10 sierpnia 2010

„W pustyni bez puszczy” i… bez sensu

Chartum: Burj Al-Fateh – hotel i centrum biznesowe. (Fot. Marcin S. Sadurski)

„O Afryce można pisać na różne sposoby, częstą manierą jest pisanie w czarnych barwach, przerysowywanie dramatów, podkreślanie biedy, nieznośnego upału i bezprawia.” – zauważył kiedyś wybity znawca tematyki afrykańskiej, Janusz Tichoniuk aka Yaho de Ville.

Po ostatniej wycieczce do Egiptu i Sudanu przeczytałem, jak to mam w zwyczaju po takich powrotach, kilka związanych z tą wycieczką książek. Tych starych (jak „W pustyni i w puszczy”, „Śladami Stasia i Nel” Brandysa, „Wojna Emmy” Deboragh Scroggins, „Chwila przed zmierzchem” Kydryńskiego), które już znałem – bo po takich wyjazdach mam zawsze świeże spojrzenie  i jeszcze dwie nowe, które w międzyczasie się ukazały.

Andrzej Korybut-Daszkiewicz "W pustyni bez puszczy"

Andrzej Korybut-Daszkiewicz "W pustyni bez puszczy"

Te nowe to „Sudan. Czas Bezdechu” Konrada Piskały i „W pustyni bez puszczy” Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza.

Opinia Janusza okazuje się wyjątkowo trafna, bo żaden z powyższych autorów, i to od Sienkiewicza począwszy, wspomnianej maniery się nie ustrzegł,  ale autor ostatniej książki posunął się zdecydowanie za daleko.

W zamieszczonej na skrzydełkach okładki notatce (i b. wysoko pozycjonowanej w googlach) czytamy m.in. że pan Korybut-Daszkiewicz studiował historię i dziennikarstwo, karierę dziennikarską zaczął w wieku lat 17 pod kierunkiem Melchiora Wańkowicza, Cata-Mackiewicza i Jasienicy, w dorobku ma prawie 1500 reportaży i 3 książki, a ‘nieżyjący już mistrz reportażu Ryszard Kapuściński wysoko ocenił walory tej książki, określając ją mianem barwnej reporterskiej miniencyklopedii’.

Niestety, dopiero w trakcie czytania tego dzieła zrozumiałem, że padłem ofiarą sprytnego marketingu.

Już…

tytuły rozdziałów

… brzmią zupełnie jak z tabloidów, zwłaszcza jeśli skonfrontować je z bzdurną zawartością.

Oto przykłady: „Kanał Sueski ma… 4000 lat!”, „Czy Faraon Cheops był… rajfurem?”, „Jak wstrzymałem odprawę paszportową…”, „Jeden golas pod cyprysem i trzydziestu w bananowcach”, „Które słonie żyją na drzewach?”, „O tym ja boeing wylądował na… Nilu”, „Desant butów na pustyni”, „Bimber z… akumulatorowego elektrolitu”, „Mango z sadu Proroka”, „Śledź z trąbą słonia”, „Przez Radom do ludożerców na truskawki”, „Ostatnie widmo kryminału”

No dobra, może to jednak zasługa jakiegoś redaktora w wydawnictwie Zysk i S-ka – pomyślałem w pierwszej chwili.

Miniencyklopedia Korybuta-Daszkiewicza

„Dla kompanii turystycznych w Egipcie najważniejsze są przede wszystkim Kair z piramidami, nadmorska Hurgada oraz ewentualnie Luksor i Karnak. Teby, tak jak i Aleksandria, już od  wiele rzadziej znajdują się programach biur podróży.”

Po takim zagajeniu przez następnych kilka rozdziałów autor zasypuje nas najróżniejszymi informacjami z historii Egiptu, Greków, Żydów i Starego Testamentu.

Niestety – informacji spisanych jak leci –  bez ładu i składu – z encyklopedii i innych źródeł nie nazwałbym encyklopedycznymi. Nie traktowałbym ich nawet jako informacji wiarygodnych, bo czyż można poważnie traktować autora, który wprawdzie zasypuje nas jak z karabinu maszynowego szczegółami, a nie wie, że egipskie Teby to właśnie Luksor i Karnak?

Przedstawianiu historii Aleksandrii, a w zasadzie sławnych aleksandryjczyków Aleksandra Wielkiego, Ptolemeusza I i II,  Euklidesa, Arystotelesa, Herona, Arystarcha, Archimedesa, oraz historycznych budowli tego miasta poświęca cały pierwszy rozdział, żeby na końcu przyznać, że Aleksandrii nie udało mu się odwiedzić, a wszystkie te mądrości przychodzą mu do głowy… w samolocie, podczas podchodzenia do lądowania w Kairze.

Ulica (Sharia al-Nil) w Chartumie. (Fot. Marcin S. Sadurski)

W podobny sposób „zwiedzamy” z autorem Port Said, gdzie mieszkali Staś i Nel i wysłuchujemy historii Kanału Sueskiego, gdzie pracowali ich ojcowie. Podobnie, bo i tych miejsc nie oglądał na własne oczy, a  tylko przez chwilę zamajaczyły mu one na horyzoncie.

Zresztą, nawet te opisy nie pozbawione są błędów i nieścisłości.

Ot, choćby bezkrytyczne przypisywanie założenia  Biblioteki Aleksandryjskiej Ptolemeuszowi I Soterowi (choć sprawa nie jest taka jednoznaczna i sporo dowodów przemawia za tym, że jest to dzieło Ptolemeusza II). Z kolei łączenie wszystkich osiągnięć Archimedesa z Egiptem wydaje się też, delikatnie mówiąc, naciągane, skoro uczony całe życie spędził w Syrakuzach, a w Aleksandrii był tylko raz, w młodości.

No dobrze. To tylko spekulacje. Zajmijmy się więc faktami.

W rozdziale o Dongoli autor przeskakuje znowu do Egiptu, żeby przekazać nam, że „sławną wyspą na Nilu jest File. Choć powiedzieć raczej należałoby, iż była. Po wybudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej dziewięć miesięcy w  roku znajduje się ona pod wodami powstałego wówczas Jeziora Nasera”.

A prawda jest taka, że Wyspa File była zalewana w następstwie wybudowania, a następnie podwyższenia przez Anglików Zapory Asuańskiej, co miało miejsce po roku 1902.

Natomiast po wybudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej  i powstaniu Jeziora Nasera w latach 60./70. zdecydowano się przenieść cały zespół świątynny (podobnie jak Abu Simbel) na nieco dalej położoną i wyższą wyspę Agilkia, i ta „nowa File” już od 30 lat jest celem popularnych wycieczek z Asuanu. Co autor zresztą kwituje niejasno na końcu tego ustępu, tak jakby to była informacja z ostatniej chwili.

W innym miejscu autor opowiada o zwyczaju obrzezywaniu chłopców u Koptów, jako związanego z tradycją żydowską… mimo że jest to powszechne również wśród Arabów. I nie tylko. Wprawdzie potem w przypisie poprawia się, że jest to powszechne w całej Afryce, ale za to obrzezywanie chłopców pakuje do jednego worka z obrzezywaniem dziewcząt.

Nawet i powszechnie znana historyjka „z królową Sabą i Salomonem” przytoczona jest niedokładnie, a przypominam, że książka Brandysa  „Z Panem Biegankiem po Abisynii” w której już dawno zostało to opisane – była kiedyś lekturą szkolną.

Owszem, w dopełniaczu mamy „królowej Saby”, ale mianownik prawidłowo brzmi – królowa Saby (ang.  Queen of Saba). Bo królowa „Saba” nazywała się Makada. A owocem jej związku z królem Salomonem nie była dziewczynka (jak twierdzi pan Korybut-Daszkiewicz), a chłopiec, o dźwięcznym i łatwym do zapamiętania imieniu Menelik.

Tezie, że ‘Kanał Sueski ma… 4000 lat‘ i ‘jest najstarszą inwestycją techniczną na świecie‘ autor poświęcił cały rozdział.

Najpierw zapoznaje nas z historią kanalarstwa w niedalekiej Babilonii. Potem zaś opowiada o wielkim dziele faraona Mentuhotepa VI z XI dynastii, który już w pierwszym stuleciu drugiego tysiąclecia pne wpadł na pomysł połączenia Morza Śródziemnego z Czerwonym. Tenże faraon miał wg pana Korybuta-Daszkiewicza doprowadzić do przekopania kanału od jednej z odnóg w delcie Nilu aż do Wielkiego Jeziora Gorzkiego, a następni faraonowie dokopali się aż do Morza Czerwonego w okolicach dzisiejszego Suezu.

Na zakończenie tego rozdziału autor raczy nas coraz bardziej odległymi dygresjami, żeby w końcu przekazać nam, popartą obszernym cytatem z Cerama niezmiernie istotną dla historii kanału informację, że w Bolesławcu na Śląsku istnieją zakłady ceramiki artystycznej i użytkowej.

Ale do rzeczy.

Mentuhotep VI był faraonem nie XI, ale z XVI lub XVII dynastii i panował, używając terminologii pana Korybuta-Daszkiewicza, nie w pierwszym, a w czwartym lub piątym stuleciu drugiego tysiąclecia pne.

Jeśli natomiast chodzi  o XI dynastię, to w grę wchodzą Mentuhotepowie od I do IV.

Wygląda na to, że pan Korybut-Daszkiewicz pomylił się w numerkach, co zresztą zdarza mu się i w innych miejscach książki, gdzie ewidentnie myli numery katarakt, czy innych faraonów.

Tylko że… Nie wiem, z jakich dokładnie źródeł korzystał w tym miejscu pan Korybut-Daszkiewicz  – bo ja nigdzie potwierdzenia tych rewelacji nie znalazłem.  Owszem, w kilku miejscach można znaleźć informacje o podobnym pomyśle, ale o żadnych Mentuhotepach w kontekście takich inwestycji nie słychać, bo przypisuje się je faraonowi Senusretowi II (lub III) z XI dynastii.

Co więcej, źródła raczej są zgodne w opinii, że faraońskie projekty utworzenia drogi wodnej od Nilu w rejon Morza Czerwonego przypuszczalnie nie doczekały się pełnej realizacji aż do czasów perskich.

A teraz mój najważniejszy zarzut – nie trzeba wchodzić w szczegóły historyczne, a wystarczy tylko zerknąć na mapę, żeby zorientować się, że wszystkie te podane informacje nijak się mają do karkołomnej tezy o 4000-letniej historii Kanału Sueskiego.

Wszystkie te opisane faraońskie koncepcje dotyczyły bowiem kanału zachód-wschód i połączenia Nilu z Morzem Czerwonym. Tymczasem  Kanał Sueski –  o czym wie każdy bardziej rozgarnięty gimnazjalista – biegnie niemal dokładnie z południa na północ i łączy bezpośrednio Morze Czerwone ze Śródziemnym.

Nie wiem też jak autor rozumie określenie „najstarsza inwestycja techniczna na świecie”. Bo przecież i wcześniej budowano inne kanały (o czym zresztą autor wspomina). No i autor jakby zapomniał nagle o piramidach egipskich, a o Sumerach i ich cywilizacji zupełnie nie słyszał.

W "moim" Sudanie jego mieszkańcy lubili być fotografowani. Nie wyłączając policjantów. Tutaj - komendant posterunku w Delgo wraz ze współpracownikami. (Fot. Marcin S. Sadurski)

W trakcie zwiedzania Meroe Mansur [kim jest Mansur wyjaśniam dalej, w rozdziale pt. Kłopoty językowe] ‘zaskakuje [autora] nie byle jaką informacją.

– Czy wiesz – mówi z tajemniczą miną – że pierwsze w Afryce pismo alfabetyczne pojawiło się właśnie w Meroe? Były to dwadzieścia trzy znaki fonetyczne, których jednak do dziś nikt nie potrafi przeczytać.

To rzeczywiście zaskakujące, bo prawda jest taka, że alfabet meroicki nie jest tajemnicą i właśnie przeczytać teksty meroickie możemy, ale co z tego, skoro nie rozumiemy języka meroickiego.

Autor zdaje się też zapominać, że kilka rozdziałów wcześniej podczas uczonego, ale nieco mętnego wywodu na temat pism egipskich, wspomina „alfabet demotyczny”. Chronologicznie przecież wcześniejszy, niż pismo meroickie. To jak to jest? Czy alfabet może być niealfabetyczny?

Podczas zwiedzania pozostałości Napaty, czyli Jabel Berkel autor serwuje nam kilka informacji na temat świątyni Amona: Interesujące jest, że świątynia ta była kilkakrotnie przebudowywana.

Nie widzę w tym nic interesującego – bardziej niezwykłe byłoby, gdyby jakaś dowolna stara budowla nie była przebudowywana. No nic, rozumiem, że to taka figura retoryczna. Ale czytamy dalej:

Z dokumentów starożytnego Rzymu można się dowiedzieć, że ostatnia przebudowa tego sanktuarium została dokonana z woli rzymskiego prefekta Egiptu… Petroniusza. Tak, tak. Tego samego, którego Henryk Sienkiewicz, powołał na jednego z głównych bohaterów swojej powieści „Quo Vadis”. Oto jaki okręg zatoczyła twórczość Sienkiewicza.

Nie mam dostępu do dokumentów starożytnego Rzymu, ale z tego co czytałem, Napata została przez Rzymian zniszczona i splądrowana. Odbudowali ją dopiero sami Kuszyci, w następnym stuleciu.

Natomiast moją czujność wzbudziła wzmianka o Petroniuszu, gdyż, jak pamiętałem – Sienkiewicz nic o tej afrykańskiej przygodzie swojego Petroniusza nie wspominał. Rzecz jasna, jak mówiła moja pani od historii w szkole podstawowej – „niejednemu psu na imię Burek” i historia zna wielu Petroniuszy.

Po szybkim sprawdzeniu (google twoim przyjacielem) zorientowałem się, że faktycznie, pan Korybut-Daszkiewicz pomylił tym razem „sienkiewiczowskiego” Gajusza Petroniusza zw. Arbitrem Elegantiare (27-66) z żyjącym w poprzednim wieku Gaiuszem Petronius zwanym Petroniuszem Publiuszem (75 – 20 pne), który dwukrotnie pełnił funkcję prefekta Egiptu i faktycznie najechał Kusz.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Marcin S. Sadurski

Marcin S. Sadurski

Jego pasją jest outdoor – żagle, nury, góry, narty, rower etc. Czyta wszystko, całkiem jak Joe Turner w filmie "Trzy dni Kondora". Czasem pisze. I podróżuje… najczęściej palcem po mapie.
Podobne artykuły
„W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

„W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

Ciąg dalszy recenzji "W pustyni bez puszczy" Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza. "Wartość poznawcza tego dzieła jest bliska zeru, zastanawiam się czy autor w ogóle był w Sudanie" - pisze Marcin S. Sadurski....
„Taxi. Opowieści z kursów po Kairze”. Egipt przez szybę taksówki

„Taxi. Opowieści z kursów po Kairze”. Egipt przez szybę taksówki

Taxi. Opowieści z kursów po Kairze Chalida Al-Chamisiego to jedna z lepszych książek, jakie wpadły mi ostatnio w ręce. Kilkadziesiąt rozmów autora z kierowcami taksówek, pokazuje prawdziwy Egipt. To obrazek dość daleki od tego z turystycznych folderó...
Demokracja ajatollahów. Co my właściwie wiemy o Iranie?

Demokracja ajatollahów. Co my właściwie wiemy o Iranie?

Dopiero w połowie lektury "Demokracji ajatollahów" Hoomana Majda zorientowałem się, że dla czytelnika z Zachodu „demokracja ajatollahów” brzmi jak oksymoron. Jaka demokracja w teokratycznym, totalitarnym państwie?...
Raja Shehadeh: Palestyńskie wędrówki – zapiski o znikającym krajobrazie

Raja Shehadeh: Palestyńskie wędrówki – zapiski o znikającym krajobrazie

Rzadko się zdarza by tytuł książki tak perfekcyjnie określał to, o czym ona jest. O sarhat, czyli wędrówkach będących niezłym odlotem. O ziemi, która przestała przypominać samą siebie. O jej mieszkańcach i tym jak zmieniono ich życie. Jest o życiu w ...

Komentarze: 1 »

  • ana z maroka

    Oj smutne to wszystko, smutne..

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele