Qoyllur Rit’i znaczy „gwiaździsty śnieg”
Gdy popołudniu przybywam do Mahuayani widzę, że malutka i spokojna wieś, jaką przez cały rok zapewne jest to miejsce, zamieniła się w jeden wielki bazar. Można kupić wszystko, od czapek i ciepłych ubrań po świece, jedzenie, budziki i latarki. Dziesiątki minibusów i ciężarówek, którymi przybyli ludzie, stoją w nieładzie gdzie popadnie. Tłum jest jednak znośny, gdyż pewnie większość już jest „na górze”.
Z Mahuayani idzie się 2 – 3 godziny do Sanktuarium, położonego w górnej części doliny, pod samymi lodowcami. Od razu zaprzyjaźniam się z trzema młodymi chłopakami z Limy, którzy też są tu pierwszy raz. Przyjechali w roli turystów, co pozwala mi się poczuć trochę mniej intruzem. Zachodnich turystów po prostu nie widzę.

Wielu pielgrzymów przybywających na Qoyllour Rit'i nosi tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje. (Fot. Kuba Fedorowicz)
Gdy docieramy do Sanktuarium jest już ciemno, co tym bardziej robi na mnie wrażenie. Tłum jest nie do opisania, a światełka latarek, lamp i ognisk rozlewają się po całym dnie doliny. Wygląda to jak miasto! Chociaż lepsze w tym miejscu byłoby określenie „obóz dla uchodźców”, bo na szybko skleconych namiotów z plastikowych plandek jest najwięcej w tym trudno dostępnym miejscu. Można w nich kupić zabawki, ciepłe przekąski, obrazy, a nawet tytuł magistra („szkoda, że nie miałem drobnych” :p). Inne, podobne namioty mają zastosowanie noclegowe, ale i tak większość ludzi śpi w wykopanych w rumoszu skalnym dołach, przykrytych plastikowymi płachtami! Nie muszę chyba nikomu mówić jak jest zimno w nocy na prawie 5 tysiącach metrów…
Pierwsze co robimy to szukamy miejsca na nasze namioty. Nie jest to proste, ale w końcu udaje nam się na stoku doliny znaleźć skrawek wolnego i w miarę równego miejsca. O intymności, którą znam z gór, nie ma mowy. Jesteśmy wśród całych rodzin, leżących w dołach czy siedzących w około ognisk i gotujących coś na nich. Wygląda na to, że nieważne jakie jest nachylenie stoku – o ile nie jest to pionowa ściana, można tam spać.
Z góry widok jest jeszcze bardziej imponujący. Największym i chyba jedynym budynkiem na obszarze Sanktuarium jest brzydka, prostokątna bryła kościoła, w którym trzymany jest święty obraz. Kolejka, żeby wejść do środka ciągnie się dobre 200 – 300 metrów. Natomiast na placyku przed kościołem wiruje tłum tancerzy w kręgach, przebranych w niesamowite kreacje, a kakofonia dźwięków trąbek, bębnów, puzonów, fletów i innych piszczałek jest wszechogarniająca…
Nahajką po nogach, czyli „oczyszczanie z grzechów”
Po zajęciu „miejsc kempingowych”, przeciskamy się z chłopakami przez tłum, z powrotem na dziedziniec przed kościołem, gdzie odbywa się główna część popisów tanecznych. Każda z grup prezentuje nieco odmienny układ choreograficzny, mają inne maski, stroje itd., ale jest pewna rzecz wspólna. Otóż praktycznie wszyscy mają w rękach grube, plecione nahajki, służące do poganiania bydła. Taki atrybut zdawałoby się dość niewinny, jeśli weźmiemy pod uwagę pochodzenie tych grup i to, czym się głównie zajmowały w przeszłości.
Jednak tą nahajką tancerze okładają się po nogach. I nie są to jakieś delikatne pieszczoty – mężczyźni, przybrani w tradycyjnie zdobione, wełniane czapki typu kominiarka, w rytm muzyki i przy okrzykach zawodzącego tłumu po prostu toczą niemalże walkę w środku kręgu. Po kilkunastu takich wymierzonych na zmianę razach, tancerze biorą się za ramiona, wykonują kilka kroków tańca i składają cześć ich grupowemu, bogato zdobionemu sztandarowi, po czym następuje zmiana w środku kręgu. Patrząc na to, miałem wrażenie, że to nie są to żadne religijne obchody, ale po prostu regularna ustawka kibiców piłkarskich, a przy każdym ciosie, który widziałem, aż mnie piekły nogi! Jak zrozumiałem, służy to „oczyszczeniu z grzechów”, ale nie ulega wątpliwości, że Kościół tego nie zasugerował im i jest to jakaś forma rytuału z czasów przedhiszpańskich…
Dowiedziałem się też, że „zwykli” ludzie przybywają przed obraz po to, by prosić o pewne rzeczy – nową pracę, pieniądze na samochód, tytuł naukowy. To by tłumaczyło mnogość wszelkich zabawek do kupienia na straganach, które następnie święcą później w kaplicy. Aby życzenie się spełniło należy uczestniczyć w trzech pielgrzymkach pod rząd. Ciekaw jestem kto to z kolei wymyślił… :)
Czego bym tutaj nie napisał to i tak trudno będzie mi przedstawić całą atmosferę jaką panowała tej nocy. Żałowałem, że nie mam ze sobą lepszego sprzętu fotograficznego, chociażby lampy, aby utrwalić to, co widziałem. Moi nowi koledzy dość szybko poszli spać do swojego namiotu, a ja rozpocząłem samotną wędrówkę po terenie Sanktuarium. Muzyka i tańce trwały przez całą noc, ale nie tylko na dziedzińcu. W całej dolinie paliły się ogniska. Najczęściej przy takich ogniskach siedziały rodziny, ale było też sporo „nieformalnych” grup, z własnymi sztandarami, zespołem muzycznym, świętymi obrazami, ale już z mniejszą dozą tradycyjnych przebrań. Były to po prostu „delegacje” malutkich wsi, jakich pełno w ogromnych Andach. Z dala od głównego placu tańczyli w rytm swojej muzyki, modlili się we własnej intencji i bawili ze sobą wspólnie. Kobiety z dziećmi na rękach, mężczyźni w kapeluszach, młodzież.
Z początku tylko się przyglądałem, ale w pewnym momencie ktoś z jednej z takich grup mnie zagadał i nawet nie wiem kiedy, zacząłem wirować wokoło ognisk razem ze wszystkimi. Zupełnie trzeźwy, gdyż alkohol jest zakazany na Festiwalu, ale jakby w transie…
Co chwila ktoś podawał wszystkim tancerzom z grupki małe kubeczki z chicha, papierosy i liście koki, które wyglądało na to, że żują wszyscy. Zapomniałem o chłodzie, o tym gdzie jestem i co to za okazja. To się liczyło najmniej, ważna była ta jedność przy tym ognisku, w tym tańcu, z tymi ludźmi – prawdopodobnie potomkami Inków… W przerwach ludzie wypytywali się mnie skąd jestem, dlaczego sam, że fajnie, że chce się integrować, a nie przychodzę tylko jak do kina… Rozmawialiśmy trochę o religii – część rzeczywiście wierzy mocno w nauki Kościoła, ale kilku starszych, ściszonym głosem, powiedziało mi, że to wszystko „maska”. Wielu nie powie tego na głos, ale oni są tutaj dla Apu Colquepunku (górujący nad doliną Sinakary szczyt), dla Pachamamy. Kontaktują się w tańcu „Braćmi”, jak określali istoty pozaziemskie. Można nie wierzyć, śmiać się, ale proponuję zobaczyć to na żywo i powiedzieć im to w twarz. Dla mnie w każdym razie, było to niesamowite przeżycie.
Ukuku’s – strażnicy lodowców
Jedną z najbardziej przerażających grup na festiwalu Qoyllur Rit’i są tajemniczy Ukuku’s. Ubrani w czarne, długie i włochate szaty nawiązujące do futra niedźwiedzia andyjskiego, w wełnianych maskach, z długimi nahajkami w ręku budzą respekt także wśród innych pielgrzymów. Nawet jeśli mówią stylizowanym, bardzo cienkim głosem, to jest w nich coś, co nie pozwala spojrzeć im prosto w oczy. Mówi się, że są pół-ludźmi, obdarzonymi nadprzyrodzonymi mocami potomkami niedźwiedzia i kobiety. Powszechnie uważa się ich także za łączników pomiędzy naszym światem i tym nadprzyrodzonym. Ostatniej nocy udają się wysoko, w górne partie doliny, by dotrzeć aż do lodowców. Pielgrzymi wierzą, że te śnieżne pola zamieszkiwane są przez przeklęte dusze, candenos, z którymi tylko Ukuku’s są w stanie się mierzyć. Pozostali pielgrzymi czekają od świtu na nich w połowie drogi do sanktuarium i gdy wczesnym rankiem Ukuku’s schodzą długimi szeregami z lodowców, niosąc bryły „świętego lodu” i krzyże, które zostawili tam pierwszego dnia Festiwalu, witają ich muzyką i tańcem. Wody z lodowców, czy inaczej „nasienia Apu”, są uważane za życiodajne eliksiry i mają rzekomo posiadać lecznicze właściwości.

O świcie pielgrzymi udają się w górne partie doliny by powitać schodzących z lodowców Ukuku's. Spacer na 4700 metrów jest męczący. (Fot. Kuba Fedorowicz)
Byłem tam krótko po świcie i widziałem to. Na lodowiec co prawda nie pozwolono mi wejść, a spotkany reporter, który miał akredytację i w Qoyllur Rit’i uczestniczy już od 25 lat (!) poradził mi, żebym zszedł do reszty pielgrzymów, gdyż widział już, jak Ukuku’s okładają nahajkami wścibskich gringos z aparatami… Zszedłem więc niżej i stamtąd obserwowałem majestatyczny pochód jednej z takiej grup wracających z lodowca. Sznur ubranych na czarno postaci, z krzyżami i olbrzymimi flagami, powiewającymi na tle szczytów górskich, praktycznie nie miał końca. Byli poważni, jeden z drugim schodzili w dół doliny i podczas gdy pierwsi byli już na dole, to ostatni dopiero docierali do miejsca, gdzie oczekiwała ich reszta pielgrzymów i muzykantów. Starałem się nie wychylać za bardzo z obiektywem, po pierwsze z szacunku, a po drugie, kto wie, jak jest naprawdę z nimi…
Gdy wszystkie grupy zeszły ze „swoich” świętych lodowców, wróciliśmy do sanktuarium, gdzie odbyła się msza. Dla mnie, podobnie jak i dla większości, był to już koniec Festiwalu. Spakowałem plecak i zszedłem wśród falującej masy ludzi ścieżką do wsi u podnóża gór, gdzie złapałem autobus z powrotem do Cuzco.
Niektóre grupy jednak kontynuują marsz przez góry. Jedna z nich niesie np. obraz Pana Gwiaździstego Śniegu i dociera następnego dnia do miasteczka, gdzie trzymany jest on przez resztę roku. W dawnych czasach były też grupy, które szły z blokami lodu aż do Cuzco, gdzie docierały akurat na zakończenie obchodów Bożego Ciała, trzy dni później. Dziś jednak sami Ukuku’s, uważający się za strażników lodowców, w trosce o swoje święte miejsca, wycinają tylko niewielkie bryły śniegu.
W ciągu trzydziestu lat lodowce w Peru cofnęły o kilkaset metrów, kurcząc się o ponad 20%. Przypuszcza się, że istnieje duże ryzyko, iż w najbliższych dwudziestu latach może zniknąć większość lodowców w tym kraju, położonych poniżej 5,500 m npm. Naukowcy tłumaczą to zjawisko globalnym ociepleniem klimatu…
Indianie mają jednak swoje tłumaczenie… Gdy z ich świętych gór zniknie śnieg nastąpi koniec świata. Innymi słowy, nie tylko według Majów czekają nas pewne zmiany w najbliższych latach. Zresztą wystarczy spojrzeć w około. Powodzie, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów. Można udawać, że nic się nie dzieje, ale i mi się wydaje, że czekają nas pewne zmiany… :]












Show me your way - w poszukiwaniu znaczeń szczęścia
Poland Trek - Belg przemierza Polskę od Tatr po Bałtyk
Pamir Bikeway 2012 - Azja Centralna rowerem i koleją
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Tańce wśród piratów - Magda i Marcin tanecznym krokiem szukają skarbu
Pomiędzy Oceanami - Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej
Gap year in Kunming - chińska przerwa w życiorysie
Z tatą na Igrzyska - rowerami do Londynu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Na Własne Oczy - zobaczyć, co świat ma do zaoferowania
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Oblicza Gruzji - niesamowita różnorodność kraju
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika



Dodaj komentarz