Sándor Márai, „Coś na drogę”


Jan Marković


Zachwycony lekturą W podróży [http://www.zeszytyliterackie.com/131.html], zbiorem esejów Sándora Máraiego, szykowałem się, by go zrecenzować. Zmieniłem zdanie, gdy przeczytałem Coś na drogę i dotarło do mnie, że nie jestem w stanie napisać o książce niczego, co byłoby dla podróżników ważniejsze od słów samego węgierskiego pisarza zawartych na tych kilku krótkich stronach, które publikujemy niżej. Tyle wnikliwych obserwacji na tak wiele tematów, tyle mądrego namysłu, tyle dyskretnego, a bezbłędnego humoru – ludzie długie książki piszą, a wartych zapamiętania i przemyślenia opinii mniej formułują.

Nie wyobrażam sobie, by fani Peronu4 i podróżowania nie przeczytali tego eseju. Nie wyobrażam sobie.

Jan Marković, peron4

* * * * *

COŚ NA DROGĘ

Sándor Márai

Już wreszcie siedzi w przedziale. Stoję na peronie, chciałbym jej dać coś na drogę. Zajęła miejsce przy oknie, z pledem i kufrem położonym na siatce bagażowej, twarzą do kierunku jazdy, z 564 pengö w kieszeni, sumą, o której sądzi, że w obcym miejscu, choć nie zna się na fortelach i sztuczkach tamtejszych ludzi, uda jej się wyżyć przez czas dłuższy niż w kraju, z paszportem oznaczonym dwójką, z jodyną i piramidonem w neseserze. Macham ręką, życzę jej przyjemnej podróży. I dodaję: „Pisz…”. Wiem z góry, że nie będzie pisać, bo „nie ma o czym” — a to, co o tym może napisać, nie interesuje mnie. Ludzie cywilizowani nie przysyłają już listów z podróży. Piszą widokówki. Przechowuję w biurku kilka listów podróżnych, jeden napisany przez mego dziadka, który w 1840 roku zdecydował się na fantastyczną podróż i z Zombor wyruszył do Wiednia, a także list drugiego dziadka, który około 1820 roku przebywał w Mediolanie. Obaj wiedzieli to, co pod koniec XVIII wieku Goethe wypowiedział jako pierwszy i być może ostatni: człowiek nie podróżuje po to, by dokądś przybyć. I właśnie to chciałbym jej powiedzieć, ale ponieważ ona podróżuje wyłącznie po to, by jak najprędzej przybyć, i tak by nie zrozumiała.

Istniała niegdyś literatura podróżnicza pisana przez zwykłych ludzi, z których wojaże na kilka chwil potrafiły wyczarować pisarzy. Zaczęła się od Petrarki, który jako pierwszy wybierał się w drogę dla samej przyjemności podróżowania, i liczne jej ślady pozostały w naiwnych, miłych listach z podróży pisanych do zmierzchu renesansu. Były to czasy, kiedy celem eskapad nie była zmiana miejsca, a celem listu podróżnego nie była literatura, tylko po prostu tęsknota za przeżyciem; i to właśnie ono wyparowało z podróżowania, kiedy ludzie zaczęli się przemieszczać ze względów praktycznych, wyruszali w poszukiwaniu nowych lądów albo z pobudek uczuciowych, i celem wyprawy od tej pory było nie to, by wędrowiec poznał Rzym, tylko by poznał siebie. Później, już pod koniec XVIII wieku, podróż zmieniła się w elegancki sport intelektualny, potem pojawiła się kolej parowa, a wreszcie Lindbergh, a za nim agent, który wymachuje ogromnym plakatem i woła: „W trzydzieści dni dookoła świata!”.

Zanikł pewien gatunek, list podróżny, a na jego miejscu pojawił się produkt: literatura podróżnicza. Może kiedyś zostanie napisany podręcznik dla podróżujących dyletantów, coś w rodzaju antybedekera, potrzebnego znacznie bardziej niż ten prawdziwy; który uprzejmym gestem, niczym pudełko cukierków ślazowych, chciałbym wręczać na dworcu każdemu, kto wyrusza w drogę. Ale nie tylko list z podróży jest gatunkiem, jest nim również sama podróż. Trzeba się jej uczyć. W naszych czasach przeżycie przebiega zgodnie z szablonami, w banalnym tempie i według przepisów rozkładu jazdy, ograniczone ramami, które stwarzają zaiste skromne możliwości, byśmy pomiędzy dwiema stacjami kolejowymi przez kilka chwil naprawdę podróżowali. Tę wrażliwość, którą zabiera ze sobą do przedziału kolejowego nawet zupełny prostak, kiedy opuszcza dom, i wyrwawszy się z domowych pieleszy, pojętnie i bez orientacji idzie ku obcości, zawsze mającej w sobie coś z przeznaczenia, obecnie zabija w nim technika podróżowania i wielkie przeżycie rozpada się na rozkłady jazdy, którym nie można ufać, i bagażowych, którzy oszukują, lub na hotele, które nie dotrzymują składanych obietnic. Snob może objechać cały świat, ale zawsze pozostanie wewnątrz swego snobizmu, który go chroni, by go nic nie dotknęło i by obcy go nie zadrasnął. To ktoś, kto za granicą zawsze czuje się zdeklasowany, brakuje mu hierarchii domowej owczarni, w której wie, kto jest kim. I nie ma pojęcia, że warunkiem przeżycia podróży jest właśnie ta czyniąca człowieka nikim degradacja, bez której to wszystko jest niewarte guzika. Podróżować, jak mądrze mówią Francuzi, znaczy po trosze umrzeć dla tego, kim byliśmy, i urodzić się bez rangi i tytułu ku temu, do czego jedziemy.

Dla podróżnego nie ma odległości — naturalnie nie w sensie lindberghowskim. Vác jest równie ważny dla intensywności przeżycia i tak samo przydatny jak Pekin. Goethe powiedział, że kiedy idzie na spacer z Weimaru do Weimaru Górnego, widzi więcej niż Kotzebue w podróży do Rosji. Dziennik podróżny Goethego opisuje na stu stronach trzy dni, te trzy dni, których jesienią 1878 roku wymagała podróż między Karlsbadem a Monachium, a to, co relacjonuje o geologii, ortografii, hydrografii, o wirtschafcie jezuitów w Ratyzbonie i innych rzeczach, przyniosło masę wrażeń na trasie, którą pociąg pospieszny przebywa dziś w ciągu sześciu godzin.

Z antybedekera wędrowiec mógłby się nauczyć, że podczas podróży może się z lekkim sercem odnieść powierzchownie do znanych atrakcji, jeśli pozostanie wystarczająco gorliwy i uważny wobec nieistotnych szczegółów. Może sobie nawet darować zachwyty i okrzyki w muzeach i katedrach, jeśli jednocześnie nie zapomni przyjrzeć się uważnie jakiejś klamce czy wystawie sklepu z żywnością. Pojąłby, że nic nie jest absolutnie istotne, jeśli postawimy to obok wagi rzeczy nieznacznych. Nauczyłby się swoistej dziewiczości wobec obcych krajów, bez której podróżny jest tylko wołem w wagonie. Zrozumiałby, że wszelkie trudy, które uczą świata, dają więcej niż ta wygoda, z jaką można zapaść w drzemkę, lecąc nad nim w kabinie Zeppelina. Antybedeker poddałby pomysły, jak można na trasie Budapeszt–Balatonszárszó napodróżować się i doznać tak sensacyjnych wrażeń, jakich na pewno nie doświadczył sam kapitan Byrd.

Siedzi w przedziale, przed nią rozkład jazdy i wieczorne gazety; mnie podejrzany wydaje się już i sam rozkład, a cóż dopiero ta wieczorna prasa! „Do Wiednia będę czytała” — mówi. Święty Krzysztofie, patronie podróżników, to po co ona jedzie? Ja czytam tylko w domu, w fotelu, który wybrałem umyślnie do tego celu, i przy świetle specjalnej lampy. W pociągu natomiast podróżuję. A ona będzie czytała do Wiednia, potem spała do Lugano, po przyjeździe będzie się dziwić cenom w pensjonacie, że okazały się wyższe, i górom, że niższe, niż obiecywał to prospekt, po czym napisze o tym widokówkę, na miły Bóg!

Ale nie mam już czasu się tym zajmować, ponieważ szykuję się do wielkiej podróży, o której może kiedyś napiszę nawet książkę: wybieram się kolejką podmiejską do Aquincum.

13 lipca 1938

Sándor Márai, Coś na drogę
W: S. Márai, W podróży
Wybór, tłumaczenie i posłowie
Teresa Worowska
Warszawa, Zeszyty Literackie, 2011, s. 92–95

Jan Marković


Człowiek, który nie zna się na podróżowaniu, ale od czasu do czasu to robi - dlatego, że lubi dni, które pamięta się w całości, a o takie łatwo w drodze. W trakcie swoich wycieczek zdobył wiele wrażeń. Niektóre spisał.

Komentarze: Bądź pierwsza/y