Dania bez granic


Anna Urbańska


Hasło: Podróże bez Granic. Cel: Dania. Ekipa: 18 osób, w tym 11 osób z niepełnosprawnością, 5 asystentów, coach, kierowca i pies.

Na początku czerwca grupa pasjonatów skupiona wokół Fundacji „Podróże bez Granic” zorganizowała wyjazd-wycieczkę, połączoną jednocześnie z sesjami coachingowymi, w której udział wzięła nieznająca się wcześniej grupa osób o różnym stopniu i rodzaju niepełnosprawności.

Dla każdego z uczestników wyjazd był czymś innym. Dla niektórych wyjazd – wyprawą, podczas której przełamane zostały bariery dotyczące własnych możliwości i przekonań. Dla innych była to cudowna wycieczka i szansa na relaks w wyjątkowym miejscu i towarzystwie.

Tak wyprawę wspomina jedna z jej uczestniczek, Ania.

Park rozrywki Tivoli. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Park rozrywki Tivoli. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Kierunek – Dania!

Podobno na to, co dobre, warto czekać. Muszę przyznać, że z niecierpliwością odliczałam godziny do wyjazdu. 4.00 – dźwięk budzika, nareszcie! Trzydzieści minut później w kilkuosobowej grupie jechałam już na dworzec w Gdyni Chyloni, miejsce startu naszego wesołego autobusu.

Zapakowanie całej ekipy, wózków, bagaży i prowiantu wcale nie było takie proste, zwłaszcza że po drodze, mieliśmy jeszcze „dopchnąć” drugą część grupy, czekającą na nas w Świnoujściu. Ale się udało. Sześć godzin podróży minęło w mgnieniu oka i nim się obejrzałam, w pełnym składzie byliśmy już na promie do Ystad.

Załoga promu przywitała nas wyjątkowo: specjalne miejsce dla naszego busa już czekało, a my w kilkuosobowej asyście zostaliśmy odprowadzeni do kabin dedykowanych osobom niepełnosprawnym. Na posiadówki w kajutach ani zwiedzanie promu nie było jednak zbyt wiele czasu, bo przed nami była już pierwsza sesja coachingowa. Dla większości z nas, to dość obco brzmiące hasło było sporą zagadką, dlatego w napięciu oczekiwaliśmy na rozwój wydarzeń. Sesja coachingowa okazała być się wspaniałą okazją do rozmów, dzięki którym mogliśmy nie tylko poznać się nawzajem, ale jednocześnie dowiedzieć się czegoś więcej o samych sobie. I tak niespodziewanie dobiliśmy do brzegu by ruszyć busem do „naszego” domku w Tisvildeleje.

Ekipa w komplecie. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Ekipa w komplecie. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Zwiedzanie okolicy

Do wczesnej pobudki jakoś nikomu się nie spieszyło, miło było trochę poleniuchować, wypocząć po podróży i do śniadania zasiąść w piżamach. Po sesji couchingowej kolejnym punktem programu był relaksujący spacer służący poznaniu okolicy.

Miasteczko Tisvildeleje okazało się ciche, spokojne i urokliwe, najbardziej jednak oczarowała mnie przepiękna lazurowa morska woda, a do tego morze traw na wybrzeżu.

Po powrocie wszyscy z ogromnym entuzjazmem rzucili się na smażące się już hamburgery i kiełbaskę z grilla znajdującego się na „naszym” tarasie. Wtedy też stwierdziliśmy, iż niewiele jest rzeczy które przynoszą tyle przyjemności co wspólne przygotowywanie i spożywanie posiłku i przekonaliśmy się, iż koncepcja wspólnego gotowania podczas wyjazdu, pomimo iż dla wielu osób z niepełnosprawnością, jest to duże wyzwanie, była strzałem w dziesiątkę!

Kopenhaga

Wsiadałam do samochodu z przekonaniem, że czeka nas wizyta w zatłoczonym, nowoczesnym „wielkim mieście”. Tym większe było moje zaskoczenie i zauroczenie Kopenhagą, gdy przekonałam się, że jest to spokojne portowe miasto z przepięknym spacerowym deptakiem na samym nabrzeżu. Swoim entuzjazmem i merdającym ogonem Iris, mój pies asystujący, potwierdziła moją opinię.

Idealny obraz zakłóciła niestety kwestia wszędobylskiego kopenhaskiego bruku, po którym poruszanie się na wózku jest niemal niemożliwe, a przynajmniej bardzo trudne. Pozytywnym kontrastem dla brukowanych chodników były za to fakturowe oznaczenia szlaków komunikacyjnych oraz przejść dla pieszych, pomagające osobom niewidomym w orientacji w mieście i swobodnym bezpiecznym poruszaniu się po nim.

W tej kwestii architekci nie zapomnieli o niczym – wzdłuż wszystkich chodników biegły wypukłe wypustki wyznaczające linię prostą i kierunek, a na skrzyżowaniach chodników były duże kwadratowe płyty chodnikowe z wypustkami sygnalizujące zetknięcie dróg biegnących w różnych kierunkach. Spacerowaliśmy kilka godzin, rozkoszując się widokami pięknych łodzi i nowoczesnej portowej architektury, choć spacer ten dla niektórych byłe wielkim wyzwaniem i przyniósł największe w życiu zakwasy dnia następnego…

W półtora miesiąca dookoła Północnej Europy

Punktem kulminacyjnym dnia była wizyta w ogrodach Tivoli, jednym z najstarszych parków rozrywki na świecie. Wpadłam w szaleńczy amok, ponieważ całe życie marzyłam o przejażdżkach na rollercoasterach. Było tam tyle atrakcji, że aż kręciło się nam w głowie.

Makieta Zamku Hamleta. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Makieta Zamku Hamleta. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Helsingor

Przed wycieczką zastanawialiśmy się, czym zauroczy nas zamek Hamleta oraz pobliskie miasteczko Helsingor. Zaczęło się pięknie, ponieważ ci z nas, którzy nie mogą zobaczyć świata własnymi oczyma, mogli podziwiać budowlę dotykiem na wielkiej makiecie. Niestety zwiedzanie słynnego zamku na dalszych etapach okazało się niełatwe z powodu kamiennych podłóg, lochów z niskimi stropami, niebezpiecznymi dla osób niewidomych, do których prowadziły strome schody, co z kolei nie ułatwiało życia wózkowiczom.

Niestety, po raz kolejny dość dotkliwie przekonaliśmy się, że włodarze duńskich dóbr kultury nie są tak zapobiegliwi w dostosowywaniu swoich „skarbów” kultury do potrzeb osób z niepełnosprawnością, jak władze stolicy Włoch, którą mogliśmy poznawać w całej okazałości bez względu na swoje ograniczania pół roku wcześniej. Mimo to, piękno widoków i morskich krajobrazów w dużym stopniu rekompensowało niedostępność zabytków, a wieczorem humory już całkowicie poprawiła nam kolacja w uroczej knajpce nad samym morzem, gdzie mieliśmy szansę spróbować przeróżnych rodzajów duńskiego śledzia i innych przysmaków!

Nowoczesne oblicze Kopenhagi

Tym razem stolica Danii miała nas zauroczyć swoim nowoczesnym obliczem. Pani Danusia, nasza przewodniczka, z wielkim zapałem i zręcznością prezentowała nam niepoznane jeszcze walory miasta, a kulminacyjnym punktem dnia było zwiedzanie Muzeum Carlsberga, wytwórcy znanej na całym świecie i cieszącej się ogromną popularnością marki piwa. Jako że niektórzy uważają prezentowany w muzeum trunek za napój bogów, trudno się dziwić, że oczom zwiedzających prezentowana jest bardzo bogata i bardzo różnorodna ekspozycja wszelkich eksponatów nawiązujących do tematu produkcji i handlu piwem.

Dla mnie osobiście najciekawszym punktem zwiedzania była stajnia znajdująca się na terenie browaru, w której do dzisiaj rezydują konie, obecnie już niepracujące przy transporcie piwa, ale będące jedynie atrakcją turystyczną. Moja słabość do zwierząt spowodowała, że byłam gotowa spędzić wśród tych potężnych i majestatycznych zwierząt całe godziny, nie pozwolił mi na to jednak napięty harmonogram zwiedzania z gwoździem programu, czyli degustacją świeżo ważonego piwa. Możecie mi wierzyć lub nie, ale poziom ekstazy po niewinnym kufelku takiej „świeżynki” to zupełnie inna bajka w porównaniu do tego, czym na co dzień raczą nas w sklepach.

Poziom radości wzmogło jeszcze niezwykle sympatyczne spotkanie z jednym z barmanów – Polakiem, z którym mogliśmy trochę podyskutować o walorach degustowanego napitku. Z każdym łykiem humory dopisywały nam coraz bardziej i w drodze powrotnej nasz busik był jeszcze weselszy niż zwykle…

Sesje coachingowe. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Sesje coachingowe. (Fot. Fundacja Podróże bez Granic)

Legoland

Test wytrzymałości dla prawdziwych twardzieli ze względu na pobudkę o zupełnie barbarzyńskiej porze, czyli przed 6 rano, oraz z uwagi na czekające nas ekstremalne wrażenia na karuzelach i kolejkach w Legolandzie. Najpierw czekała nas długa, czterogodzinna trasa, a potem bramy raju dla dziecięcego pierwiastka naszej duszy. Naprawdę nigdy nie wątpiłam w to, że każdy człowiek ma w sobie coś z dziecka, ale w Legolandzie moja dziecięca dusza całkowicie wzięła górę nad powagą wieku i aż trudno mi sobie wyobrazić, że komukolwiek mogłoby się tam nie podobać. Ruchome makiety całe zbudowane z klocków lego tak mnie zauroczyły, że naprawdę nie byłam w stanie zdecydować, na czym skupić wzrok i swoją uwagę.

Zaliczyłam niejeden zawrót głowy na rollercoasterach, z których każdy był jeszcze większy i szybszy od poprzedniego – prawdziwe szaleństwo i skok adrenaliny dający niezapomniane wspomnienia! Z przykrością muszę jednak podkreślić, że niestety nie obyło się bez niemiłych akcentów – ja dzięki swojej sprawności, nieco większej od pozostałej części grupy, miałam okazję się wyszaleć i skorzystać z mocy atrakcji czekających na odwiedzających, ale niestety pozostali wózkowicze w naszej ekipie nie mieli tyle szczęścia, ponieważ, jak się okazało, osoba niemogąca stanąć na własnych nogach i pokonać schodów, nie mogła też skorzystać co najmniej z połowy znajdujących się w Legolandzie atrakcji, o czym wszelkie informacje milczą, a strona internetowa Parku zapewnia, iż jest to miejsce w pełni dostosowane dla osób z niepełnosprawnością…

Powrót

Ostatni dzień spędziliśmy na słodkim lenistwie i odpoczynku. Nad dniem powrotu nie ma co się rozpisywać – wracałam zmęczona, jednocześnie bardzo zadowolona i smutna, bo naprawdę szkoda było nam wszystkim wracać tak szybko. Dobrze, że już nie długo kolejne wyjazdy, eventy i Podróże bez Granic! Już czekam…

Lipiec, 2013

Na wyjeździe i podczas tworzenia tekstu Ani pomagała Marta Ostrowska

Anna Urbańska


Komentarze: Bądź pierwsza/y