Żonglując pod wiatr


Wojtek Ganczarek


Duszny, upalny bezruch jako pierwszy zaburza don Moncho, szkolny woźny, ogrodnik i w ogóle człowiek od wszystkiego. Przychodzi krótko po szóstej i na dobry początek dnia bierze prysznic. Za chwilę jego tęgie ciało, zroszone wodą i pozbawione koszulki, wyłoni się z kolorowej łazienki: Moncho otworzy szkołę, a potem szarpnąwszy energicznie drewniane drzwi, pogrąży się w odmętach warsztatu.

To szarpnięcie zakołysze zwisającymi siodełkami do dołu, jednokołowymi rowerkami i zbudzi śpiących w namiotach i pokojach o dwupiętrowych łóżkach. Zbudzeni rozpoczną tedy leniwą wędrówkę do sklepu po bułki, lub bezpośrednio na śniadanie, do kuchni zalanej kolorowym światłem przedostającym się przez butelkowe witraże. Wszystko na spokojnie, al suave, dzień w Szkole Komedii i Mima zacznie się dopiero po południu.

Nikaragua - szkoła cyrkowa w Granadzie

Szkoła to doskonała odskocznia dla dzieciaków z Granady. (Fot. Wojtek Ganczarek)

* * * * *

A co na śniadanie? O, to zależy, mianowicie: zależy o czyje śniadanie zapytujesz. Weźmy takiego Miguelo, marionetkarza z Meksyku. Włóczy się po Ameryce Środkowej ze swoją niebieską walizą, w której mieszkają m.in. młody pucybut, staruszek-rewolucjonista, schorowana dziewczynka i pies akrobata. Śniadania nie jedzą jednak wspólnie: lokatorzy walizy śpią od występu do występu, rano wstaje sam tylko Miguelo i myszkuje po zalegających na kuchence wielkich garach, w poszukiwaniu fasoli i ryżu, z obiadu dnia poprzedniego. W Szkole pomaga m.in. przygotowując afisze przed cyrkowymi występami uczniów w Mimo Comedia Cafe, szkolnej kawiarni w centrum Granady.

Miguelo pracuje w cyrku w Nikaragui

Miguelo – lalkarz z Meksyku. (Fot. Wojtek Ganczarek)

Maren i Iwo są z Niemiec i odżywiają się zdrowo: wyszukują w Granadzie chleb domowej roboty, na targu kupują awokado i pomidory. Za Odrą prowadzą własny cyrk, a tu, w Szkole, uczą dzieciaki akrobacji na szarfach. Są tu stałymi bywalcami, przyjeżdżają raz na jakiś czas, jak do starych znajomych.

Natomiast Lucia, Audiel i Sandra tworzą teatr niezależny. Żywią się również niezależnie i bardzo budżetowo, niemniej ich chipsy z obierków ziemniaków są zupełnie smaczne. Właściwie to zostali w Szkole po organizowanym tu w styczniu festiwalu teatralno-ekologiczno-cyrkowym Berrinche Ambiental, przed którym okradziono ich z paszportów. Czekają na nowe.

Cesar, klown, żongler i ogólnie cudotwórca z Kostaryki, wstaje zwykle najpóźniej. Nikt nie wie, czym się żywi. Wpadł do Granady na lutowy Międzynarodowy Festiwal Poezji, który przyciąga mnóstwo odwiedzających, pomnażając przy tym wpływy z występów na ulicy. Przy okazji w Szkole przekazuje tajemną wiedzę manipulowania szklaną kulą i żonglerki pięcioma maczugami naraz.

* * * * *

Siedzą i jedzą. Na kolana i plecy wdrapują się im koty. Dobrze wykarmione psy nie żebrzą, jest cicho. Konsumująca wśród drzew gromada w sposób ciągły transformuje się w gromadę prac ręcznych. Miguelo zamienia widelce na dłutko i nóż, rzeźbiąc marionetki z butelkowych korków i pestek awokado. Maren zabiera się do torebek z pasiastych tkanin z miasteczka Masaya. Teatr niezależny z Meksyku w pełnym, trzyosobowym składzie, udaje się pod palapę, szałas kryty strzechą, i rozpoczyna próbę. Cesar piłuje coś na akordeonie, a Iwo znika: zapisał się na lekcje hiszpańskiego i nie ma go całymi dniami. Dzień, jeśli można tak powiedzieć, nabiera rozpędu.

Rozpęd ten jest już zupełnie szaleńczy w okolicach dwunastej, gdy zapach obiadu przygotowywanego przez Brendę i Juanitę zaczyna unosić się nad zapracowanymi głowami, tak że młodzi rękodzielnicy coraz częściej obracają swe nosy w kierunku skupiska dwudziestu tysięcy plastikowych butelek, zwanych również Casa de Las Botellitas, Butelkowym Domem, gdzie mieści się Szkoła Komedii i Mima.

Szkoła Komedii i Mima w Granadzie - zdjęcia z podróży przez Nikaraguę

Magiczna kuchnia w Szkole Komedii i Mima. (Fot. Wojtek Ganczarek)

Aby zebrać dwadzieścia tysięcy butelek potrzeba dziesięć osób i dwa lata upalnych, nikaraguańskich popołudni. Następnie butelki łączy się w tak zwane bloki ekologiczne. Diego Gene, dyrektor szkoły, podpatrzył tę technologię nad jeziorem Atitlan w Gwatemali. Z tym, że tamtejsze chatki miały stropy na wysokości trzech metrów: szkoła cyrkowa wymagała ponad dwa razy więcej, sześć i pół metra. Dom jest więc w pewnej mierze prototypem, mieszanką stalowej konstrukcji, wypełnienia z bloków ekologicznych (znaczy się: plastikowych butelek), betonowego pokrycia ścian, a do tego szklanobutelkowych, kolorowych witraży, które produkują ciepłą atmosferę nawet teraz, w trudne dni ekonomicznego kryzysu Szkoły.

* * * * *

Wspomniane dziesięć osób to grupa pierwszych uczniów, którzy ćwiczyli swe umiejętności jeszcze w wynajmowanym budynku w dzielnicy Bartolomeo, gdzie również mieszkali. Obecnie, w nowej, butelkowej szkole, adeptów cyrkowych sztuk jest blisko pięćdziesięciu, czyli stanowczo za dużo, by oprócz nauk udzielać im też noclegów.

To dzieci z ubogich, często wielodzietnych rodzin, w wieku 6 do 16 lat, które bez Szkoły spędzały by swoje popołudnia na ulicy, pracując lub zgoła żebrząc. Często muszą walczyć o to, by móc przychodzić do szkoły, bo rodzice widzieli by ich raczej za ladą domowego sklepu lub objuczonych przenośnym stoiskiem z okularami przeciwsłonecznymi – to tyczy się głównie dzieci starszych. Co do młodszych, to matki zwykle rozumieją i cieszą się, że dzieci siedzą gdzieś, gdzie nie są narażone na przemoc i narkotyki. Ale na tym się cieszeniu się kończy, bo mało która matka jest w jakikolwiek sposób zainteresowana postępami swego dziecka: na przedstawienie na Dzień Matki przyszła jedynie garstka.

Polecamy >> I miej mnie, proszę, w swojej opiece – reportaż z Honhurasu

Cyrk Diego daje dzieciakom alternatywę, możliwość nabycia konkretnych umiejętności, a co za tym idzie: odnalezienia poczucia własnej wartości, pewności siebie. Nie są to umiejętności standardowe, nie jest to ani programowanie, ani rachunkowość, ale coś, z czym, jeśli zechcą, mogą wyjść z domu i jechać choćby do Argentyny, zarabiając po drodze swymi przedstawieniami. Tak jak to robi większość podróżujących z Ameryki Łacińskiej. Jak Miguelo, jak Sandra, Cesar czy Lucia.

Szkoła cyrkowa w Nikaragui

Mural na ścianie Szkoły. (Fot. Wojtek Ganczarek)

Mogą też rozpocząć własne projekty społeczne, jak dawni uczniowie Diego: Ramon Pineda i Lester Giron, którzy odpowiednio nad Laguna de Apoyo i w Esteli rozwijają projekty edukacji alternatywnej i cyrku młodych. Szkoła Komedii i Mima z pewnością nie jest dla wszystkich – i to jest w projekcie z Granady najciekawsze.

W ciągu roku szkolnego, w okolicach dwunastej, trzynastej godziny, czyli po skończeniu zajęć w normalnej szkole i zrzuceniu biało-granatowych mundurków, dzieciaki zjawiają się w Butelkowym Domu, by zjeść darmowy obiad (przygotowany przez rzeczone Brendę i Juanitę). Później rozpoczynają się zajęcia, jazda na jednokołowym rowerze, żonglerka, akrobacja, także pomoc w zadaniach domowych z porannej szkoły, w problemach z matematyki, fizyki czy chemii. Tym wszystkim zajmują się wolontariusze, a także starsi uczniowie, którzy instruują młodszych.

* * * * *

W tym roku wakacje nieco się przedłużają, bo Szkole brak pieniędzy. Dotychczasowy donatorzy znacznie obniżyli swoje wsparcie i nie wiadomo jak Butelkowy Dom będzie działać w przyszłości. Dlatego na obiad o trzynastej nie zjawia się jeszcze tym razem kilkudziesięciu, a jedynie kilku młodych cyrkowców, stałych bywalców, młodych mistrzów. Na obiad ryż, fasola i coś. Na przykład sos z dyni czy kawałek kurczaka.

Nikaragua - ćwiczenia młodych cyrkowców

Z Cesarem można poćwiczyć żonglerkę. (Fot. Wojtek Ganczarek)

Po obiedzie część chłopaków gna do komputerów, chociaż zdarzy się, że ktoś, mimo wakacji, chce się czegoś nauczyć. Francisco idzie z Cesarem pod palapę ćwiczyć żonglerkę, Chatel pobiera od Maren lekcje akrobacji, a Luis przedstawia Wojtkowi [zbieżność imion z autorem tekstu nieprzypadkowa] swoje wątpliwości dotyczące fizyki. Koty leżą w słońcu, pies Lorka ociera się plecami o rozgrzaną ścianę domu, Mancho nawadnia ogród, a Lucia i Audiel zbierają się do centrum sprzedawać bransoletki i naszyjniki własnej roboty.

Natomiast Diego dalej siedzi przy komputerze. Pisze, sprawdza, szuka, pyta. Co chwile wstaje zdenerwowany, bo znowu siadł internet. To jeszcze pół biedy, gorzej jak odcięli prąd za rachunki, trzeba było się składać na olej do generatora. Nie chce prosić o pomoc rządu bo ten, jak mówi, ma już dość swoich zadań związanych z rozwiązywaniem problemów ciągnących się jeszcze od wojny domowej lat osiemdziesiątych, problemów Nikaragui – jednego z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej.

Gdy pytam Diego czy po 2006 roku, czyli po tym jak Nikaraguą zaczęli rządzić Sandiniści, da się odczuć różnicę w porównaniu z neoliberalnymi rządami Chamorro, wzdycha, niemal poirytowany, że zadaję takie oczywiste pytania.

– No jasne, że tak! Zobacz chociażby – mówi – na ilość motocykli na ulicach. Motocykl jest w Nikaragui symbolem tej zmiany. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy w 2001 roku – ciągnie Diego, z pochodzenia Wenezuelczyk – wszyscy jeździli rowerami. W Granadzie widziałem pierwszy raz w życiu rowerową kraksę – tyle ich tu było.

* * * * *

Późniejszym popołudniem codzienną leniwość zaburzyły przygotowania do wieczoru. Jest sobota i wieczorem, jak co tydzień, doświadczeni uczniowie dają swój występ w Mimo Comedia Cafe. Ten weekend jest jednak wyjątkowy: trwa Międzynarodowy Festiwal Poezji i Diego zaproponował, by na wieczór przygotować coś specjalnego: wszystkie ręce na pokład, kto żyw – występuje!

Nikaragua - szklana instalacja w szkole cyrkowej

W szkole „zainstalowanych” jest dwadzieścia tysięcy butelek. (Fot. Wojtek Ganczarek)

Miguelo przygotował afisz już w środę, malowane szerokim pędzlem litery głoszą: Między Muzyką, Poezją, Marionetkami i Cyrkiem, godzina siódma. Ludzie nie zawiedli i trzeba donosić krzesła, także te plastikowe z komórki za barem. Zaczęliśmy przed ósmą od meksykańskiego teatru niezależnego z krótkim programem poezji prekolumbijskiej, potem teatr lalek: ciemność i małe postaci kierowane zwinnymi rękami.

Następnie? O, to całkiem dobre pytanie, Miguelo i Diego konsultują kolejność występów na bieżąco: okazuje się, że Cesar chwilowo zniknął, więc na scenę wchodzi szkolny cyrk. Zaczynają od mimów i klowna, potem żonglerka, jednokołowce, żonglerka i jeszcze więcej żonglerki, coraz więcej elementów w powietrzu i coraz mniej rąk do ich łapania. Całość zwieńczają akrobacje, trzypoziomowe piramidy ludzi, skoki i obroty w powietrzu.

W międzyczasie wraca Cesar, więc można go wreszcie wypuścić na scenę, z jego hula-hop, żonglerką i szklaną kulą, a wszystko to w pasiastych spodniach klowna i kwintalami inteligentnego humoru. Tak, że czasem nie wiadomo, czy śmiać się z jego żartów, czy dziwić niebanalnym umiejętnościom malabaristy, czyli żonglera. Na koniec koncert polskiej muzyki: Wojtek gra na haranie, ukulele i gitarze, przetłumaczone na hiszpański teksty wyświetlane są na ścianie. Waligórski zaśpiewany w Nikaragui, może po raz pierwszy…?

Wstęp jest wolny. Natomiast po występie, starym zwyczajem Ameryki Łacińskiej, mówi się, że dziękujemy bardzo, że mamy nadzieję, że wszystkim się podobało, że podobało się, mianowicie, bardzo, i że za chwilę pojawią się kapelusze. Z kapeluszami krążą Sandra i Lucia, podchodzą do każdego, licząc na większe lub mniejsze datki dla artystów, tj. w tym wypadku dla Szkoły, mianowicie na rachunek za prąd. I ludzie faktycznie dają. Zresztą Sandra i Lucia stoją z tymi kapeluszami przy wejściu cały czas – bo a nuż ktoś zechce się wymknąć przed zakończeniem?

* * * * *

Tego wieczoru najwyraźniej w kapeluszach znalazło się kilka grubszych papierków, bo Diego wyraźnie odzyskał humor i zamówił dla gwiazd wieczoru pizzę. Długo siedzieli z nią jeszcze przed kawiarnią, gaworząc z podróżującymi cyrkowcami z Hondurasu i Kostaryki, którzy również oglądali sobotni występ. Jutro zjawią się w Szkole ze swoim namiotem i zostaną kilka dni. Nauczą tego co potrafią, i sami nauczą się tego, co potrafią chłopaki Diego, los chavales.

A potem pojadą dalej, a na ich miejsce przybędą inni, przybędzie Marvin z Gwatemali, a potem Sara z Meksyku. Będą się uczyć nawzajem.

Wojtek Ganczarek


Wychodząc w góry, wracał po tygodniu. Wyjeżdżając autostopem, docierał po dwóch miesiącach. A jak wsiadł na rower, tak go nie ma. Pisze tu: Fizyk w podróży.

Komentarze: Bądź pierwsza/y