Po północy w Doniecku. Fragmenty



Po zmierzchu patrzyliśmy w ciemne okna sąsiednich budynków; dopiero wtedy można było zdać sobie sprawę, ile osób wyjechało z miasta. O opuszczonych mieszkaniach dowiadywali się szabrownicy. Mieli swój sposób sprawdzenia, czy w środku nikt nie mieszka. Pukali do mieszkań dwa dni z rzędu, jeśli nikt nie odpowiadał, a wieczorem światło wciąż się nie paliło, wchodzili.

W nielicznych oknach pulsowało teraz światło telewizorów. Kanały ukraińskie od dawna były odcięte (a większość ukraińskich informacyjnych stron internetowych zablokowana). Z badań, które przeprowadziły władze donieckie, wynikało jednak, że mieszkańcy są sfrustrowani ich brakiem – chodziło przede wszystkim o wysoką jakość ukraińskich programów rozrywkowych.

Postanowiono temu zaradzić.

Doniecki kanał Union, przy wsparciu Ministerstwa Informacji DRL oraz kompleksu strzelniczego Artemida, wyprodukował pierwsze republikańskie reality show – Strzałę Losu.

W programie rebelianci oświadczali się wybrankom, a w organizacji zaręczyn pomagały władze republiki (na Ukrainie podobny program nazywał się Dla ciebie wszystko, a w Rosji – Wyjdź za mnie).

Do udziału w show zachęcały wiszące na mieście plakaty – żołnierz na czołgu wręczał uśmiechniętej kobiecie bukiet kwiatów.

Znajdziesz tu wszystko: życie, łzy i miłość. Bohaterowie nie boją się podjąć ryzyka, pokonać kompleksów, powiedzieć ukochanym najważniejszych słów. W imię miłości w zmowę z bohaterami wstępują instytucje Donbasu.

Wygrać można było podróż poślubną na Krym.

Danił z Doniecka oświadczył się w programie Alinie z Ługańska. Kierownictwo organizacji Odrodzenie Donbasu wybrało pierścionek, który wręczył, podpływając do dziewczyny na łódce w święto Kupały.

Anastazja oświadczyła się Jurze, a pierścionek od kierownictwa Odrodzenia Donbasu wręczyła na torze wyścigowym.

Dmitrij (przed wojną menedżer w kawiarni) i Nadia (przed wojną kelnerka w tym samym lokalu) służyli razem w ochotniczym batalionie. By zaaranżować oświadczyny, dowódca podał fałszywy rozkaz obławy na grupę dywersyjną. Na kolację był tort z flagą DRL.

Giennadij (przed wojną bankier) przyjechał na wojnę z Rosji. Julii z Doniecka oświadczył się podczas uroczystości Dzieci Donbasu za Pokój, którą zorganizowało ministerstwo (pierścionek wręczył w stroju klauna).

– Poziom napięcia jest wysoki, a ludzie żyją w niepewności. Dlatego zdecydowaliśmy się zwrócić uwagę na radosne strony życia – tłumaczył Aleksander Kamyszow, pracownik Ministerstwa Informacji, a także uczestnik programu w parze numer sześć. – Pokazać, że mimo trudnych czasów ludzie biorą śluby i rodzą się dzieci. Na początku się wahałem, bo moja kobieta jest w ciąży. Spytałem w ministerstwie: czy to będzie w porządku z moralnego punktu widzenia, że ona w ciąży w państwowym programie? chodzi przecież o pewne wzorce.
– I co?
– No, powiedzieli, że w porządku. Ona ma wykształcenie muzyczne, to chciałem jej zaimponować, wziąłem lekcje gry na pianinie i zagrałem w miejscu publicznym Dla Elizy. Dziecko, które nam się niedługo urodzi, to dziecko wojny. Wiecie, jest nam potrzebne, naprawdę potrzebne, jak haust powietrza w zadymionym pokoju – mówił Kamyszow.

– (…) Jeździliśmy po przyfrontowych wioskach, kule latały jak owady. Narzeczona powiedziała: Sasza, zróbmy dziecko, kto wie, co się stanie, to przynajmniej nie zostanę sama. Obiecałem jej, że jak zajdzie w ciążę, rzucę wojsko. Niedługo będzie rodzić, a ja nie rzuciłem. Tak łatwo się tego nie zostawia. Rano jadę do pracy w ministerstwie, potem przebieram się i na służbę. Wracam do narzeczonej, wślizguję się do łóżka, zasypiam. Za oknem słychać, jak pracują grady, kładę jej rękę na brzuchu, czekam, aż mała kopnie, i śpimy dalej. Dziecko wojny. Będzie miała na imię Alicja, jak Alicja w Krainie Czarów.

* * * * *

Front ściskał Donieck w okrążeniu. Czuć było to namacalnie, jak spadek ciśnienia albo brak powietrza. Tuż za miastem, w Jasynuwatej, kosmetyczka Iryna Dowhań pakowała w tym czasie arbuzy, miód i jabłka, a rankiem wiozła to wszystko za front, na drugą stronę, do ukraińskich żołnierzy. Okopali się z czołgami w polu, wypalano tam wcześniej trawę, więc żołnierze cali byli czarni od spalenizny, w podartych szortach i gumowych klapkach. Serce się krajało Irynie, więc wracała z mężowskimi spodniami, a koszule prała i prasowała. Wiozła gar barszczu przelany w słoiki, smażyła naleśniki, przemycała przez posterunki materace i kołdry. Zaczęła zbierać pieniądze na mundury, bo te ich były całkiem podarte. Na tablecie miała zdjęcia z żołnierzami i listę osób wpłacających pieniądze. i ten tablet dała znajomemu. Znajomy został zatrzymany do kontroli na posterunku i wtedy rebelianci zobaczyli zdjęcia. Sąsiedzi potwierdzili: tak, widzieli przez płot, jak pakowała leki. Gdy po nią przyjechali, największy żal mieli o to: dlaczego im, a nie nam?

W areszcie w pokoju obok torturowali kogoś całą noc, krzyczała razem z nim, żeby zagłuszyć wrzaski. Batalion Wostok składał się z dawnych ukraińskich milicjantów. Mogli ją poniżać albo grozić, mogli straszyć, ale bić i torturować? Nie mogli. Przekazali ją Osetyjczykom.

– A tamci bawili się ze mną cały dzień, jak chcieli – opowiadała nam Iryna, a my nie chcieliśmy pytać dalej.

Chcieli poznać nazwiska i adresy. Podawała tych ludzi, o których wiedziała, że nie ma już ich w Doniecku. Raz powiedziała taki adres, którego nie była pewna. Zaczęła marzyć o śmierci, w nocy nie spała, tylko przysięgała, że jeśli tamtych aresztują, a ona ocaleje, to się zabije. rozmawiała o tym z Bogiem. Rankiem ubrani w moro ludzie położyli na stole dokumenty własności jej domu, ogrodu (to było jej najbardziej ulubione miejsce na świecie), salonu kosmetycznego, mieszkania matki – miała wszystko przepisać na nich.

– A ja gdzie będę mieszkać?
– Ty już nie będziesz żyć, jesteś przetrawionym materiałem.

Pomysł był, żeby zawieźć ją na posterunek ostrzeliwany przez ukraińskie wojsko, ale jeden zwrócił uwagę, że gdy będą ją mocować do barykady, sami mogą oberwać kulą. Zabrali ją na miejski plac i przywiązali do słupa.

Przychodzili ludzie, starsze kobiety i chłopcy ze swoimi dziewczynami. Pluli, szarpali, ciągnęli za włosy, dotykali, policzkowali, wyzywali, kopali, uderzali dłonią, pięścią, kolanem, bili kijem, miażdżyli na twarzy pomidora, pozorowali egzekucję. Biły głównie kobiety, mężczyźni patrzyli. Słup był czymś najgorszym, co spotkało ją w życiu. Ale słup ją uratował. Zdjęcie przy słupie opublikował New York Times. Iryna Słupniczka. Musieli ją wypuścić, w blasku fleszy i w światłach kamer. Poprosiła jeszcze, by zawieźli ją po psa i koty. Dom był złupiony, w piachu leżały ubrania córki. chwyciła buty, a z kuchni garnek, przebiegła się jeszcze po pokojach i ogrodzie, które widziała ostatni raz.

Jesienią do domu Iryny wprowadzili się separatyści. Wycięli drzewa i kwiaty.

* * * * *

Cała ukraińska opozycja w separatystycznym Doniecku miała siwe włosy pokryte farbą blond, białą bluzkę i czerwone korale. Zaglądała nam w mleko, kiedy robiliśmy jej kawę. Czy to na pewno mleko? Czy czegoś nie dosypaliśmy? Kto uwolni ich wszystkich, jeśli ją otrujemy? Patrzyła w kubek, poprawiała korale i płakała. Cała ukraińska opozycja miała siedemdziesiąt jeden lat, nazywała się Zoja Andrijiwna. Była nauczycielką matematyki z ukraińskiej szkoły.

(…) Teraz sama konspirowała przeciw całej Donieckiej Republice Ludowej. Została ona jedna, musiała być ostrożna. W internecie z Zoi zmieniła się w Halinę. W domu nie spała, od kiedy nocą próbowali wyważyć drzwi. Na ulicy wciąż oglądała się za siebie. Ale na co ta cała konspiracja, skoro zaraz ktoś machał ręką: Dzień dobry, Zoju Andrijiwna, jak się pani miewa?

Kiedy szła przez Donieck, który zmieniał władze, flagi i tablice na budynkach, przypominało jej się inne miasto. Starsza siostra urodziła się przecież w 1936 roku w polskim mieście Stanisławowie, sama Zoja Andrijiwna – w 1943 roku, w niemieckim mieście Stanislau, a jej młodsza siostra – w 1944 w radzieckim Stanislawiwie. to też było jedno miasto (w latach sześćdziesiątych zmienione na Iwano-Frankowsk, na cześć poety Iwana Franki, w żaden sposób niezwiązanego z miastem).

Zoja Andrijiwna siorbała gorącą kawę w naszej kuchni i przypominała sobie dni przed katastrofą.

(…) Miasto pustoszało i z całego donieckiego Majdanu została w końcu tylko ona.

– Jestem sama, więc pytają mnie, kiedy wyjadę. A ja nie mogę, są ludzie, którym trzeba pomóc. Naliczyłam już trzystu pięćdziesięciu jeńców. Mam znajomości, wszędzie kogoś znam albo znam kogoś, kto zna. Pomagają mi dawni uczniowie – jak tylko coś wiedzą, dają znać.

Tłumaczyła, że tworzy sieć. Zbiera informacje, wyciąga człowieka, a potem pomaga wywozić sprawdzonymi korytarzami przez zaufanych ludzi. Czasem człowiek, którego znajduje, okazuje się martwy i wtedy trzeba go potajemnie pochować. Uwijała się, ale nie starczało czasu, każdy dzień to nowe nazwisko, nowe zaginięcie. Miała wyrzuty sumienia, że robi za mało.

(…)

– Jeśli dzwonisz i dopytujesz się, to możesz być nikim, ale zwiększasz szanse, że wypuszczą. Nikt nie lubi być nagabywany, tłumaczyć się i myśleć o tym, co ma na sumieniu. Dlatego dzwonię i pytam, bo ci, o których się nikt nie pyta, nie wyjdą szybko – opowiadała Zoja.

Nie chciała powiedzieć, czy się boi. Nie dlatego, że się nie bała. Bała się, było widać, jak bardzo. Nie chciała mówić, bo o strachu lepiej nie mówić. Bo inaczej on puchnie w duszy, staje się coraz większy, aż przestajesz nad sobą panować. W domu, w którym Zoja nocowała, na piętnaście mieszkań tylko z dwóch ludzie nie wyjechali.

– Każdy spieszy, gdzie może. Kolega syna nie rozmawiał z ojcem pół życia, ale teraz przypomniał sobie o nim i wyjechał. A ja? Co ja mogę? Chować się mogę. Choć każdy pies mnie tu zna. Wsiadam do trolejbusu i zawsze kogoś znajomego spotykam.

Wstawała rano, otwierała okno i włączała telewizję. Ukraińskiej nie było, została zablokowana trzy miesiące wcześniej, więc oglądała rosyjską. Żeby nie zwariować, trzymała w kuchni radio ustawione na ukraińską stację. Słuchała jednego, słuchała drugiego. Ukraina zwycięża na wschodzie, terroryści prawie pokonani – wołało ukraińskie radio. Faszystowska junta z Kijowa w odwrocie, sypie się rząd – podawała telewizja rosyjska.

– Kłamią jedni i drudzy – narzekała Zoja. (…)

Poprzedniego dnia dwa pociski spadły obok bloku, w którym mieszkała. Jeden przed domem, a drugi za domem, murami zatrzęsło. Zoja nie chciała wierzyć, że to ukraiński pocisk mógł spaść obok niej, chciała wierzyć, że to z DRL. Kiedy spadały, z podwórka krzyknęły dzieci. Wyszła na balkon i wołała: Prędko do klatki! Biegnijcie do mnie! Biegli, biegł chłopiec, mógł mieć z dziesięć lat. Przez dwadzieścia dwa lata po ukraińsku uczyła takich, ile to jest dwa plus dwa. Chodź, zawołała do niego, bo bomby. Widzę, odpowiedział, to Ukry. Śmierć Ukrom. Bomby spadały, ale ona ich już nie słyszała

* * * * *

Zanim Zoja Andrijiwna przyszła z nami porozmawiać, musiała okłamać męża.

Mąż Zoi złościł się coraz bardziej, że wdawała się w polityczne awantury. Uważał, że lepiej nie wychylać nosa, dużo rozsądniej jest wszystko przeczekać w domu, w spokoju. Wychodziła więc coraz rzadziej. Odwiedzała czasem koleżankę Olenę, mającą włosy czarne jak donbaski węgiel, dawną dyrektorkę szkoły. Olena nie mogła wychodzić z domu od czasu, gdy w sierpniu pojechała do Nowoazowśka, do rodziny. Autobus zatrzymał się z piskiem. Słychać było huk, a potem ciszę. Zbity tłum w jednej chwili przestał być tłumem, ludzie rozpierzchli się we wszystkich kierunkach, jak najdalej od siebie. Olena upadła i biodro pękło jej w jedenastu miejscach.

Polecamy: Moskwa – Jekaterynburg. Fragment książki Transsyberyjska. Drogą żelazna przez Rosję i dalej

A Zoi najstraszniej było we wrześniu. stawiało się wtedy kurczaka w garnku na kuchenkę i biegło skryć do piwnicy. I tak kurczaka się gotowało, a w piwnicy siedziało. I sam wywar się piło, bo nie dało się ugotować rosołu. I w ubraniach się spało, w butach ciepłych i kufajce, by od razu być gotowym. Trzymała w piwnicy konserwy i wodę, ale syn mówił przez telefon: – Mamo, teraz jest taka technologia wojskowa, że jak spadnie pocisk, to ci żadna piwnica nie pomoże.

Potem był spokój i można było siedzieć w mieszkaniu, jednak zaczęły się przeszukania. U Zoi były cztery. Podczas pierwszego i drugiego mężczyźni w moro przyszli pijani, a skoro pijani, to nieuważni i niczego nie znaleźli. Podczas trzeciego zniszczyli drzwi i znaleźli naboje na tygrysa amurskiego (mąż Zoi polował kiedyś na Syberii). Zoja miała broń, ale w tych czasach nie chciała jej trzymać w domu, ukryła. Zostawiła tylko naboje na tygrysa. Podczas czwartego znaleźli znaczek pocztowy z poetą Tarasem Szewczenką i jedną książkę o Banderze. Więc założyli jej i mężowi worki na głowę i zabrali do hotelu Liverpool.

Za naboje na tygrysa, znaczek i książkę trzymali ich jeden dzień. Po powrocie małżeństwo zastało dom wywrócony do góry nogami, wszystko powywalane z szaf i półek. Przy drzwiach wejściowych leżała książka Seks w życiu mężczyzny, a na podłodze wyciśnięty żel intymny, który ich syn trzymał w szafce.

– Teraz zrobiło mi się coś takiego, że się trochę boję wyjść po chleb – opowiadała Zoja. – Jak przejeżdża samochód, zaraz zaczynam się zastanawiać, czy się obok mnie nie zatrzyma. A ludzie cały czas znikają, tamci zatrzymują cię za małe wykroczenie i nie wiesz, co cię czeka, loteria. Znajomy nie miał przy sobie dokumentów, więc kazali mu w mieście pozrywać chwasty i dmuchawce. A sąsiad? Wyszedł na dach antenę reperować, to ustawiono go pod ścianą i rozstrzelano, byłam świadkiem. Powiedzieli, że nie można tak bez pozwolenia po dachach chodzić – opowiadała.

Jeszcze ciągle próbowała ludzi wyciągać z więzień, ale coraz mniej, bo coraz mniej miała znajomych w urzędach i coraz mniejszą nadzieję i energię. Najstraszniej było Zoi patrzeć na to, co dzieje się z jej uczniami. Jednemu zabito rodziców, kiedy wracali do domu psa nakarmić. Jednej dziewczynie urwało nogę, gdy była w domu. A inni poszli walczyć za Doniecką Republikę Ludową, chłopcy w wieku szesnastu, siedemnastu lat. Na koniec roku szkolnego przychodzili z bronią po świadectwa. Zoja miała też uczniów po drugiej, ukraińskiej stronie. Serce ją bolało, że strzelali do siebie nawzajem koledzy z jednej klasy. Kiedy zaczynał się ostrzał, potrafili do siebie dzwonić: chowajcie się, bo za godzinę poleci. A z drugiej strony: zamykajcie sklepy, zaczynamy.

* * * * *

Dziury po kulach układały się w konstelacje i gwiazdozbiory. Wszystkie płoty były poprzestrzelane, bo obu stronach drogi stały opuszczone domy.

– Wszyscy w te domy strzelali, ukropy strzelali, i kozacy, i te DRL-owskie kondomy też. – Zoja Andrijiwna sapała ciężko, idąc środkiem drogi.

Co chwila stawaliśmy i nasłuchiwaliśmy dźwięków, a potem dalej gęsiego, przez drogi i podwórka. Nauczyciele, dyrektorka szkoły, zastępca, woźny, nauczanie początkowe, matematyczka. Na poboczu rosła wysoka trawa, której nikt nie skosił. Wszędzie biegały psy, można im było liczyć żebra.

– Właściciele wyjechali albo zmarli, a one zostały. Chodzą, szukają jedzenia, ale jedzenia nie ma – mówiła Zoja.

Były tej zimy, a teraz wiosny, dzielnice psów w Doniecku. Na jednej z uliczek Pietrowki stało czternaście domów i wyjechali wszyscy, porzucając psy. Został tylko jeden mieszkaniec, który je dokarmiał – Siergiej, ochroniarz z centrum handlowego. Kupował kości, kaszę, dodawał masło, nalewał do misek. Najpierw miał zamiar karmić tylko swoje dwa psy, ale potem przybłąkały się jeszcze dwa od sąsiadów, a potem kolejne cztery. Siergiej nie wiedział, jak rozchodziła się po psiej populacji wieść, że można u niego zjeść, a jednak psów wciąż przybywało.

– Oj – Zoja Andrijiwna zatrzymała się, bo w posadzce przy drzwiach szkoły ugrzązł niewypał. Przeszliśmy obok ostrożnie, a gdy tylko weszliśmy do środka, nauczyciele rozpierzchli się po klasach. Spoglądali na ławki i tablicę, na której zapisane były zadania z egzaminu, na płaszcz w pokoju nauczycielskim tamtej, która wyjechała rok temu. Po gruzie wdrapaliśmy się na piętro. Przez okno było widać w oddali donieckie lotnisko. (…)

Patrzyliśmy w stronę lotniska jak w miejsce po upadku meteorytu. Wojna, nienawiść, śmierć, bohaterstwo, okrucieństwo, szaleństwo musiały przecież zostawić tam jakiś ślad.

– Grzejnik ukradli – mruczała Zoja, krzątając się po sali. Szurała półkami, szukała czegoś, ale sama chyba nie wiedziała czego.
– Jakoś to będzie – mówiła do siebie.

Budynek był z lat pięćdziesiątych, uczyli się tu już dziadkowie ostatnich uczniów. Na tablicy w jednej z sal ktoś wypisał kredą: Szkoło, trzymaj się.

– Nauczycielka z tej klasy uciekła z Doniecka. tam nie wchodźcie, tam już wysprzątane. A ta miała sześćdziesiąt lat, a wyglądała na trzydzieści, nie uwierzycie, że nosiła rozmiar S – mówiła Zoja. – Tamta nie żyje. O tej nic nie wiem.

Była tu razem z pozostałymi nauczycielami już trzy razy. Szkło i gruz wyrzucali przez okna, a kiedy zbliżały się strzały – uciekali. Teraz uwijali się, wyjmowali szkło z okien, biegali z wiadrami, ścierkami, myli podłogi, a czasem się zatrzymywali popatrzeć w dziennik ocen.

– Z dwustu uczniów z miasta wyjechała połowa – dodawał zastępca dyrektora.

Dyrektorka nic nie mówiła, była zła tą irracjonalną złością, która kazała jej obwiniać nas tylko dlatego, że bliżej nam było do winowajców, że przyjechaliśmy z drugiej strony frontu, z tamtej strony, skąd pocisk zabił jej męża.
Na ścianie wisiały poszatkowane mapy, Mapa administracyjna Ukrainy cała była w dziurach po odłamkach.
Za oknem słychać było gdzieś serię karabinu.

– Jakoś to będzie – wzdychała Zoja Andrijiwna. – Jakoś to będzie.

Na zardzewiałych słupach billboardowych w centrum miasta zaczęły się pojawiać kolorowe plakaty: Doniecka Republika Ludowa – wszystko dopiero się zaczyna.

* * * * * *

W przysiółku Trudowskim stał dom kultury Trudowski. W jego piwnicy przygotowano wielki schron, materac przy materacu. Na ścianach widoczne były rysunki siłaczy i kolorowe napisy Bodybuilding, bo wcześniej stał tu sprzęt sportowy i stoły do ping-ponga. Akurat teraz były tu same kobiety, prowadziły nas w dół, w ciemność za ręce, niczym greckie wyrocznie.

Mówiły jedna przez drugą albo wszystkie razem:

– Chodźcie, chodźcie! Uwaga na schodki, powolutku. Gdzie ciocia Gala? Gdzie Nataszka? No, chodźcie już! Ciemno? Tak, ciemno. Zbyt szybko przepalają się żarówki. Ale oczy do ciemności się przyzwyczajają, my potrafimy już w przygaszonym świetle rozpoznawać twarze i kształty. Tam na ścianie doskonale widzimy siłaczy i piękniutkie dziewuszki. Dalej była szatnia. Usiądźmy sobie na materacach. To nasz schron, dom. Mieszkamy tu od 12 lipca 2014 roku. Zobaczcie, co się z naszym przysiółkiem stało. Zawsze uważaliśmy, że mieszkamy w najpiękniejszym miejscu. Hałdy są jak góry, mamy owocowe drzewka i słońce. Kiedy kopalnie działały, pracowały w nich dwa tysiące osób. Potem okazało się, że to jednak najgorsze miejsce: sama linia frontu. Poza piwnicą spać nie można. Pierwsze pociski spadły na Marjinkę i naszą kopalnię około godziny dwudziestej trzeciej, już wtedy niektórzy przybiegli do domu kultury. Większość zebrała się tu następnego dnia, wtedy strzelali cały czas. I nie przestali do dziś. Najpierw znieśliśmy fotele z góry, z sali kinowej, i sobie w tych kinowych fotelach siedzieliśmy, słuchając wojny. Nie od razu zrozumieliśmy, że ona nie przyszła na chwilę, ale się zadomowiła, poczuła się u nas dobrze. Zaczęliśmy się więc w naszej piwnicy urządzać. Każdy przynosił, co mógł. Materace, stolik, miski, grzałkę. Tam są Luba i Witalij, tam Saszka z Anią, tu dzieci, tam śpi ciocia Gala. Dziś jest nas niewiele, w najgorszych okresach śpimy tu w sześćdziesiąt osób. Były długie tygodnie, że ani na chwilę, na minutę nawet nie wychodziliśmy z piwnicy. Spaliśmy w piwnicy, gotowaliśmy w piwnicy, sikaliśmy w piwnicy, chorowaliśmy w piwnicy. Po jakimś czasie organizacje humanitarne zaczęły przywozić leki i jedzenie. Przywieźli wentylator, bo oddychać powietrzem kwaśnym i ciężkim było trudno. I wybielacze, którymi zalewaliśmy sedesy. I leki nasercowe, i uspokajające. Przywozili kasze i ziemniaki. Prądu nie było przez dwa miesiące. Otulaliśmy się kołdrami i kocami. Pod ziemią jest cieplej, bo mury są grube.

Porządna jest nasza piwnica! Chuchaliśmy razem, żeby robiło się cieplej. W nocy dokuczały robaki albo woda pokapała na głowę. A jeśli za dnia było spokojniej, wychodziliśmy na zewnątrz, zbieraliśmy gałęzie i paliliśmy ognisko, na którym gotowało się garnek z wodą na herbatę. Porządna jest nasza piwnica! Spaliła się nasza cerkiew, spłonęły wszystkie nasze sklepy, ale w nasz dom kultury nie trafili nigdy. Najgorszy jest moment, gdy pocisk wybucha. Jak to opowiedzieć? Przez wszystkie kostki przechodzą wibracje i głowa pęka. Zbieraliśmy się wtedy razem i obejmowaliśmy. Nauczyliśmy się rozpoznawać, z której strony strzelają i czym. Że jak poleci z zachodu, to po dziesięciu minutach odpowiedź nadejdzie ze wschodu. I jaki dźwięk wydaje Toczka-U, a jaki Smiercz. Wszystko to wiemy. Jak słyszysz wystrzał, a potem fiuuuuuuu, narastający gwizd, to musisz biec, biec czym prędzej. Są też takie, których nie słychać i usłyszysz je dopiero, gdy spadną. Latem biegnie się dobrze, gorzej zimą. I nie ma czasu na ubranie się, owijasz dziecko w kołdrę i pędem. Czasem, gdy się biegnie, a huknie bardzo blisko, to nic nie możesz poradzić i przystajesz, bo nogi same się zatrzymują.

Kiedy przestają na chwilę strzelać, zaczynamy snuć plany: jak odnowimy dom, jakie posadzimy kwiaty i warzywa? Co się ugotuje na święta? A potem znów huk i wszystkie te głupoty z głowy znikają. W Nowy Rok jeden z nas przebrał się za Dziadka Mroza, z czego popadnie, ze starych ubrań i waty. To nie było dobre przebranie.

Postawiliśmy też choinkę, krzywiutką i trochę paskudną. Jaka była piękna. Kiedy jest ciszej i pójdziemy do domów sprawdzić, i ogrody zobaczyć, to serce nam się kraje. Buraki są powyrywane, a kapusta skradziona. Musi wojna przyjść, żebyś wiedział, kto jaki jest człowiek. Jedni, obcy, ciągle przyjeżdżają, pomagają i interesują się. A inni, swoi, rodzina, przestają odbierać telefony. Mówią, że do siebie nie wezmą i miejsca u nich nie ma. Wielu z przysiółka już wyjechało. Zabrali oszczędności i przenieśli się na ukraińską stronę, na przykład do Wuhłedaru. Tamci podnieśli im ceny wynajmu mieszkań, swołocze, trzykrotnie.

Niech idą już wszyscy najdalej, daleko od ludzi, idźcie gdzieś na pustynię się bić, a nas zostawcie w spokoju.
Czy wiecie, że w naszym przysiółku, jak wychodziło się kiedyś z domu, to zawsze można było z kimś pogadać przez płot? Teraz wychodzisz – i pusto. Żeby ktoś chociaż pomachał. Ale nie, na golasa możesz biegać i nikt nie zauważy. Ptaki nie śpiewają, uciekły stąd. Schodzą się wiewiórki, las bliżej jest frontu.

Kiedyś paszport leżał w szufladzie i nikt o nim nie pamiętał. Teraz z paszportem nawet za potrzebą chodzimy. Czasem przez parę dni cisza. Wtedy niektórzy jadą do miasta, na bazar, nakupić zapasów. Ale pensji i emerytur nie dostajemy od miesięcy, to co tam możemy? Olej dziewięćdziesiąt rubli. Kto to widział! Chleb piętnaście rubli, o Panie Boże! Kilo mięsa trzysta rubli? Chodzimy tylko i patrzymy. Ostatnio zobaczyliśmy kiełbaskę piękną. I tania była. Sprzedawczyni powiedziała, że to kiełbaska dla pieska. Odeszliśmy bez słowa, a można było oszukać, że mamy.

* * * * *

Tekst pochodzi z książki Julii Wizowskiej i Grzegorza Szymanika Po północy w Doniecku (Wydawnictwo Agora, 2016).


Komentarze: Bądź pierwsza/y