I miej mnie, proszę, w swojej opiece


Arkadiusz A. Rataj


Nie można tak po prostu tknąć ludzkiego losu i pójść dalej, szukając nowej historii,
takie tknięcia nie uchodzą bezkarnie

Grażyna Jagielska – Miłość z kamienia

Dzieci są żywymi wiadomościami, które wysyłamy w przyszłość,
w przyszłość, której my już nie zobaczymy
Neil Postman – The Disappearance of Childhood

Jednemu samo leje, a drugiemu kapać nie chce
Rosyjskie powiedzenie

Zamiast wstępu

O ile Ariel jest wierzący, za co mógłby dziękować Bogu? Za obojętnych rodaków? Za bezdusznych rodziców? Za narodziny w złym miejscu, o złej porze? A może za eksprezydenta, który zamierzał ostatecznie rozwiązać kwestię bezdomnych dzieci?

Dziękuję Ci, Boże, za ten wyjątkowy dzień…

Dlaczego odchowuje go San Pedro Sula, światowa stolica rzezi, a nieokreśloną Zuzię z sielankowej stolicy Polski czuli, odwożący do szkoły rodzice?

Podczas gdy będę się bawił i studiował…

Dlaczego Bóg o cesze zwanej wielkodusznością, widząc ludzi z tej cechy kompletnie wyzutych – jakoś ich nie olśni?

I miej mnie, proszę, w swojej opiece.

* * * * *

Kiedy w San Pedro Sula pali się czerwone, w skrzącym powietrzu wirują cytrusy, trzy, cztery. Podrzuca je chłopczyk w ubabranych dresowych łachach. Ma dryg i przybysza może zadziwić. Bo tuziemiec raczej przywykł. Wrażenia nie robią ani sztuczki, ani status dysponenta drygu.

Jego status: nieletni bezdomny.

Artysta, mówię, bo żongluje jak w cyrku. Wiem, potakuje Jilli S., aktywistka z The Children’s Home Project. Niestety te popisy to symulacja szczęśliwie spełniającego się talentu. Bo zarabia głównie myciem szyb. Czasem tylko żonglerką. No i żyje na ulicy. Żadnym talentem statusu społecznego nie odmieni. Chyba że pozna inne niż ulica życie. Stąd nasz projekt.

Jilli mieszka w chronionej kolonii San Pedro Sula, tu prawo wjazdu mają wyłącznie rezydenci. Dojść kolonia ma kilka, do każdego z nich uczepiony jest szlaban. Obsługuje go para czujnej warty, zawsze z gotowymi do ranienia szotganami. Wartownicy taksują wzrokiem, patrzą w personalia i w oczy, dopiero potem wpuszczają. Codziennie Jilli zostawia bezpieczne gniazdko i odwiedza na światłach nieletnich. Ma tam swojego ulubieńca, Jesúsa. Ale stara się wszystkich traktować tak samo.

Okazja, by pomówić z Jilli o Jesúsie jeszcze się nadarzy, bo właśnie odpaliło zielone i ruszam do Villanueva, satelitarnej wioski pod milionowym San Pedro Sula. I kiedy po dwudziestu minutach drogi na kolejnym skrzyżowaniu pali się czerwone, między autami wirują już tylko pucujące szyby rączki. Nikt nie żongluje, nikt nie zabawia. Łącznie z siódemką małych Metysów. Jest wśród nich Ariel. Za chwilę znowu pogadamy. Ale najpierw kierunek: dom.

Zanim stanę koło świateł, gdzie w pośpiechu tyra Ariel, pójdę uliczką wijącą się pomiędzy przydomowymi grillami z tanim jadłem i knajpami, skąd dobywają się emfatyczne śpiewy z juke boxów, przy których uwielbiają potuptać tubylcy. Co krok zobaczę żylastego psa bez pana, co rusz Honduranina przy kości, a gdy uniosę wzrok – zarzuconą dla rozrywki parę butów na nisko dyndającej trakcji. Główna ulica z pozoru będzie beztroska, ożywiona jakby duchem tromtadrata, zalana bazarowym towarem oraz łomoczącym um–caca–um–ca reggaetonem, obok natomiast będą zasuwać wplecione w sznur samochodów dzieciaki, których kształty przypominają te psie. Wreszcie spomiędzy aut wynurzy się zabiedzony Ariel, powie buenas, podziękuje za placki baleadas, które wcześniej nasmażyłem, i zapewni, że zje później.

Ponieważ zrywał mango i żrące mleczko kapnęło na lico, poznaczony jest niewielkimi oparzeniami. Uśmiecha się, choć wyraz życiowej udręki tli się w jego oczach stale. Ale najważniejsze, że jest trzeźwy. Bo jeszcze wczoraj odlatywał, turlając w amoku cytrusy wzdłuż jezdni, jakby usiłował strącać auta, a ulica była kręgielnią. No i był brudny jak te szyby aut, za pucowanie których ma płacone. Ale dziś? Jakże dziś wyładniał! Włożył świeżą koszulkę i sportowe buty – rozczłapane, ale są, przedtem był bosonogi – wyszorował względnie skórę, zaś tłuste jak smalec włosy zostawił u fryzjera, co kosztowało go dniówkę. Za to nie ma czego żałować. Bierze się do pracy z uśmiechem i czeka na kolejne tego ranka czerwone.

Zresztą nie on jeden.

Bo podobnie czekających w republice są tabuny.

Tarcza chroniąca

Jeśli o trudy samej pracy idzie, jakoś te dzieciaki dają sobie radę. Tak naprawdę narobią się dorośli. Ich ojcowie, dziadkowie. Wszyscy ci z pobliskich plantacji trzciny cukrowej. Tak bardzo zmordowanych widać ich najbardziej w piątkowe popołudnia. Jak umorusani i skonani rozpełzają się po centrum wioski. Jak idą po wypłatę z maczetami na komisariat. Idą, bo szef plantacji ma z władzą umowę: dla bezpieczeństwa robotników ma być płacone w asyście gliniarzy. Bo wypłata w polu, bez wsparcia, pośród słodkich roślin – grozi tylko najgorszym. Niechby jeden zakapior z drugim zaczął napad planować, niechby bronią zaczęli wymachiwać – zaraz by wieśniacy z kasy wyskakiwali. Albo by opór stawiali. Tyle że walka nie byłaby równa. Bo pocisk z maczetą równać się nie może.

I wówczas padłby trup. Albo kilka naraz.

Stąd ten układ.

Policja chroni robotników, pensje idą do rąk na posterunku, a w Villanueva (25 km od San Pedro Sula) jest o kilka cichych pochówków mniej. W innych departamentach może być podobnie.

Praca jest ciężka, ale jakoś ci dorośli dają sobie radę, podobnie jak ich dzieci: te pracują na ulicy, a ulica daje jeść. Ale niektóre dzieciaki to nawet ojców w polu nie mają. Albo i mają, tylko że ich nikt nie chce.

Takiego, na przykład, Ariela nikt nie chce. Nie chce go mama, bo za dużo powiła, nie chce i tata, bo tak jest taniej. Zresztą matka Ariela nie jest wyjątkiem w tym względzie. Inne kobiety w dawaniu życia są równie szczodre: przyrost naturalny jest dość wysoki i plasuje republikę na 64. miejscu wśród 224 narodów. Ponadto Honduranie są szczęśliwi. Tak bardzo szczęśliwi, że wśród najszczęśliwszych zajmują 20. miejsce w świecie. A tam, gdzie szczęście, tam miłość. Gdzie miłość, tam i potomstwo. Czasem tak liczne, że o jednego Ariela jest za dużo.

Chłopak rodzi się w 1998 r.

Liczy jakieś pół roku, kiedy kraj nawiedza Mitch. Takiego huraganu nie było od dwustu lat. Giną tysiące, hula kryzys. Zniszczeniu ulega siedemdziesiąt procent  upraw kraju. Dobytki niszczeją, bezrobocie rośnie. Na kartonach śpią miliony. Mitch daje życie nowej generacji dzieci ulicy, ale to już temat rzeka… Tymczasem mały Ariel rośnie, choć rejony San Pedro Sula Mitch także obrócił w perzynę. Na kartonach będzie jednak spał dopiero za kilkanaście lat. Wówczas, gdy mama za dużo porodzi, i aby móc wykarmić młodsze potomstwo – wyrzuci go na bruk.

Ledwo Ariel życie rozpoczął, a już skończyć musiał na ulicy. A ulica do adopcji zawsze pierwsza. Ulica przygarnia, ulica kompanami stoi. Niektórzy to nawet rodziców mają. Darzących mniejszym lub większym uczuciem. Jakimś. A tego bezduszna ulica Arielowi dać nie potrafi. Los go nie pieści, lecz on i tak z nim za bary.

I tak zostaje pracującym bezdomnym.

Ariel pracuje pośród ulicznego ruchu i widzi różne szyby – przednie, tylne. Tysiąc każdego dnia, najmniej. Zarabia na kilkudziesięciu, bo nie każdy daje sobie wymyć. Nie wiadomo, czy fantazjuje skrycie, żeby umyć ten tysiąc. Bo to by dopiero się opłacało. Ale nie za każdą szybą klient przecież siedzi. Toteż tak Ariel chyba nie buja. On chce po prostu przeżyć i siłą rzeczy dorosnąć. Dlatego w ręce trzyma ściągaczkę oraz butelkę po coli z płynem do mycia szyb. I stoi tak cierpliwie na zielonej wysepce, wyczekując dogodnej okazji. A okazją jest czerwone. Wtedy podbiega i robi, co umie.

Za cały dzień Ariel nazbiera równowartość dwóch dolarów, a fantazja o tysiącu szyb zaśnie do następnego dnia. Jutro znowu stanie na zielonej wysepce, wejdzie na niejednym czerwonym i, jak zwykle, za wymycie przedniej i tylnej dostanie jedną dwudziestą dolara, czasem więcej.

Nazbiera tyle, by z głodu nie paść. By mieć energię na sen i siłę na jutro. Nazbiera akurat tyle, że na nowe ubranie już nie starcza. Ale na klej już tak.

Opowie Aldo P., student z San Pedro Sula:

– Ich rodzice? Albo zmarli, albo żyją i mają się całkiem nieźle, tyle że wyrzucają rodzone dzieciaki na bruk, no bo tak – ci starzy też mogą ćpać. U was tego nie ma? Bo w Ameryce Łacińskiej to normalka.

– Żółty klej? Łatwo dostępny, za grosze. Do woreczka, a potem w nos i niuch, za moment poprawka i znowu niuch, i leci tak na fazie jeden z drugim, setnym, tysięcznym… tak, są ich tysiące, tylu mamy wpieprzonych w ten syf, zwłaszcza dzieci, no bo klej, tuż po trawce, to numer jeden na ulicy. Jest i koka, ale to już droższe loty.

– Ariel skończył piętnaście? Więc to już nie dziecko. Jeśli wygląda na zaćpanego, raczej go z tego nie wyrwiesz, jeśli chcesz mu pomóc, rozmawiaj z organizacjami, jeśli dawałeś mu pieniądze, przepadły. Dałeś? Pewnie kupił to, co kupił, ale pogadaj z nim, i pamiętaj: to ćpun, młody buntownik.

– Dałeś jedzenie i nie zjadł? Możliwe, że opylił, i kupił to, co kupił, bo klej to taka tarcza chroniąca przed głodem, zimnem i osamotnieniem.

– Chłopak może mieć opiekuna, który dyryguje i zabiera każdy uciułany przez młodego grosz, znam przypadki, że to ojciec wysyła synka na ulice, i są baty, kiedy wraca goły. Opiekun organizuje robotę, młody zapieprza na czerwonym, no a w zamian dostaje gówno, mówię ci, syf straszny, wiem tyle: atakuje płuca, potem wali w mózg. Jak chłopak jest chudy, to klejem zabija apetyt, a że to prosta droga w stronę choróbsk, to potem…

… potem może umrzeć, jak wielu umiera.

Dobranoc, mamo

W drodze powrotnej od pucującego kolejne szyby Ariela mijam prywatną dwujęzyczną szkołę Coral Springs. Będzie jakieś pół kilometra od skrzyżowania bezdomnych. To tutaj każdego poranka rówieśnicy Ariela deklamują:

Thank you God for this special day / Dziękuję Ci, Boże, za wyjątkowy dzień
A day full of sunshine / Dzień pełen słońca
A day full of books / Dzień pełen książek
And please watch over me / I miej mnie, proszę, w swojej opiece
While I’m studying and playing / Podczas gdy będę się bawił i studiował
Amen

O deklamowaniu szkolnych wierszyków Ariel może pomarzyć. Jako bezdomny pozbawiony jest szans zarówno na edukację, jak i zabawę. Również bez szans, by podpatrzyć rówieśników w trakcie lunchu. Jak wcinają mamusine placki i przesłodzone łakocie. Jak popijają każdy kęs colą, która daje niezłego spida. Bez szans: między szkołą a ulicą jest nieprześwitujący mur z kulminacją w postaci zasieków pod napięciem.

Do teraz pamiętam moc, jaka przepływa przez te druty. A było tak:

Szukałem bliskiego ujęcia, dłoń z aparatem odrzuciło, a był początek stycznia, czyli pora deszczowa, ale na szczęście zeszłej nocy nie padało, skończyłoby się bowiem fatalnym porażeniem; i choć koniec końców zdjęcie wyszło, przy kolejnych byłem już czujniejszy.

Czyli wykluczone, żeby Ariel wdrapywał się na elektryczne płoty. Dlatego swoich równolatków widzieć może jedynie po ostatnim dzwonku. To wtedy popatruje na te odpicowane uniformy. Na te kuse spódniczki koleżanek z ogólniaków. Na beztroskie śmichy–chichy i podobne frajdy.

Jedynie wtedy.

Dwa dziecięce światy.

Jeden drugiemu niczemu nie winien.

Dwa światy, to prawda, przytakuje Lucy S., była nauczycielka z Coral Springs, i opowiada:

– To, że chodzą do szkół, niczego nie dowodzi, bo widzisz, mam koleżankę, w publicznej uczy, na oku raz miała jednego dwunastolatka, szło mu coraz gorzej, opuszczał zajęcia – jedne, drugie – więc dała burę – jedną, drugą – że jak to tak, zacznij się uczyć, szkoła najważniejsza, ale nic to nie dało, zła ocena goniła złą.

– I co się okazało, bo znajoma powęszyła, że chłopak urywa się z lekcji, by opychać cukierki i myć szyby na światłach, bo rodzina biedna, potrzebuje rąk do roboty, a nie głowy wyuczonej.

– Dramat rodziny – myślisz, że tylko tej jednej? – większość uczniów z publicznych wagaruje, olewa naukę, by zarabiać, by przeżyć, a rząd patrzy i ma to gdzieś.

Po słowach Lucy nasuwa się cytat z Korczaka: – Społeczeństwo dało małego dzikusa, abyś go ociosał… uczynił łatwo strawnym – i czeka.

Czeka państwo, Kościół, przyszły chlebodawca. Żądają, czekają, czuwają…

Z tym że powyższe dotyczy sprawnie funkcjonującego państwa.

Bo Hondurasu już wcale. Tu na dzieci nie czeka ani państwo, ani Kościół, ani przyszły chlebodawca. Tu nad dziećmi niewielu czuwa, nie czeka i niewiele się od nich żąda. Mało tego, dzieci ulicy są grupą niepożądaną. Przykład? Robienie ulicznych czystek, jak tych za kadencji prezydenta Zelayi, kiedy nieletnich likwidowano niczym cuchnący wysięk ropny.

Luty roku Pańskiego 2003. Dwadzieścia osiem dni osnutych mgłą tajemniczości. Sześćdziesiąt siedem młodych trupów, których liczba wzrośnie trzydziestokrotnie (do 2006). Oficjalnie sprawka gangów. Jakichś porachunków. A nieoficjalnie? Są relacje świadków, ale rząd zaprzeczył, jakoby za czystką stały kohorty najemników. Ale ludzie swoje widzieli. Na przykład zdarzenie w Villanueva: 7 lutego, zmierzchająca sobota. Siedemnastoletni Hugo Ramón i jego brat żegnają matkę, buenas noches madre, i zachodzą do noclegowni swojej wspólnoty. Upływa noc. Matkę o poranku budzą sąsiedzi synów. Krzyczą: izba stoi do góry nogami! Pokój braci splądrowano, braci dokądś wywieziono! Ale kto? Jacyś żołnierze, wyglądali na elitarny oddział Kobra. Po wysłuchaniu matka jedzie do pobliskiej bazy wojskowej, lecz tam jej synów nie ma.

Za to są gdzie indziej.

Takimi ich odnaleziono: ciała o znamionach tortur leżały obok pola ze spętanymi członkami i z podziurawionymi jak sito korpusami. Martwi bracia leżeli tam, gdzie minionego wieczoru na odchodnym ostatni raz powiedzieli buenas noches madre, dobranoc, mamo.

Gdzie są wobec tego mężowie stanu, Kościoły, autorytety?

W Hondurasie jest ich wielu, lecz żyją w strachu, a kto odważny, ginie. Do piachu idzie ten, co:

  • mówi o łapówkach,
  • toczy bój o prawa ludzi,
  • wyjawia szlak przemytu koki,
  • na oczach (i uszach) wszystkich beszta rząd.

Najwięcej ginie aktywistów, dziennikarzy, a ostatnio sędziów. Prasa nie jest wolna, zaś media, skupione w rękach paru oligarchów, działają w służbie ciszy. Tylko czasem zamieści cokolwiek La Prensa. Tylko taką treść, aby nie poderwać autorytetu żadnego bonza.

Jesús przeszedł piekło

Z rana sięgam po La Prensa. Bodaj najpopularniejszy dziennik w republice. Na okładce panorama ulicy: dwóch chłopaków glansuje vana. Pierwszy stoi tyłem, drugiemu natomiast zamazano twarz.

Państwowy Instytut Dzieci i Rodzin (IHNFA) w minionym roku wydał osiemdziesiąt procent budżetu na pensje! – grzmi jeden z akapitów. Życie w ośrodkach urąga ludzkiej godności, w placówkach kłębi się tłum, budynki są w rozsypce! W San Pedro Sula zimno cierpią setki dzieci, liczba śpiących na kartonach ciągle rośnie!

Przechodząc do kolejnych akapitów, raz za razem spoglądam na tytułowe zdjęcie. Tło, myślę, wzięte z nieobcych okolic. I z powrotem czytam. Za moment znowu chyłkiem na zdjęcie z dziećmi. I na powrót czytam. Właśnie wyławiam cytat z Emilianiego, biskupa pomocniczego diecezji San Pedro Sula: – Jako że zaniedbuje się istotne filary, jakimi są honduraskie dzieci, lękam się o przyszłość tego kraju. Należy czym prędzej bić na alarm, bowiem na ulicach rosną kolejni kryminaliści, bić na alarm, gdyż większość z tych dzieci jest wykorzystywana seksualnie!, nagle, zatrzymuję wzrok, przerywam lekturę i całą uwagę kieruję na zdjęcie artykułu: te dzieci, ten van, twarz starta, rozmyta – skąd to znam? – ten drugi, ten kaptur, ten van, ta mgła, ta bluza, ta chudość… W miarę wpatrywania się w załączoną fotografię odkrywam tożsamość kryjącą się za rozmazaną twarzą. I kiedy jeszcze tego samego dnia pojawiam się na skrzyżowaniu, wszystkie dzieciaki już dobrze wiedzą, że na okładce dziennika jest Ariel. Lecz jego samego na skrzyżowaniu nie ma. Wypytuję dzieciaki. – Przeniósł się do San Pedro Sula – odpowiadają.

Spotkam go jednak raz jeszcze, nazajutrz w Villanueva. I jak się okaże – po raz ostatni.

Nie wiadomo, kiedy robi się wieczór. Plan na jutro: zajść na skrzyżowanie. Rozsiadam się w domu i przeglądam w sieci La Prensa. Na jednym ze zdjęć zarysowują się czubki kilku główek, osiem ukrytych par oczu, nawet nie trzeba zacierać im twarzy. Niepokojące zjawisko zażywania narkotyków przez dziewięciolatków – głosi tytuł reportażu.

Dalej czytam:

– Ile mam? Skończyłem siedemnaście, od dziesięciu żyję na ulicy, matkę zabili, zaszlachtowali, jacyś gangsterzy, nie wiem…

– Rodzice? Biologiczna matka zmarła przy porodzie, po dwóch latach ojciec, zostałem pod opieką macochy, naprawdę ją kochałem, wysłała mnie do szkoły, uczyłem się…

– Najgorsza chwila? Jak pewnej nocy ktoś się włamał, czterech facetów, drzwi zaryglowali, wyjście zablokowali, rzucili się na matkę, zakatowali, poćwiartowali, wszystko widziałem, patrzyłem, jak ciągną za nogi, za ramiona, jakoś dałem radę uciec, wybiegłem na ulicę i od tamtej nocy to ona jest moim domem…

O dramacie opowiedział reporterom chłopak, którego zwą Jesús. Czy to ten sam – myślę – o którym wcześniej wspominała Jilli? Prędko podsuwam Amerykance reportaż i pytam, czy to aby nie jej podopieczny. Jilli nie wierzy własnym oczom.

Opowie Jilli S.:

– Stara się w mojej obecności nie być na haju, raz myślał, że nie przyjdę i odlatywał jak nigdy, ślepia mu omdlewały, jakby w letargu, chichotał, mamrotał, nie uściskał mnie, a zawsze to robi, uciekł dokądś, jednak chwilę później wrócił, ochłonął, opuścił głowę i wycedził: przepraszam, już nie będę, przyjdziesz jutro?

– Raz zapytałam: Jesús, wymień wszystkie dragi, jakie w życiu ćpałeś, on na to: nie, bo się przerazisz…

W toksycznym świecie

Nie wiadomo, kiedy robi się rano. Piorunem odrabiam się w kuchni, wrzucam w torbę wikt dla Ariela i w drodze na skrzyżowanie myślę o zdjęciu z pierwszej strony gazety. Ciekawe, co powie Ariel.

Ale on nic nie powie.

Zabiera torbę z jedzeniem bez zapewnień, że zje później, i podaje przez kraty oddalonego o kilka metrów spożywczaka. Czy ma układ ze sklepową? Byłby to bowiem układ intratny. Bo dzień w dzień przez dwa miesiące Ariel otrzymywał jeden posiłek od pewnej Amerykanki uczącej w szkole Coral Springs. I zjadał go sporadycznie. To od niej też dostał buty i koszulkę, po których teraz nie ma śladu.

Nie wiadomo, jak wiele z tej strawy spieniężył, a ile zjadł. Czy ciuchy sprzedał, czy komuś oddał. Nie wiadomo, czy poszło wyłącznie na klej lub na rękę tajemniczego opiekuna. I nie wiadomo, jak obecnie przędzie. Wiadomo tyle: przeniósł się do San Pedro, najkrwawszej metropolii świata.

Polecamy: Chaitén nie umrze. Raport z opuszczonego miasta

Od naszego spotkania upłynęło zaledwie kilka dni, a rozpoznaję go z trudem. Bo powróciło najgorsze. Jazgocze po hiszpańsku, coś tam. Wodzi otępiałym wzrokiem, gdzieś tam. Jak wówczas, na haju, jest w toksycznym świecie. Szybko kontaktuję się z Jilli. Ale niestety to nie jej rewir. Skrzyżowanie Ariela jest poza jej zasięgiem. Przecież wszystkim pomóc się nie da. I tak ma roboty od cholery z innymi nagrzanymi catrachitos.

Dobrze, że chociaż Jesús może liczyć na jej pomoc.

On i jeszcze paru innych.

Arkadiusz A. Rataj


Komentarze: (1)

Jakub 23 kwietnia 2014 o 17:59

więcej takich tekstów

Odpowiedz