Islandia – można się zakopać, czyli tygodniowy tour dla orłów


Łukasz Czubak


Góry, to góry. Cóż może je różnić? Wszystkie są do siebie podobne… Ileż razy słyszałem takie biadolenie. Ileż razy przyszło odpierać argumenty miłośników płaskich horyzontów.

Góry Esja na Islandii

Góry Esja, Habunga na widoku. (Fot. Łukasz Czubak)

Doskonale rozumiem, że ktoś lubi spocić się na plaży, ale ja zdecydowanie wolę spocić się pod górkę. Może i morze może wzruszyć, ale tylko góry potrafią mnie poruszyć. Póki co, nie znam lepszego sposobu, żeby spojrzeć na rzeczywistość z dystansu. Tam na górze, wszystko wydaje się mniejsze. Za to satysfakcja rośnie z każdym metrem. A że czasem nie uda się zdobyć szczytu? Cóż, ważne, że próbowałeś. Przecież nigdy wcześniej nie wspinałeś się na Islandii…

Esja – góry na przedmieściach Reykjaviku

Wydawać by się mogło, że 900 metrów, to żadna wysokość. Pagórek w zasadzie. Jednak kiedy wchodzi się na taką „górkę” praktycznie z poziomu morza, to jest na co zadzierać głowę. Na Islandii wysokość to pojęcie względne. Podobnie jak i pogoda. Biorąc się za chodzenie po skandynawskich górach, trzeba przewartościować te pojęcia. Tysiąc metrów to mniej więcej poziom naszych Tatr. Natomiast „dobra pogoda”, to taka, gdy leje tylko przez pół dnia, a wiatr pozwala utrzymać się w pionie. Nie, żartuję, nie było aż tak źle. Jednego dnia nawet świeciło słońce. Piętnaście minut wystarczyło, żeby spalić sobie nosy. Ale po kolei…

Pierwsze wejście miało być rozpoznaniem, rozgrzewką. I faktycznie. Zgrzaliśmy się niemiłosiernie. Esja, choć nie oszałamia wysokością (najwyższy szczyt – Habunga, ma zaledwie 914 m n.p.m.), to zaskakuje surowością i skalą trudności. No i zmiennością aury. Nawet jeśli zaczynacie wspinać się latem, to u góry może zastać was zima. W przeciągu trzech, czterech godzin wędrówki można doświadczyć wszystkich pór roku. Dlatego zawsze warto mieć przy sobie czapkę. Nie koniecznie z daszkiem.

Góry leżą, ledwie dziesięć kilometrów od Reykjaviku, można tu dojechać komunikacją miejską. Widać je praktycznie z każdego miejsca stolicy. Wtapiają się w krajobraz. Wyrastają z chmur i mgły. Niczym siedziba skandynawskich bogów. Niczym islandzkie Ayers Rock. Płaskie u góry, pękate po bokach. Tylko, że z zupełnie innej, zimowej bajki.

Najpopularniejszym celem wędrówek jest Þverfellshorn, szczyt, który osiąga ledwie 840 metrów, ale w górnych partiach ostro daje się we znaki. Początkowo jest łagodnie. Łatwo odnaleźć ścieżkę, szlak opisują przejrzyste tabele, nie ma się gdzie zmęczyć. Pod górkę robi się tuż przed szczytem, kiedy wysoko trzeba podnosić nogi i mocno trzymać się łańcucha. Ale kiedy wejdziemy już na wierzchołek i staniemy przy metalowej róży wiatrów, rozpościera się przed nami widok, jak młotem Thora strzelił. Metaliczne wody zatoki, Reykjavik i okolice, przestrzeń Islandii. Dla takich widoków warto odliczać chwile.

Trekking w górach Islandii

Langjökull. Szybki odwrót z przyczyn pogodowych. (Fot. Łukasz Czubak)

Langjökull – Długi Lodowiec

To było drugiego dnia. Postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda islandzki interior. Dotknąć lodowca. Zjechaliśmy z utartego szlaku, jakim jest Golden Circle i skierowaliśmy się w kierunku Langjökull, drugiej największej pokrywy lodowej wyspy. Podjechaliśmy tak blisko, jak dziesięcioletnia astra uniosła. Czyli jakieś osiem kilometrów od lodowca. Przynajmniej na tyle wskazywała tabliczka kierująca do chaty Skalpanes, ulokowanej tuż pod lodowym jęzorem. Resztę drogi postanowiliśmy przejść. Doczłapaliśmy do połowy. Pogoda szybko namówiła nas na włączenie wstecznego. Padało krótko, ale intensywnie.

Mimo to widoki powodowały ciarki na skórze. Ogromna przestrzeń lodu i odbijające się w turkusowej wodzie góry zostawiły permanentny ślad w hipokampie. Nie łatwo będzie roztopić te wspomnienia. Od tego momentu z większym zrozumieniem postrzegam polarników. Jest w tym krajobrazie jakaś niewinność. Nieskalana czystość, której nie chcesz zbrukać negatywnymi myślami i problemami, które przywlokły się za tobą z miasta. No cudeńko po prostu! Człowiek zupełnie się rozpływa i dokopuje się do pokładów świadomości, o których wcześniej w ogóle nie wiedział.

Kristinartindar – Lodowiec Vatnajökull

Mam w głowie kilka obrazków z islandzkich gór, których nie zapomnę nawet w zaawansowanym stadium Alzheimera. Widok największego lodowca w Europie, jest jednym z nich. Wrył się w pamięć, zamarzł w bezruchu. Wystarczy, że zamknę oczy i powraca w technicolorze. Tak, w technicolorze, bo w czerwcu, gdy przyroda zrzuca z siebie zimowy płaszcz, w Skaftafell, gdzie zobaczyłem lodowiec po raz pierwszy, biel miesza się z soczystą zielenią, brązami i chłodem turkusów.

Vatnajökull to olbrzym wielkości Korsyki. W niektórych miejscach grubość pokrywy lodowej dochodzi do jednego kilometra! Jest gdzie pochodzić. Na pierwszy raz wybraliśmy trasę prowadzącą spod siedziby parku narodowego. To miała być rozgrzewka przed zdobyciem najwyższego szczytu Islandii – Hvannadalshnukúr (2109 m n.p.m.) Niestety znowu się zakopaliśmy.

Ze Skaftafell prowadzi kilka szlaków. Każdy może wybrać coś dla siebie. Ten najłatwiejszy, niebieski, to pętla wokół okolicznych wodospadów, można przejść ją w tenisówkach. Druga pętla ma kolor czerwony, tu trzeba mieć już górskie obuwie. Widoki dają namiastkę tego, co czeka w górnych partiach. Przechodzimy nad doliną, w której rozłożył się jeden z jęzorów lodowego olbrzyma. To takie liźnięcie lodowca.

Jednak krew w żyłach mrożą dopiero widoki na trasie czarnej. Szczególnie, gdy na szlaku zalega jeszcze śnieg. Wielkie pole lodu rośnie z każdym metrem wspinaczki. Gdzieś daleko, po drugiej stronie białej czapy, olbrzymią kaskadą woda spada z kilkudziesięciometrowego klifu. A my, malutcy, skurczeni, patrzymy w dół skarpy i próbując opanować trzęsące się łydki podziwiamy krajobraz, przed którym nie sposób paść na kolana.

Islandzki lodowiec Vatnajokull

Widok na lodowiec Vatnajökull ze szlaku czerwonego. (Fot. Łukasz Czubak)

Niestety na najwyższy punkt na trasie – szczyt Kristinartindar (1126 m n.p.m.) nie wchodzimy. Już na wysokości 800-900 metrów pojawiają się płaty zmrożonego śniegu, na których można wywinąć ostatnie w karierze salto. Serducho wrzuca trzeci bieg. Wystarczy chwila nieuwagi i lecimy w dół z wielkim hukiem. Przed nami kilkaset metrów szybowania w kierunku wiecznych śniegów. Mgła, śnieg i niepewny grunt budzą uśpiony rozsądek. Dochodzimy do grani, lecz zatrzymujemy się przed właściwym szczytem. Zasypane śniegiem iglice nie pozostawiają złudzeń, że na dziś to koniec wędrówki. I tak udało się dojść wysoko.

Hvannadalshnukúr – najwyższy szczyt Islandii

Kiedy nad ranem wynurzyliśmy się z chatki, w której przyszło nam nocować, niebo było błękitne. Pogoda marzenie. Jednak dzień wcześniej podjęliśmy decyzję, że nie będziemy wchodzić na Hvanę. Dziesięciogodzinna trasa, którą zrobiliśmy poprzedniego dnia, dała nam w kość. Mieliśmy przemoczone buty, wstaliśmy zbyt późno, brakowało nam dokładnej mapy. Tymczasem wejście na najwyższy szczyt Islandii to ponad dziesięć godzin wspinaczki. Dwie trzecie po lodowcu, na którym na przełomie maja/czerwca otwierają się szczeliny. Do tego ponad dwa tysiące metrów przewyższenia (wchodzi się praktycznie z poziomu morza, na wysokość 2109 m n.p.m. i to bez znakowanego szlaku). Decyzja wydawała się logiczna. Szacunek do gór zobowiązuje…

Jednak przejeżdżając pod parkingiem Sandfell – najlepszym punktem wyjścia na szczyt, w głowie pojawiła się świdrująca myśl. A jeśli nie będzie następnego razu? Pal licho koronę Europy i tak pewnie nigdy jej nie zdobędę, ale Islandia. Islandia, człowieku! Najwyższy szczyt! Codziennie nie masz okazji spojrzeć na te wszystkie wodospady z góry! Jeśli nie spróbujemy, to w nocy będę się budził z krzykiem Hvannadalshnukur! na ustach, a moja biedna żona będzie myślała, że chodzi o jakąś zgrabną Islandkę, z którą konsumowałem suszonego dorsza.

Chłopaków nie trzeba było długo przekonywać. Sami się przekonali. Po chwili studiowaliśmy już malownicze tablo, umieszczone przed wejściem na „szlak”. Mapka dosadnie uświadomiła nam, że raczej się nie uda. Było sporo po dziesiątej. Większość grup wychodziła na szlak o 8 rano, zwykle z doświadczonymi przewodnikami (taka przyjemność kosztuje, bagatela 30 000 islandzkich koron, czyli ponad 800 złotych). I mimo, że samo wejście na szczyt nie jest trudne technicznie i oprócz dobrej kondycji nie wymaga specjalnych umiejętności, to świadomość samotnej wędrówki po największym lodowcu Europy, bez dobrej mapy, daje do myślenia. Mimo to, prawie się udało

.

Od samego początku jest pod górkę. Ciągle i uparcie. W początkowej fazie widoki nie powalają, jest dosyć monotonnie i aż do pierwszego pola śniegu sucho. Do tego pogoda, jak ze słonecznego wyżu nad Kanarami. Wchodzimy w krótkich rękawkach.

Dopiero przed czołem lodowca, trzeba narzucić polar. Podejście robi się bardziej wymagające i strome. Od teraz już tylko po śniegu. Po dwóch godzinach monotonnej wspinaczki oddech robi się coraz krótszy, rwany, goniąc wspomnienie o pełnych tlenu płucach. Trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby kontynuować wędrówkę. Oprócz dwóch skalnych szczytów wystających znad pola śniegu, nie ma na czym zawiesić wzroku. Tylko w oddali, spomiędzy chmur wyłaniają się odległe szczyty.

Morale spada wprost proporcjonalnie do rosnącej wysokości. I wtedy ją widzę! Śnieżna kopuła wystająca nad pole lodowca – Hvana! Zostało jakieś półtorej godziny wspinaczki. Tylko i aż…

I wtedy, nagle, nie wiadomo skąd, zaczyna padać. Najpierw pomalutku, łaskocząc twarz delikatnymi kropelkami. Za chwilę deszcz uderza zamaszystym podbródkowym, przysłaniając błękitne niebo szarymi chmurami, by po chwili poprawić lewym prostym, zalewając wszystko strumieniem wody. Od razu rzucamy ręcznik. Nie ma szans wyjść sucho z tej potyczki. Nie tacy zawodnicy padali na kolana przed islandzką pogodą. Nikt nie ma zamiaru być liczonym do dziesięciu. Szybko rozpoczynamy odwrót.

Żeby było bardziej po islandzku, po godzinie zbiegania po śniegu w deszczu, nagle się wypogadza. I to nie tak niezdecydowanie, że niby słonko spod chmurki, jakiś promyczek czy dwa, nieśmiało zza obłoczka. Nie, regularne tropiki. Ze 30 stopni w słońcu! Nie przesadzam. Najlepszym dowodem były odparzenia na twarzy. Wystarczyło 20 minut suszenia ciuchów. Do domu wróciliśmy jak po wizycie na Maledywach, a nie największym lodowcu Europy.

Thorsmörk – Las Thora

Skogar to urocza osada ulokowana na południe od lodowca Eyjafjallajökull i Myrddalsjökull. Znajduje się tu warte każdych pieniędzy muzeum folklorystyczne i transportu, warty każdej pogody wodospad Skogafoss oraz warty każdych odcisków szlak górski. Prowadzi przez znajdującą się między dwoma lodowcami przełęcz Fimmvorduhals. Można z niej dojść do jednej z najpiękniejszych dolin w Islandii – Thormsmörk (Lasu Thora). Niestety znowu zakopaliśmy się w śniegu…

 

Trekking na Islandii

Pierwsze pola śniegu przed Przełęczą Fimmvorduhals (Fot. Łukasz Czubak)

Pierwsza część trasy prowadzi wzdłuż rzeki Skogar. Co kilkadziesiąt metrów mijamy kolejną kaskadę. Każdy z napotkanych wodospadów, a jest ich kilkanaście!, zasługuje na uwagę. W niektórych woda spada z hukiem z wysokich progów skalnych, odbijając się echem od pionowych ścian kanionu, na innych przelewa się cicho, z uskoku, na uskok, szemrząc łagodnie. Rzeka lawiruje i kluczy, co raz pokonując nowe przeszkody i dostarczając niezapomnianych wrażeń. Oglądamy prawdziwe zmagania żywiołów.

W miarę pokonywania dystansu w górę, żywiołowo-soczysta zieleń ustępuje miejsca odcieniom ziemi i lodu. Z krainy wiosny wkraczamy w domenę zimy. Krajobraz staje się typowo islandzki, surowy. Na horyzoncie pojawia się drewniany most przerzucony przez rzekę. Wrota do lodowej krainy.

Po przekroczeniu kładki, dochodzimy do tablicy informującej o dwóch szlakach prowadzących przez przełęcz. Pełni entuzjazmu i wiary, że tym razem pogoda okaże odrobinę zrozumienia dla naszych planów, wybieramy dłuższy szlak.

Krajobraz zamienia się w księżycowe pustkowie, pokryte płatami śniegu. Początkowo niewielkie słupki wyznaczające kierunek marszu nie budzą naszego niepokoju. Jednak w miarę zbliżania się do przełęczy ich główki zaczynają bawić się w chowanego, by wreszcie kompletnie zniknąć pod białym puchem.

W zmrożonych zaspach widać świeże ślady. Ktoś przedzierał się tędy całkiem niedawno. Według mapy i komórkowego GPS-u, jesteśmy niedaleko schroniska. Jednak śniegu jest na tyle dużo, że brodzimy po kolana. Decydujemy się zawrócić do schronu znajdującego się na drugim szlaku. Jest 19.30. Dobrze, że latem dzień trwa na Islandii dwadzieścia godzin. Ciągle mamy trochę czasu…

Islandia – można się zakochać, czyli tygodniowy tour dla dwojga

Niestety pogoda zmienia się bez ostrzeżenia. Mgła wypełza nie wiadomo skąd. Wiatr dmucha w plecy. Deszcz zacina w twarz. Frontalny atak. Przyspieszamy kroku, żeby dotrzeć do schronu przed całkowitym załamaniem pogody. W głowie mam tylko jedną myśl. Osuszyć buty, ściągnąć mokre skarpety, zjeść coś ciepłego. Byle tylko schron stał tam, gdzie ma stać. Byle miał dach i choć kawałek suchego podłoża…

Ostatni odcinek to już odliczanie metrów. Wreszcie jest, coś majaczy na horyzoncie! Przez chwilę widać skośny dach. Szybko znika we mgle… Idziemy… idziemy… idziemy! Przecież naprawdę go widziałem, gdzie on się podział? Wreszcie wyłania się zza pagórka. Nowy, nowiuteńki, prosto po remoncie. W środku gazowy grzejnik, wnętrze pachnące sosną, przestrzenna kuchnia. Niestety wodę trzeba topić z lodowca. No i wychodek na zewnątrz… Ale to już szczegół. Trzeba tylko uważać, żeby przy tym huraganowym wietrze nie wywinąć orła.

Łukasz Czubak


Komentarze: (1)

Pamela 30 stycznia 2014 o 17:25

Piękne zdjęcia i niezwykła opowieść… Islandia od pewnego czasu bardzo przyciąga moje myśli, w ogóle północna Europa i surowość jej przyrody. Magia gór jest w tym, że naprawdę (myślę, że można tak powiedzieć) uczą życia – tego, że trzeba się trochę potrudzić, by ujrzeć to, co najpiękniejsze.

Odpowiedz