9 czerwca 2010

Zobaczyć Machu Picchu

Wayna Picchu. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Scena jak z filmu. Szeroka dolina, z wijącą się rzeką na dnie, wciśnięta pomiędzy nagie, skaliste szczyty koloru piaskowego. Gdzieś w oddali widać jakieś zabudowania niewielkiego miasta. Z nieba leje się żar, słońce w zenicie i ani jednej chmurki. Na skraju doliny przy drodze, na zakurzonym poboczu, siedzi na plecaku chłopak. Głowę ma opartą na rękach i wygląda jakby spał. Droga jest pusta i gdzieniegdzie popękany, szary asfalt doskonale kontrastuje z żółtymi pasami pośrodku jezdni. Nagle zza zakrętu słychać warkot silnika. Chłopak podnosi głowę, patrzy beznamiętnie w kierunku, skąd dobiega hałas i po chwili w polu widzenia pojawia się malutki, czerwony motorek z doczepioną budą…

– Kurwa, znowu riksza.  – pomyślałem. – To już trzecia w ciągu pół godziny i żadnego samochodu.. Riksza 200 metrów przede mną skręciła w polną drogę do jednego z gospodarstw, leżących jeszcze w granicach administracyjnych miasta Nazca. Niby takie niewielkie miasteczko, ale wyjście z niego na drogę w kierunku Cuzco zajęło mi dobrą godzinę. Gdy minąłem ostatni zjazd do miasta na drodze zapanował kompletny bezruch. Była niedziela, mój, tradycyjnie już, pechowy dzień na jeżdżenie stopem. Gdy warkot rikszy znikł w oddali znów nastała cisza. Ale tym razem nie na długo. Chwilę później, na drodze przede mną widzę białą ciężarówkę. Kciuk do góry, może się zatrzyma? Za moment cały szczęśliwy ładuje się do szoferki – uff, nareszcie w drodze!

Minęło siedem godzin. Gada się sympatycznie, za oknem skaliste, pustynne góry ustąpiły miejsca porośniętym trawą olbrzymim grzbietom i czuć, że jesteśmy znacznie wyżej. Mijamy tablice. Cuzco 500 km. To chyba jakaś pomyłka. Tak, z pewnością. To przecież mało prawdopodobne, by w siedem godzin przejechać tylko 100 kilometrów, prawda? Ileż mnie jeszcze zadziwić potrafi rzeczy… Dobrze, że chociaż na obiad się zatrzymaliśmy.

Kilka godzin później siedzimy obaj z kierowca opatuleni w koce i słuchamy piosenek z jego telefonu. Jedziemy dalej. Od dawna jest ciemno i zimno. W szoferce nie ma ogrzewania, a jesteśmy na grubo ponad 3000 m n.p.m. Co gorsza mam wrażenie, że Alfredo zaczyna przysypiać. Pytam, od której jedzie. Od czwartej rano. Patrzę na zegarek i widzę, że jest 22.00, a do miejsca, gdzie mamy się zatrzymać wciąż jest 100 kilometrów po krętej drodze. Tutaj nie ma limitów czasu jazdy, tak jak u nas w Europie. Na szczęście przypominam sobie, że mam cały czas ze sobą magiczny woreczek z liśćmi koki, które szczęśliwie pomagają nam dojechać w jednym kawałku do pewnej malutkiej wioski, gdzie wysiadam. Jest prawie północ.

W drodze do Aguas Calientes. (Fot. Kuba Fedorowicz)

W drodze do Aguas Calientes. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Godzinę później, ze stołecznej Limy wyrusza nowiutki samochód terenowy, z trzema chłopakami przed trzydziestką na pokładzie. Jadą non-stop i gdy docierają przed południem do owej malutkiej mieściny, gdzie spędziłem ostatnią noc, ja już czekam na drodze. Dam sobie rękę uciąć, że stojąc w cieniu przy szosie i obserwując jak dwa sportowe pickupy 4×4 przemknęły obok mnie jadąc w przeciwnym kierunku, pomyślałem – ‘fajnie by było te brakujące trzysta kilometrów do Cuzco pokonać sprawnie jakimś podobnym samochodem’. W tym momencie na scenę wkraczają chłopaki z Limy. A właściwie to z piskiem się zatrzymują na niej. I mówią mi, że jadą…akurat do Cuzco!

Jesteśmy najszybsi na drodze, co z resztą nie jest trudne, bo samochodów nie ma prawie wcale. Dobra prędkość, płynne wychodzenie z zakrętów, świetna przyczepność – taka jazda to przyjemność. Ale nie zawsze dla samotnych kierowców ciężarówek. Sen, pogorszony refleks, dziwne zachowanie maszyny, za duża prędkość przy skręcie – trudno powiedzieć. Staranowane barierki na moście, 20 metrów swobodnego lotu i lądowanie w płytkiej rzece, szybą w kierunku dna. Kierowca ponosi śmierć na miejscu, zbiorowisko ludzi i dryfujący z nurtem rzeki ładunek. Takie widoki po drodze jak ten dają do myślenia.

300 kilometrów takim terenowo-sportowym samochodem, jak się okazało, też można długo jechać. Najpierw zepsuły nam się hamulce, potem odkryliśmy, że jedno światło nie działa i że coś odpadło od podwozia. Technicznego słownictwa jeszcze nie poznałem. W Abancay spędzamy 2h na naprawach i do Cuzco docieramy dopiero… przed 21. 600 kilometrów w dwa dni, bez przerwy praktycznie w samochodach. Bywa…

Cuzco, dawna stolica imperialna Inków, położone jest na wysokości ok. 3300 metrów n.p.m. Założone zostało przez pierwszego władcę Inków Manco Capaca w XII wieku. Swój dzisiejszy charakter zyskało jednak dzięki Hiszpanom, którzy miasto, zniszczone podczas powstania w 1536 r. przeciwko nim samym, odbudowali na swój sposób. Co by nie mówić o turystycznej otoczce tego miejsca, muszę przyznać, że jest ono wyjątkowo klimatyczne. W starych, brukowanych uliczkach czuje się wręcz historię i jakąś tajemniczość. Plaza de Armas wieczorem robi niesamowite wrażenie, a mieszanka nacji i języków, kontrast starych budowli z nowoczesnymi witrynami sklepów i przeszklonymi drzwiami restauracji, niedaleko których biedne Indianki sprzedają peruwiańskie czapki, dziwnie tutaj pasują do siebie. Co prawda ceny są trochę wyższe, ale jak się dobrze poszuka, to można znaleźć co się chce i w odpowiedniej cenie. Faktem jest, że miasto żyje z turystyki. Na placach, w zaułkach i w wąskich uliczkach na każdym kroku natyka się na naganiaczy – „senor, zapraszamy na posiłek, może coś do picia, tutaj jest menu…” Sporo z nich mówi po angielsku.

Handel na ulicach Cuzco jest czymś oczywistym. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Handel na ulicach Cuzco jest czymś oczywistym. (Fot. Kuba Fedorowicz)

– „Massage? Massage? Very good” To chyba jeden z najpopularniejszych tekstów, jakie można usłyszeć podczas spacerów, zaraz obok „Marihuana? Coca? Good stuff”. Mnóstwo jest też sklepów z artesanas, ale jeszcze więcej krążących wśród turystów ulicznych sprzedawców, oferujących czapki, rękawiczki, szaliki, kubeczki, fleciki, rysunki, tkaniny i sto innych rzeczy. Turystów zresztą nie sposób nie zauważyć. Od razu widać, kto jest backpackerem, a kto przyjechał na wczasy. Koszule i kapelusze w stylu safari, kamery na szyi, przewodniki w dłoniach są tak widoczne w tłumie, że nawet nie trzeba słyszeć francuskiego, angielskiego czy niemieckiego, żeby z odległości 100 metrów móc zgadywać, kto jest z jakiego kraju. Każda nacja ma też jakieś swoje cechy, które zacząłem zauważać u turystów już po dwóch dniach pobytu w mieście. Najłatwiejsi do rozpoznania są oczywiście Japończycy…

Dlaczego tutaj wszyscy przyjeżdżają? Odpowiedź jest jedna. Można mówić o ciekawej architekturze, historii, zabytkach itd., ale tak naprawdę powodem jest Machu Picchu. Na pewno obiło się Wam o uszy… Przyciąga ono co roku miliony odwiedzających, co czyni z tego miejsca jedną wielką maszynę do robienia pieniędzy, napędzającą niezliczoną liczbę biznesów i będąca swego rodzaju symbolem kraju. Cuzco jest bazą wypadową do Świętej Doliny, gdzie leżą te słynne ruiny miasta Inków. To tutaj kupuje się w niezliczonych agencjach wycieczki do tego miejsca, wypożycza sprzęt niezbędny do trekkingu po tzw. Inca Trail i tutaj też można wsiąść w niesamowicie drogi pociąg do Aguas Calientes, małego miasteczka pod samym Machu Picchu. Nie dociera tam rzecz jasna żadna droga. Sprytne, nie?

Prawda jest jednak taka, że Aguas Calientes, a przede wszystkim MP, ulokowane są w naprawdę trudno dostępnym miejscu. Schowane w górach, z dala od dużych miast. MP w dodatku leżący wysoko ponad dnem doliny, na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami – Machu Picchu i Wayna Picchu. Nic więc dziwnego, że zostało ono odkryte dopiero w 1911 roku przez amerykańskiego naukowca, Hirama Binghama (ostatnio dokonano szokującego odkrycia w aktach historycznych, jakoby słynne miasto Inków znalazł już 40 lat wcześniej niemiecki handlarz i złodziej grobowców, Augusto Berns). Hiszpanie nigdy tu nie dotarli, dlatego też Machu Picchu jest tak dobrze zachowane. Z badań wynika, że miasto zostało opuszczone ok. 1537 roku, po niewielu ponad 100 latach ‘zamieszkiwania’  oraz cztery lata po zajęciu przez Francesco Pizzaro stolicy Inków – Cuzco. Przyczyny porzucenia miasta są nieznane. Zagadkowe, prawda?

Aguas Calientes. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Aguas Calientes. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Z resztą sami Inkowie skrywają do dziś wiele tajemnic, a my sami niewiele wiemy na ich temat. Legendy głoszą, że istnieją ponoć podziemne tunele, które ciągną się tysiącami kilometrów pod górami i płaskowyżami Ameryki Południowej – od Cuzco aż do dzisiejszej Limy, na terytorium obecnej Boliwii, a nawet do Quito w Ekwadorze! Taki był zasięg panowania Inków.. Wielu już próbowało penetrować te korytarze, ale na skutek zaginięć kilkunastu ekip poszukiwaczy skarbów i badaczy, postanowiono wysadzić wejścia do podziemi. Inna teoria głosi, że sami Inkowie ukryli wejścia i powołali stowarzyszenie tajnych strażników, strzegących tajemnicy. Nie wiadomo, gdzie podziała się większość skarbów Inków, gdzie są złote krzesła z trzynastoma mumiami władców inkaskich, złote płyty z inskrypcjami i inne kosztowności. Wielu twierdzi, że Indianie ukryli je w tunelach, które do dziś zachowane są w doskonałym stanie, budowane przez generacje Inków, zabezpieczone wieloma pułapkami – niedostępne dla białych.

Jak jest naprawdę? To wszystko brzmi jak mieszanka Kodu Leonarda Da Vinci, Baśni Tysiąca i Jednej Nocy i Władcy Pierścieni. Nie ma dat, wiarygodnych informacji, ale na każdym kroku można usłyszeć coraz to bardziej nieprawdopodobne teorie i opowieści, które przyciągają niczym magnez, elektryzują i fascynują ludzi od lat. Cała Ameryka Południowa jest pełna tajemnic i wciąż pozostaje nam dużo do odkrycia. Złote miasta, tunele, skarby Indian, tajemnicze linie w Nazca, mumie na górskich szczytach powyżej 6 tys. metrów n.p.m. i wiele, wiele więcej.. To wszystko się jakoś łączy, tylko jak? Pozostają domysły i spekulacje, bo ustalanie nowych faktów idzie bardzo powoli. Indianie – ci, którzy ewentualnie coś wiedzą, wcale nie mają zamiaru tego ujawniać, a naukowe ekspedycje i badania jakoś nie przynoszą rezultatów. A może to wszystko ‘tylko’ mity?

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Kuba Fedorowicz

Kuba Fedorowicz

Miłośnik sportów przestrzennych - treking, wspinaczka, skitoury, żeglarstwo itp. Inne pasje realizuje w czasie samotnej podróży autostopem po Ameryce Łacińskiej - mygrandtour.pl
Podobne artykuły
Nad Jeziorem Titicaca

Nad Jeziorem Titicaca

Kontynuujemy podróż po Peru tzw. „szlakiem gringo”. Po Cuzco i Machu Picchu udajemy się do drugiego z najchętniej odwiedzanych miejsc w tym kraju, nad Jezioro Titicaca. ...
2000 kilometrów autostopowej żeglugi

2000 kilometrów autostopowej żeglugi

Chile ma opinie jednego z najlepszych do podróżowania autostopem krajów Ameryki Łacińskiej. Czy tak jest na pewno? Przeczytajcie relację Kuby Fedorowicza z liczącej 2000 km podróży....
Gringos wśród Asháninka – dziennik z wyprawy do Selva Central

Gringos wśród Asháninka – dziennik z wyprawy do Selva Central

Ekipa filmowego projektu Transandino odwiedziła Indian Asháninka. W trakcie swej podróży po Peru udali się do dżungli w rejonie Salva Central....
Qoyllur Rit’i znaczy „gwiaździsty śnieg”

Qoyllur Rit’i znaczy „gwiaździsty śnieg”

Wyprawa do wysoko położonej, górskiej doliny w Andach Peruwiańskich. Co roku, podczas pełni księżyca przed Bożym Ciałem, odbywa się tu tajemniczy festiwal religijny Qoyllur Rit’i....

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele