Koniec świata jest procesem ciągłym


Ola Fasola Pająk-Gałęza


Ta książka jest przerażająco smutna, choć czasem pojawia się ten gorzki uśmiech na twarzy czytelnika. Warto? Zdecydowanie warto! Dobrze czasem zdać sobie sprawę, jaki gnój nas otacza.

Kronika końca świata jest zgrabnie zapisaną, absolutnie subiektywną historią współczesną widzianą oczami Jakuba Mielnika. Pozornie nie ma w niej nic z podróży, choć wraz z autorem, jego rodziną, znajomymi, przyjaciółmi przemieszczamy się w czasie i przestrzeni. Startujemy, gdy runął mur, dzielący Europę Wschodnią od Zachodu i zaczynamy szaleńczy wir, pogoń za, jak się okazuje, nie wiadomo czym. Wszystkie próby ucieczki, w którąkolwiek stronę, są nadaremne, bo wszędzie otacza nas ta sama beznadzieja, w której gdzieniegdzie pojawia się światełko nadziei, dobry człowiek, miły gest.

Jest rok 1989 i jedziemy, najpierw do Europy, na upragniony Zachód, by doświadczać błogości lat 90-tych w Berlinie, Londynie, Paryżu, Amsterdamie. Niezauważenie nasze stopy stają na zgoła innej ziemi, w Azji Południowo-Wschodniej. Ale wciąż towarzyszy nam podła twarz ludzkości. Autor płynnie przechodzi z opowieści o polskich punkach do historii o Czerwonych Khmerach czy przemycie dragów w Kambodży. Najgorsze jest to wrażenie, że wciąż chodzi o to samo, o słabość ludzi, o słabość systemów, w jakich żyjemy.

Książka prowadzi nas od jednego wielkiego „bum” współczesnej historii do drugiego. Nie liczą się miejsca, liczą się ludzie wszędzie tacy sami. Nowy Jork i 11 września, Irak, Afganistan, Kambodża, Indonezja i bożonarodzeniowy atak wielkiej fali tsunami, wszędzie to samo. Zmienia się tylko punkt ciężkości, który raz zwala wszystko na człowieka, a raz na podłą naturę i tak w kółko. Możliwości jest mnóstwo. Całą tę układankę można przestawiać w dowolny sposób i każdy z tych fragmentów doskonale do siebie będzie pasować, niezależnie od pierwotnej lokalizacji, koloru skóry i wyznania.

Cieszy mnie ogromny dystans, jaki ma do siebie autor, do świata i do grup społecznych, do których przynależy. W kilka dni po tragedii zaczęły tu ściągać dziennikarskie hieny, zwabione zapachem psującego się ludzkiego mięsa – tak opisuje swój, przecież również dziennikarski, pobyt w Indonezji po tsunami. Ma również ogromny dystans do podróżników i podróżowania, choć sam, w mniejszym lub większym stopniu, się za takiego uważa. Opisuje między innymi „niszczycielską moc wydawnictw”, mając na myśli najpopularniejsze przewodniki świata. I dalej „zadzwoniłem kiedyś do […] Tony’ego Wheelera, czy nie czuje się winny tej zbrodni. Wcale się nie czuł. […] potem podzielił się ze mną swoim największym zawodowym marzeniem – chciałbym wydać kiedyś przewodnik po Korei Północnej, to jest ostatni już na świecie kraj, o którym jeszcze nic nie napisaliśmy. Zabrzmiało to jak groźba obalenia reżimu Kimów przy pomocy zwartych zastępów hipsterów z plecakami. Dla nich trzeba będzie pootwierać kafejki internetowe, funkowe dyskoteki i tanie hoteliki, serwujące bananowe naleśniki na śniadanie. Żaden Kim tego przecież nie wytrzyma. Takich perełek w książce jest więcej. Urzekła mnie również historia polskiego kontyngentu jadącego do Iraku, ale o tym przeczytajcie już sami.

Kronika końca świata podzielona jest na kilka części, które stanowią historyczne odnośniki. Daty to pewne granice, które zmieniają świat nie do poznania. Takimi wydarzeniami dla autora było zburzenie Muru Berlińskiego, szaleństwo milenijne, ataki z 11 września oraz fala tsunami, która nawiedziła Indonezję w 2007 roku. Zapewne, gdyby Mielnik pisał książkę nadal powstałyby kolejne części, bo jak sam pisze w posłowiu (Żoliborz, 2013): Gdy piszę te słowa, izraelscy i kenijscy komandosi ostrzeliwują się z oddziałem Al-Kaidy, który urządził kolejną rzeź niewiniątek w centrum handlowym w Nairobi. Skąd my to znamy? Koniec świata jest procesem ciągłym, który, podobnie jak historia, nigdy się nie kończy. Pozostaje nic więcej jak czekać na kolejną kronikę końca świata, bo język jakim autor prezentuje wciąga, intryguje, otwiera.

PS. Pisząc te słowa (Kraków, grudzień 2013) na bieżąco słyszę o kolejnym końcu świata, tym razem w Sudanie Południowym. W nieskończoność.

Jakub Mielnik, Kronika końca świata. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2013

Ola Fasola Pająk-Gałęza


Komentarze: (1)

Pawel 12 stycznia 2014 o 12:57

W sam raz na jesienną deprechę ;-)
A ja nie rozumiem czemu tam jest o przewodnikach podróżniczych, to urasta do jakiejś obsesji wśród amatorów podróżników. Nawet jeśli ktoś zachwyca się „witajcie w Raju” to trudno twierdzić, że przerobienia zastąpienie koreańskiego Archpelagu Gułag archpelagiem Hoteli ale inclusive to byłoby coś negatywnego. Szkoda, że autor przyjął takie wąskie ramy czasowe, bo tych apokalips jest jednak coraz mniej, i są coraz mniej „spektakularne”, a to jakieś światełko w tym mrocznym tunelu. Mniej jest tego m.in. dzięki turystyce

Odpowiedz