„W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?
Po krótkim fragmencie na temat sudańskiej motoryzacji (pierwsza część recenzji: „W pustyni bez puszczy” i… bez sensu), czas zastanowić się kiedy Andrzej Korybut-Daszkiewicz odwiedził Sudan? Sęk w tym, że w książce „W pustyni bez puszczy” autor nigdzie nie podaje daty swojego pobytu w tym kraju, ale…
Rozmowa z dziadkiem Wańkowiczem – „miałem 16 lat ” , a potem: „po prawie pół wieku znalazłem się w Sudanie” – co uwzględniając rok urodzenia autora (1940) –wskazywałoby na rok 2006. Może nieco wcześniej.
Podobnie w cytowanym już przeze mnie ustępie o motoryzacji wspomina chartumskie samochody pochodzące z lat 50. ubiegłego wieku. Czyli wieku XX, bo w połowie XIX wieku samochodów nie było. A więc obecny wiek to XXI.
Potwierdza się to w innym miejscu – „w tym kraju niemal od 50 lat obowiązuje stan wyjątkowy w związku ze zbrojnym powstaniem czarnej ludności na południu kraju” – a Sudan uzyskał niepodległość w roku 1956…
Kilka razy wspomniany jest obecny prezydent, Omar al-Bashir. Autor skrupulatnie relacjonuje, że objął władzę w wyniku zamachu stanu od 1989, że został prezydentem w 1993, a w r. 1997 ponownie został wybrany.
Nieco dalej pisze o uznaniu go przez Międzynarodowy Trybunał Karny za zbrodniarza wojennego, co miało miejsce 4 marca 2009 i reakcji Bashira tj. obrażenie się na cały niearabski świat i zablokowanie działalności zagranicznych organizacji charytatywnych.
Czyli wchodzi w grę nawet rok 2009?
Z drugiej strony, autor podaje ceny w dinarach sudańskich, które wyszły z użycia w r. 2007.
Za cztery manga i dwa pomidory autor wytargowuje cenę na 10 starych piastrów, ostatecznie płacąc denara czyli nowego piastra – czyli przy obecnym kursie z grubsza – równowartość polskiego grosza. Cena ta jest zupełnie nieprawdopodobna biorąc pod uwagę, że ceny żywności w Sudanie są na poziomie niskich cen polskich.
Z kolei ceny noclegów wydają się dziwnie zawyżone. Cen w chartumskich hotelach autor nawet nie podaje, żeby nie szokować czytelnika, ale kiedy omal nie trafia do noclegowni prowadzonej przez misję katolicką – tam chcą od niego 45 $ w sali zbiorowej.
Na szczęście litują się nad nim rodacy i autor przemieszkuje pobyt w Sudanie głównie w budimexowej bazie.
Z ciekawości dotarłem do firmy Budimex, której chartumskiej filii autor był gościem.
Wspomniany w książce dyrektor Skrzyński pracował rzeczywiście w Sudanie w latach 1989-92. Może tego więc należy się trzymać?
To wiele wyjaśnia.
Tak więc załóżmy na chwilę, że pan Korybut-Daszkiewicz odwiedził Sudan na przełomie lat 80/90, które dla Sudanu były czymś podobnym do wprowadzenia u nas stanu wojennego (przypominam, w roku 1989 miał miejsce zamach stanu przeprowadzony przez Bashira ).
„Miasto do którego nie prowadzi żadna droga”
Po zwiedzeniu Chartumu nasz dzielny podróżnik wybiera się w podróż do… odległych o ponad 600 km Port Sudanu i Suakin.
„Linię kolejową z Chartumu do Bur Sudan, czyli Port Sudanu wybrałem z kilku powodów. Przede wszystkim, aby zobaczyć zarówno wspaniałe Morze Czerwone, jak i jedyny port morski tego ogromnego kraju, będący fenomenem chyba na skalę światową. Nie prowadzi doń bowiem żadna droga, ani nawet ścieżka.
[…]
Ale miasto Port Sudan jest dziwolągiem nie tylko ze względu na brak jakiejkolwiek drogi doń prowadzącej. Otóż wybudowano je niemal z dnia na dzień, gdy okazało się, że Sudan stracił jedyny port morski, jakim do roku 1906 był kilkusetletni Suakin – położony 70 kilometrów na południe, do którego można się dziś dostać tylko na wielbłądzie”.
Nie prowadzi droga? Na mojej mapie prowadziła. W Atbarze widziałem nawet drogowskaz do Port Sudan. No i skąd jechałyby te tysiące mijających mnie na drodze do Chartumu ciężarówek?
Mam przed sobą przewodnik „LP Egipt i Sudan”. Wydanie ze stycznia roku 1994 (a więc stan faktyczny przynajmniej z 1993).
Czytamy w nim, że już wtedy w Port Sudan oprócz samolotu i kolei można było liczyć na bezpośrednie połączenie autobusowe z Kassalą, Chartumem, a nawet Asmarą w Erytrei.
Co więcej, mówiono mi, że droga Chartum – Port Sudan była jedną z pierwszych asfaltowych dróg które ukończono w połowie lat 70. A wcześniej była tam zdaje się droga bita.
A jeśli chodzi o osobliwości w rodzaju wybudowania portu „z dnia na dzień” to czy w podobnym tempie nie powstała choćby nasza Gdynia?
A potem… przez kilka kolejnych stron spacerujemy uroczymi uliczkami Suakin, przyglądamy się wytwornym rezydencjom suakińskich kupców, które „mogłyby być ozdobą najwytworniejszych dzielnic w Paryżu, Londynie, Rzymie czy innej stolicy bogatego kraju. […] O przepychu świadczą plafony w salonach i dekoracyjne reliefy na ścianach. […] Można też usiąść w zadumie na jednej z dwóch zabytkowych tureckich armat i oprzeć stopy na piramidzie ogromnych, żelaznych kul, jakimi ongiś strzelano do piratów, atakujących miasto.
[…]
Nieliczni turyści w milczeniu oglądają to cmentarzysko wspaniałej architektury, nad którym zalega ni to szum, ni cisza. I trzeba nieco czasu, żeby skonstatować, że owa dziwna cisza jest jednak dźwiękiem. To wieczna pieśń morza, śpiewana umarłemu miastu i przypominająca nieuchronność przemijania. […]
O tych dziwach – za kilka piastrów – w niezrozumiałej angielszczyźnie opowiedzą jednodniowym przybyszom biedacy, których kilkanaście rodzin mieszka jeszcze w ruinach.”
Rzecz w tym, że przecież jak dowiadujemy się z lektury następnego rozdziału, autor nigdy nie dotarł ani do Port Sudan, ani do Suakin, bo pociąg którym jechał, nieszczęśliwie wykoleił się już kilkadziesiąt kilometrów za Chartumem.
Kłopoty językowe
Sudańczycy nie rozumieją jego arabskiego, gdyż jak twierdzi autor, posługują się jakimś dziwnym dialektem (podczas gdy on włada, jak sugeruje, „prawdziwym” arabskim). Trudno to ocenić, bo ile w opisach szafuje słowami arabskimi i tureckimi (wyjaśnianymi następnie w przypisach) to w rozmowach strony wyrażają się bardzo oszczędnie i o ile któraś chce wypowiedzieć coś bardziej skomplikowanego od „Inszallach” to wychodzą dziwne rzeczy.
Konsultowałem to z arabistką – stwierdziła, że w przytoczonych krótkich dialogach ten język arabski jest jakiś dziwny, łamany, niezależnie czy odzywa się autor czy jego rozmówca. Po przeczytaniu najdłuższego chyba dialogu – z komendantem lotniska w Chartumie, stwierdziła, że coś tam autor wyczytał o arabszczyźnie, ale – jak to określiła – w tym wypadku dziwnie kombinuje.
Znajomy Sudańczyk, doktor archeologii, po przeczytaniu tego samego fragmentu skomentował w osłupieniu, że przecież Sudańczyk nigdy by się w taki sposób nie wyraził.
I jeszcze jedno – autor często przedstawia się, że jest z Bolonia czyli Polski. To prawda – Bolonia to Polska, ale tak mówi się na przykład w Syrii, Libanie czy Maroku (krajach arabskich będących wcześniej w zasięgu języka francuskiego). W Egipcie, a tym bardziej w Sudanie Polska to raczej Bolanda. I jest to oczywiście jedno z pierwszych słów jakie poznają polscy turyści.
Ale za to – w scenie ze starszym Arabem w Dongoli, autor przez dłuższą chwilę targuje się po arabsku i to tak skutecznie, że rozmówca nie nabiera żadnych podejrzeń, że rozmawia z nie-Arabem.
Trudno mu się też porozumieć we francuskim, co akurat w Sudanie dziwne nie jest. Dziwne jest natomiast to, że w książce napotkani Sudańczycy z reguły nie posługują się też językiem angielskim, a jeśli już mówią, to łamanym.
Z moich doświadczeń – znajomość angielskiego w Sudanie nie jest niczym niezwykłym – przynajmniej wśród ludzi jako tako wykształconych. I zwłaszcza wśród starszego pokolenia. 20 lat temu ta znajomość musiała więc być jeszcze bardziej powszechna.
Może to wrażenie pana Korybuta-Daszkiewicza wynika stąd, że sam przyznaje, że angielskiego w zasadzie nie zna.
Na szczęście dla siebie poznaje Mansura, Sudańczyka po studiach w Polsce, z którym bez przeszkód może się już porozumiewać w języku ojczystym. Tenże Mansur – oficer armii sudańskiej, ale będący kimś w rodzaju Konrada Wallenroda (bo w rzeczywistości pracuje dla Południa ) obwozi (oblatuje) go po Sudanie wzdłuż i wszerz służbowym wojskowym helikopterem.
Wątek Mansura wydaje się być wprowadzony na siłę, żeby uzasadnić i uwiarygodnić kolejne porcje informacji o Sudanie, które w postaci monologów tegoż Mansura usiłuje przemycić autor.
Zresztą, postać Mansura nie wygląda wiarygodnie. Znika po koniec książki w podobnie tajemniczy sposób jak się pojawił, a jego prawdziwa tożsamość pozostaje nieznana nawet dla pana Korybuta-Daszkiewicza (już w Polsce dowiaduje się o śmierci swojego cicerone).
Rzeczony Mansur mówi płynną i dobrą polszczyzną, w przeciwieństwie do polszczyzny Stevena – murzyńskiego kierowcy polskiej ambasady (pomijam fakt, że w Sudanie ambasady nie ma od 15-20 lat).
Oto próbka:
– O! Widzi Mister? […]Tornado! Tajfun! Wiesz? Wiesz? Niedobrze być. Źle być będzie. Musimy robić uciekanie.
Nie rozumiem tylko gdzie i kiedy ten kierowca opanował tę tak charakterystyczną dla mistrza Yody składnię.












Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



No, interesujący jest ten opis osobliwości motoryzacyjnych w Chartumie. Np. hamowanie ‘na Flinstona’. Ciekawe czy autor książki hamował kiedykolwiek czymś większym od hulajnogi. Bo nawet w przypadku rowerów trudno jest hamowac nogą.
Ja tam w Sudanie nie byłem, ale tutaj jest zdjęcie z centrum Chartumu w godzinach szczytu:
I jeszcze klip z jazdy samochodem przez Chartum, wzdłuż Nilu:
Samochody, jak samochody.
Zaczne od tego, ze niestety ani nie bylem w Sudanie ani nie czytalem ksiazki. Niemniej chcialbym podzielic sie kilkoma refleksjami.
Generalnie zgadzam sie z wnioskami Marcina i mysle, ze autor ksiazki byl w Sudanie ale we wczesnych latach 90tych.
Tak sie sklada, ze slyszalem wywiad z panem Korybut-Daszkiewiczem w Dwojce (http://beta.polskieradio.pl/8/444/Artykul/240182,Hartwig-i-Dehnel-w-Dwojce)i tam rowniez termin jego pobytu w Sudanie jest, o dziwo, pominiety.
Po przeczytaniu drobiazgowej analizy Marcina wydaje mi sie, ze nagromadzenie bledow jest tak nieprawdopodobne, ze rodzi sie nieodparte pytanie – o co w tym wszystkim chodzi?
Czyzby o slawe? Pieniadze?
Miejscami spor jaki Marcin prowadzi jest dosc hermetyczny ale taki jest tez charakter bledow w ksiazce. Jedne sa dosc oczywiste. Inne trudne do zauwazenia dla laika.
To co mnie osobiscie dziwi to brak komentarzy do tego artykulu. Autor ksiazki podpiera sie takimi autorytetami jak: Kapuscinski, Jasienica, Wankowicz. Te osoby juz nie zyja.
To czy dane dzielo jest literatura podroznicza czy tez nie okresla m.in. srodowisko zwiazane z podroznictwem, turystyka, itd.
Sa to wiec rowniez czytelnicy Peronu oraz osoby publikujace na tym forum.
Dla mnie osobiscie jest wazne czy place za rzetelna informacje (moze rowniez doznania estetyczne jezeli ksiazka jest napisana blyskotliwym jezykiem)czy tez probuje sie wyciagnac ode mnie pieniadze za towar bez wartosci.
Czytam ze zdumieniem różne informacje pana Korybuta ponieważ na przełomie lat 1991/1992 pracowałam na budowie Budimexu i mieszkałam na campie na którym podobno on też mieszkał. Nie zauważyłam żadnych hien, szakali w okolicy Khartoum North Power Station gdzie mieściła się baza Budimexu czy też krokodyli pływających w Nilu ( te ostatnie zostały zjedzone z uwagi na panujący głód już bardzo dawno temu).
Widocznie byłam w innym Sudanie, Khartoumie ew. innej bazie Budimexu niż autor książki, ciekawostka……?
Nie mniej tak się składa, że opisywany J.Skrzyński był moim szefem z którym utrzymuję kontakt i mam nadzieję spotkać się w najbliższych dniach, może on mi przybliży w jakim niebezpieczeństwie byłam chodząc wieczorami po campie z uwagi na węże i inne dzikie zwierzęta, które jak rozumiem były wokół.
W dużej ilości występowały natomiast wszystko jedzące kozy i „potomkowie charta afrykańskiego” ale na moje babskie oko nie wyglądały one jak szakale a tym bardziej jak hieny.
Jestem zdziwiony książką o, której mowa podobnie jak Wy wszyscy . Powinna być sprzedawana po prostu w innym dziale sf lub beletrystyka . Autor nie odp . na mojego maila z pytaniami .
Wg niego wróble wylatują i przylatują na zimę z Sudanu . Jest w ksiązce mnóstwo nieścislosci
Na pewno Autor nie byl w ogóle w Afryce , tak sadzę po moich doświadczeniach z Afryki .
Góry o których pisze na pewno nie maja 2000mnpm to jakies bajki ale przynajmiej śmiesznie .
Szkoda że to nabiera ludzi którzy nigdy nie byli w Afryce .
Robert
Witam
Autor prawdopodobnie nigdy nie byl w Afryce , książka ma wiele blędów np . Autor pisze o szczepiące na malarię której jeszcze nie wymyślono ( może pomylil z żólta febrą ) , wróble odlatuja z bocianami do cieplych krajów .
Bylem wielokrotnie w różnych krajach Afryki i wg mnie ta książka to SF . Strata czasu .Autor nawet nie odpisuje na maile . Po prostu to fikcja literacka .
Robert
Ten tekst nie jest mój choć się wyswietlil w moim imieniu ale sie zgadzam
Robert