ma co – toż to przecież przedsionek piekła. Brakuje tylko wirusa Ebola. Aż dziw bierze, że autorowi udało się wyjść z tego cało.
W pustyni i w puszczy
Na tę powieść Henryka Sienkiewicza pan Korybut-Daszkiewicz powołuje się wielokrotnie, a kilka razy obszernie ją cytuje. Wyznaje też, że w dzieciństwie była to jego ulubiona lektura i zna ją niemal na pamięć. Ba, nawet cała ta jego afrykańska wyprawa oraz książka, łącznie z tytułem, są inspirowana lekturą Sienkiewicza.
Tym bardziej dziwne jest, że pisze, że sienkiewiczowscy Staś i Nel porwani zostali przez Gebhra i Smaina,
Przez Gebhra, owszem, ale wraz z Idrysem i Chamisem. Przecież opis tej podróży z porywaczami zajmuje prawie pół książki Sienkiewicza.
Przypominam, że Smain to w powieści Sienkiewicza ktoś w rodzaju Godota. Bohaterowie o Smainie wciąż mówią, szukają go, ale ostatecznie sam Smain ani razu się nie pojawia.
Metoda Korybuta-Daszkiewicza czyli czy nasz autor był w Sudanie?
Nie studiowałem historii ani dziennikarstwa, jak pan Korybut-Daszkiewicz, to prawda, ale kiedy w szkole podstawowej czy później, w liceum, musiałem napisać wypracowanie na mało interesujący mnie temat obkładałem się rożnymi książkami i usiłowałem dokonać kompilacji. Odnoszę wrażenie, że autor przy pisaniu „W pustyni bez puszczy” posłużył się podobną metodą i treść tej książki to właśnie taka kompilacja.

Piramidy PRZY Jabal Barkal. Jabal Barkal to to wzgórze w głębi. Świątynia Amona znajduje się ZA wzgórzem. (Fot. Marcin S. Sadurski)
Co więcej, po przeczytaniu „W pustyni bez puszczy” nasuwa się wniosek, że pan Korybut-Daszkiewicz albo był w Sudanie na przełomie 1980/90 i kiedy po 20 latach zaczął pisać tę książkę – pamięć całkiem go zawiodła – fatalna rzecz dla reportera, albo…
… albo w ogóle tego kraju nie odwiedził.
Jeśli był jednak w Chartumie, to wysoce prawdopodobne jest to, że niemal cały pobyt spędził za ogrodzeniem bazy Budimexu, a opisane wrażenia z podróży to tylko echa opowieści zasłyszanych od tych kawalarzy, budowlańców, którzy musieli mieć niezły ubaw podczas straszenia „nowego”.
Czy więc autor jest mitomanem robiącym sobie kpiny z inteligencji czytelników?
Od czasów Münhausena minęło trochę lat, mamy wiek XXI, internet jest powszechnie dostępny, ludzie podróżują (nawet do tak niedostępnych zdawałoby się krajów jak Sudan) i większość informacji można łatwo i szybko zweryfikować. Warto, gdyby i autor i wydawnictwo zdawali sobie z tego sprawę.
Nawet powoływanie się w takiej sytuacji na znajomości towarzysko-rodzinne z Wańkowiczem, Catem-Mackiewiczem, Jasienicą, prof. Michałowskim czy Kapuścińskim wygląda na nieuczciwą próbę uwiarygodnienia swoich racji i relacji.
Zresztą, co do Wańkowicza…
Tak się dziwnie składa, że w mojej biblioteczce, wśród innych książek stoi sobie od lat zbiór felietonów Melchiora Wańkowicza pt „Przez cztery klimaty 1912-1972″.
Wydanie z 1972. W książce na tytułowej stronie jest i autograf Wańkowicza, który podpisał mi tę książkę 14 maja, 1972 roku. To rodzice ustawili mnie wtedy w kolejce na kiermaszu pod Pałacem Kultury w Warszawie. Wańkowicza zapamiętałem jako starszego, grubego pana z białymi włosami, a książka została kupiona niejako na wyrost.
Z czasem nawet ją przeczytałem.
„Mitomania […] w pewnych warunkach przestaje być nieszkodliwym objawem. Krytyka może nawet z sympatią traktować gawędziarzy – ostatecznie nie ma co się spierać o to, jakich rozmiarów rybę złapał któryś z nowoczesnych Panie Kochanków, ale jeśli chodzi historyczne sprawy i nazwiska – wiemy jakie zamieszanie w głowach robi historia z wielką rybą, która połknęła Jonasza.” – pisze Wańkowicz w jednym z felietonów.
I to tyle. Bo może i sam trochę koloryzował ten Wańkowicz, ale mitomanów nie lubił, oj nie lubił.
Tak czy inaczej – wracając do „W pustyni bez puszczy” – wartość poznawcza (a i literacka chyba też – styl autora określiłbym jako egzaltowanie grafomański, ale może to kwestia gustu) tego dzieła jest bliska zeru.
Nie twierdzę, że składa się z samych błędów, ale stężenie nonsensów jest na tyle wysokie, że moim zdaniem dyskwalifikuje tę książkę jako literaturę faktu, a w szczególności jako źródło informacji na temat Sudanu.
No, może poza wykazem bibliografii. Ten polecam. Można tam znaleźć sporo wartościowych pozycji.
Tym, którzy szukają faktów proponuję na początek encyklopedie (w tym darmową wikipedię) oraz przewodniki, gdzie (wbrew temu co twierdzi pan Korybut-Daszkiewicz) większość poruszanych przez autora tematów jest gruntownie omówiona.
A opisów i wrażeń z podróży po Egipcie i Sudanie lepiej szukać… gdzie indziej.
* * * * *
Cytaty pochodzą ze strony Janusza Tichoniuka (www.yahodeville.com), książki Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza „W pustyni bez puszczy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2009, i Melchiora Wańkowicza „Przez cztery klimaty 1912-1972″ – felieton pt. ‘Czaruś w Grobowcu Szujskich’, PIW 1972 oraz z wikipedii (hasło: Góralki).











Show me your way - w poszukiwaniu znaczeń szczęścia
Poland Trek - Belg przemierza Polskę od Tatr po Bałtyk
Pamir Bikeway 2012 - Azja Centralna rowerem i koleją
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Tańce wśród piratów - Magda i Marcin tanecznym krokiem szukają skarbu
Pomiędzy Oceanami - Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej
Gap year in Kunming - chińska przerwa w życiorysie
Z tatą na Igrzyska - rowerami do Londynu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Na Własne Oczy - zobaczyć, co świat ma do zaoferowania
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Oblicza Gruzji - niesamowita różnorodność kraju
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika



No, interesujący jest ten opis osobliwości motoryzacyjnych w Chartumie. Np. hamowanie ‘na Flinstona’. Ciekawe czy autor książki hamował kiedykolwiek czymś większym od hulajnogi. Bo nawet w przypadku rowerów trudno jest hamowac nogą.
Ja tam w Sudanie nie byłem, ale tutaj jest zdjęcie z centrum Chartumu w godzinach szczytu:
I jeszcze klip z jazdy samochodem przez Chartum, wzdłuż Nilu:
Samochody, jak samochody.
Zaczne od tego, ze niestety ani nie bylem w Sudanie ani nie czytalem ksiazki. Niemniej chcialbym podzielic sie kilkoma refleksjami.
Generalnie zgadzam sie z wnioskami Marcina i mysle, ze autor ksiazki byl w Sudanie ale we wczesnych latach 90tych.
Tak sie sklada, ze slyszalem wywiad z panem Korybut-Daszkiewiczem w Dwojce (http://beta.polskieradio.pl/8/444/Artykul/240182,Hartwig-i-Dehnel-w-Dwojce)i tam rowniez termin jego pobytu w Sudanie jest, o dziwo, pominiety.
Po przeczytaniu drobiazgowej analizy Marcina wydaje mi sie, ze nagromadzenie bledow jest tak nieprawdopodobne, ze rodzi sie nieodparte pytanie – o co w tym wszystkim chodzi?
Czyzby o slawe? Pieniadze?
Miejscami spor jaki Marcin prowadzi jest dosc hermetyczny ale taki jest tez charakter bledow w ksiazce. Jedne sa dosc oczywiste. Inne trudne do zauwazenia dla laika.
To co mnie osobiscie dziwi to brak komentarzy do tego artykulu. Autor ksiazki podpiera sie takimi autorytetami jak: Kapuscinski, Jasienica, Wankowicz. Te osoby juz nie zyja.
To czy dane dzielo jest literatura podroznicza czy tez nie okresla m.in. srodowisko zwiazane z podroznictwem, turystyka, itd.
Sa to wiec rowniez czytelnicy Peronu oraz osoby publikujace na tym forum.
Dla mnie osobiscie jest wazne czy place za rzetelna informacje (moze rowniez doznania estetyczne jezeli ksiazka jest napisana blyskotliwym jezykiem)czy tez probuje sie wyciagnac ode mnie pieniadze za towar bez wartosci.
Czytam ze zdumieniem różne informacje pana Korybuta ponieważ na przełomie lat 1991/1992 pracowałam na budowie Budimexu i mieszkałam na campie na którym podobno on też mieszkał. Nie zauważyłam żadnych hien, szakali w okolicy Khartoum North Power Station gdzie mieściła się baza Budimexu czy też krokodyli pływających w Nilu ( te ostatnie zostały zjedzone z uwagi na panujący głód już bardzo dawno temu).
Widocznie byłam w innym Sudanie, Khartoumie ew. innej bazie Budimexu niż autor książki, ciekawostka……?
Nie mniej tak się składa, że opisywany J.Skrzyński był moim szefem z którym utrzymuję kontakt i mam nadzieję spotkać się w najbliższych dniach, może on mi przybliży w jakim niebezpieczeństwie byłam chodząc wieczorami po campie z uwagi na węże i inne dzikie zwierzęta, które jak rozumiem były wokół.
W dużej ilości występowały natomiast wszystko jedzące kozy i „potomkowie charta afrykańskiego” ale na moje babskie oko nie wyglądały one jak szakale a tym bardziej jak hieny.
Jestem zdziwiony książką o, której mowa podobnie jak Wy wszyscy . Powinna być sprzedawana po prostu w innym dziale sf lub beletrystyka . Autor nie odp . na mojego maila z pytaniami .
Wg niego wróble wylatują i przylatują na zimę z Sudanu . Jest w ksiązce mnóstwo nieścislosci
Na pewno Autor nie byl w ogóle w Afryce , tak sadzę po moich doświadczeniach z Afryki .
Góry o których pisze na pewno nie maja 2000mnpm to jakies bajki ale przynajmiej śmiesznie .
Szkoda że to nabiera ludzi którzy nigdy nie byli w Afryce .
Robert
Witam
Autor prawdopodobnie nigdy nie byl w Afryce , książka ma wiele blędów np . Autor pisze o szczepiące na malarię której jeszcze nie wymyślono ( może pomylil z żólta febrą ) , wróble odlatuja z bocianami do cieplych krajów .
Bylem wielokrotnie w różnych krajach Afryki i wg mnie ta książka to SF . Strata czasu .Autor nawet nie odpisuje na maile . Po prostu to fikcja literacka .
Robert
Ten tekst nie jest mój choć się wyswietlil w moim imieniu ale sie zgadzam
Robert