13 grudnia 2009

Libia: Przez Dżabal Nafusa

Jak cztery żółte karawele żeglujemy przez Dżabal Nafusa (fot. www.afrykanowaka.pl)

Jak cztery żółte karawele żeglujemy przez Dżabal Nafusa – masyw górski ciągnący się łukiem aż od Tunezji. W Libii jego podnóża zaczynają się 100 km na południe od wybrzeża Morza Śródziemnego.

Najwyższy szczyt tego łańcucha górskiego – Kaf Tigrinnah – wznosi się na wysokość 837 m n.p.m. My dojeżdżamy na wysokość 788 m. Wokół nas niewiarygodna przestrzeń, aż dech zapiera w piersiach. Jakbyśmy nagle wylądowali na Czerwonej Planecie. Wiatry wieją tu wściekle. Czasem trudno utrzymać kierunek jazdy. Jedziemy typowym kolarskim wachlarzem, czyli pierwszy toruje drogę w wietrze, a pozostali – jeden za drugim – próbują schronić się w powstającym w ten sposób tunelu aerodynamicznym. Wachlarz rozwija się od prawej do lewej lub na odwrót – w zależności od kierunku wiatru. Wyglądamy jak klucz ptaków lecących na zachód. Dolatujemy do Yafran, w którym eksplorujemy ruiny berberyjskiego miasta. Można się poczuć jak Indiana Jones. Duży kompleks ruin jest kompletnie niezabezpieczony. Znajdujemy pordzewiały rowerek dziecięcy z dwoma kierownicami (?!) i wydmuszkę po lampce rowerowej, zupełnie jak z oryginalnego „nowakowego Brennabora”.

Powoli integrujemy się z bezwzględnymi siłami natury. Nabieramy doświadczenia. Nie przemy na zabój do przodu. Jedziemy pod szalejący wiatr pokornie, acz konsekwentnie.

Zazwyczaj kończymy etapy jazdy o zmierzchu. Szukamy miejsc osłoniętych od wiatru. Pierwszy obóz rozbiliśmy w głębokim jarze. Namioty ustawiliśmy pod oliwką. Drugi camping postawiliśmy w uedzie (wyschniętym korycie rzeki), na spękanym i wysuszonym piachu, w miejscu osłoniętym kolczastymi akacjami. Kolejne obozowisko stanęło w oazie, pośród drzew przypominających pinie, na wyschniętej trawie, gdzie ugościł nas jej dozorca – Sudańczyk. Zaraz po przyjeździe do oazy przez moment byliśmy sami, ale po chwili czujny dozorca, dziarsko się kolebiąc, przycwałował na osiołku, na lewym przedramieniu trzymając małą kózkę. Uśmiechnął się szeroko, po czym zakreślił dłonią szeroki łuk nad głową, co miało oznaczać – „korzystajcie do woli”.

Fort Nalut (fot. www.afrykanowaka.pl)

Otaczają nas kolory. Intensywne i płowe. Kolory piasku – rdzawego, rudawego, ceglanego, pomarańczowego, kwarcowego, khaki, bursztynowego, beżowego, brunatnego, sepiowego, kredowego i wapiennego. Ponad nami nienaganny błękit nieba i rozpalona żółć słońca. Czasem zaskoczy rzadka zieleń kulistych niskich krzaków.

Pustynia maluje pejzaże. Widzimy namiastkę pustyni australijskiej z jaskrawo czerwonym piaskiem i małymi zielonymi krzaczkami. Podziwiamy typowo westernowe krajobrazy, jak z amerykańskiej Monument Valley, z „kapeluszowatymi” ostańcami. Obserwujemy żwirowe, płowe bezkresne „żużlowiska”. Jedziemy przez głębokie i szerokie doliny przypominające koryta nieistniejących gigantycznych rzek. Nieśmiało jeszcze pojawiają się pierwsze małe diuny piaskowe, których powierzchnie wiatr rzeźbi w cyklicznie powtarzające się rzędy rozedrganych fal.

Wiatr jest tu rezydentem. Czasem tylko, znużony ogromem przestrzeni, odpocznie przez jeden dzień i wtedy, chyba dla żartu, kręci małe trąby powietrzne. W tych minitornadach piasek w metrowej wysokości odwróconym stożku wiruje opętańczo, jakby chciał zmaterializować dżina – ducha pustyni.

A wokół nas przestrzeń, jakiej w życiu nie widzieliśmy. Przestrzeń totalna, wszechogarniająca. Niczym niezmącona dal. Horyzont jak okiem sięgnąć jest tak daleko, że ma się wrażenie, iż jego linia niknie w rozedrganych od słońca mirażach. Pustynia z początku przeraża, ogrom przestrzeni potęguje niepewność. Niepewność podróżnika, który nie wie, dokąd dojedzie, gdzie będzie spał wieczorem. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, płynie przez nas. Krzyczę na całe gardło: „Noooooooowaaaaaaaaaaaak!”

Kolejnego dnia dojeżdżamy po 62 kilometrach do Nalutu. Na zakończenie dnia atakujemy ostry podjazd na szczyty masywu Dżabal Nafusa. Kolejnego dnia przejeżdzamy 140 kilometrów do Sinawan – mordercze 7 godzin na rowerze, który wraz z wypełnionymi 4 sakwami waży ok. 50 kilogramów. Ten dzień mieliśmy szczęśliwie bezwietrzny, jedyny jak do tej pory. I w końcu kolejne 116 km do Darj, z bocznym wiatrem, jako jednym z głównych bohaterów dnia.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Piotr Sudoł

Piotr Sudoł

Zapalony rowerzysta, zafascynowany romantyczną poetyką postaci Kazimierza Nowaka. Uczestnik ekspedycji na Madagaskar wyróżnionej na Kolosach w kategorii Podróż Roku 2008.
Podobne artykuły
Libia: U wrót Sahary – Ghadames

Libia: U wrót Sahary – Ghadames

Wczesnym rankiem opuszczamy Derj. Przed nami dokładnie 101 km do słynnego Ghadamesu. Miasta owianego legendą, miasta otoczonego pustynią, miasta znanego jako tranzyt większości saharyjskich karawan - zwanego "Bramą Sahary"...
Afryka Nowaka wjechała do Czadu

Afryka Nowaka wjechała do Czadu

Etap przez Czad, nazwany przez jego uczestników “Po prostu CZAD“, rozpoczął się 26 czerwca. Nawiązując do losów Kazimierza Nowaka w Czadzie, chcemy przejechać część trasy na rowerach, a część na wielbłądach. Niestety nie będzie to takie łatwe. ...
Śladami Nowaka przez Republikę Konga

Śladami Nowaka przez Republikę Konga

Gorączkowe były nasze przygotowania do 18. etapu Afryki Nowaka przez Republikę Konga (dawniej Kongo Brazzaville), bowiem etap ten był pierwszym etapem rowerowym po dwóch, pieszym i wodnym, które przebiegały przez Demokratyczną Republikę Konga (dawnie...
Jak szpiedzy Nowaka przemierzali Angolę

Jak szpiedzy Nowaka przemierzali Angolę

Sztafeta Nowaka dotarła już co prawda do Konga, my cofamy się jednak do przygód w Angoli. Tu uczestnicy wyprawy na diecie makaranowo-ryżowo-sosowej pokonali kolejne kilometry, odwiedzając miejsca, które niemal 80 lat wcześniej odwiedził Kazimierz Now...

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele