Damian Laskowski: największym wyzwaniem była samotność


Bartek Borys


Damian Laskowski w ciągu osiemnastu zimnych marcowych dni przeszedł samotnie, na rakietach śnieżnych, przeszło 330 kilometrów z Parku Narodowego Lemmenjoki w Finlandii do Kirkenes w Norwegii. Skąd wziął inspirację do takiej wyprawy, jak radził sobie z samotnością i o tym, czy spotkał na swojej drodze dzikie zwierzęta rozmawiamy kilka tygodni po jego powrocie do Polski.

Damian Laskowski na Finlandii

01Marsz przez zamarznięte torfowiska w Parku Narodowym Lemmejoki. Finlandia. (Fot. Damian Laskowski)

– W marcu spędziłeś trzy tygodnie podróżując po Laponii. Samotnie, w rakietach śnieżnych, wędrowałeś przez dzikie i niedostępne tereny od Parku Narodowego Lemmenjoki w Finlandii po Kirkenes. Skąd pomysł na taką wyprawę?

– Tak, to prawda i muszę przyznać, że była to świetna przygoda! Chciałem poobcować z zimą w dzikim miejscu, z dala od wszystkiego. Przez ten czas byłem samowystarczalny i wszystko, czego potrzebowałem, miałem w pulkach, a moim domem był namiot. Wyprawa była naturalną konsekwencją sposobu na życie, jaki wybrałem. Był to również kolejny krok przed jeszcze ambitniejszymi projektami, do których niezbędne jest większe doświadczenie.

Finlandia na sankach

Przedzieranie się przez chaszcze. (Fot. Damian Laskowski)

– Miałeś już doświadczenie z zimowego trawersu po płaskowyżu Hardangervidda w Norwegii. Możesz opowiedzieć coś więcej o tej wyprawie?

– Wspólnie z Rafałem Królem, założycielem Polskiego Centrum Ekspedycyjnego, przetrawersowaliśmy ten płaskowyż w zeszłym roku w czasie najsurowszej skandynawskiej zimy. W przeciwieństwie do mojego towarzysza był to dla mnie pierwszy kontakt z tak ekstremalnymi warunkami pogodowymi. Naszym celem był pełny trawers po przekątnej płaskowyżu, bez korzystania z chatek i wytyczonych szlaków. Jedno i drugie zresztą nie istniało, bo sezon turystyczny zaczyna się tam wraz z początkiem marca, a my wybraliśmy się tam na początku lutego.

– Z jakimi problemami spotkaliście się w czasie tego wyjazdu?

– Oprócz wilgoci, niskich temperatur i huraganowych wiatrów problemem był krótki dzień, przez co czynności obozowe odbywały się w świetle czołówek. Było to jednak cenne zimowe doświadczenie. Gdyby nie tamta wyprawa zapewne nie doszłoby do tegorocznej, bez niej nie odważyłbym się wybrać samotnie zimą do Laponii.

– Skąd to zamiłowanie do zimowych wyjazdów? Co, lub kto, jest Twoją inspiracją?

– Nie tylko zimowe wyjazdy są w kręgu moich zainteresowań. Nie chciałbym się też ograniczać jedynie do tego typu wypraw. Prawdą jest jednak, że zimowe wyprawy są dla mnie szczególnie pociągające. Mają to do siebie, że można zapakować na sanki jedzenie nawet na miesiąc i po prostu od wszystkiego się odciąć. Do Laponii zabrałem piętnaście kilogramów jedzenia. Wyobrażasz sobie spakować to wszystko do plecaka? Poza tym woda, a raczej jej brak, często bywa problemem w czasie letnich wypraw. Zimą nie ma z tym kłopotu, bo po prostu topi się śnieg.

Sam nie wiem, czy coś konkretnego mnie inspiruje. Czytam literaturę podróżniczą, śledzę inne wyprawy, interesuję się tym. Chcę jednak robić swoje. Może zabrzmi to nieco zbyt patetycznie, ale inspiruje mnie samo życie, możliwość robienia rzeczy nieprzeciętnych, dzięki którym moje życie staje się bogatsze o nowe doświadczenia. To jest piękne.

– Jak wyglądały Twoje przygotowania do podróży przez Laponię?

– Żyję aktywnie na co dzień, niemniej jednak do takiej wyprawy trzeba się solidnie przygotować. Moje przygotowania zahamowała niestety kontuzja kolana i prawdę powiedziawszy nie byłem w najlepszej formie fizycznej. Raczej walczyłem o to, by dojść do swojego normalnego poziomu sprawności. Oprócz biegania, pływania i chodzenia z ciężkim plecakiem bardzo istotne było przygotowanie wyprawy pod względem logistycznym.

Zimowy nocleg pod namiotem

Poranna toaleta. (Fot. Damian Laskowski)

– Ok, powiedz mi w takim razie, jak te przygotowania wyglądały i co zabrałeś ze sobą.

– Ważny jest dobór sprzętu i kalkulacja, co zabrać, a czego nie. Ile potrzebujemy benzyny, a ile jedzenia. Wszystko trzeba dokładnie obliczyć. Konieczne jest zbilansowanie diety, wyliczenie ilości kalorii, sporządzenie odpowiedniej apteczki. Co do sprzętu, z takich mniej oczywistych rzeczy, zabrałem ze sobą kolce do lodu, dzięki którym miałbym szansę wydostać się na powierzchnię w przypadku pęknięcia lodu. Dla bezpieczeństwa zabrałem również gaz dla obrony przed agresywnymi zwierzętami, światło chemiczne oraz GPS. Świadomie zrezygnowałem natomiast z lokalizatora SPOT.

– Dlaczego zrezygnowałeś ze SPOT’a? Chciałeś, żeby Twoja wyprawa była większym wyzwaniem? Chciałeś się sprawdzić bez takich „ułatwień”?

– Nie, nie o to chodzi. SPOT przecież znacznie podnosi bezpieczeństwo. Ale jednocześnie wprowadza pewien element inwigilacji, czego chciałem uniknąć. Poza tym nie było to aż takie odludzie. Przez większość trasy do najbliższej cywilizacji miałem nie dalej niż trzy dni drogi.

– Możesz nam powiedzieć coś o sprzęcie? I czy zdał egzamin, czy też w przyszłości zmieniłbyś swój ekwipunek?

– Namiot norweskiej firmy Helsport generalnie sprawdził się świetnie, jedynie zamek został uszkodzony i wymaga wymiany. Śpiwór syntetyczny firmy Ajungilak dostał mocno w kość, ale przez całą wyprawę nie stracił znacząco swoich właściwości termicznych. Przed wyjazdem stałem przed dylematem: narty czy rakiety. Te pierwsze byłyby świetne na jeziorze Inari, ale na Lemmenjoki nie sprawdziłyby się zupełnie. Decyzja o zabraniu rakiet śnieżnych okazała się strzałem w dziesiątkę. I ma spore wątpliwości, czy jakieś inne rakiety zniosłyby tak dobrze to, co przyszło znieść rakietom firmy MSR. Maszynka benzynowa, produkcji tej samej firmy, w pewnym momencie przysporzyła mi trochę nerwów, ale na szczęście udało mi się ją naprawić. Żadnych zarzutów nie mam do odzieży, zamieniłbym jedynie buty na cieplejsze, bo zawsze przez pierwszą godzinę marszu walczyłem o to, by nie odmrozić sobie palców.

– Powiedzmy, że jeden z czytelników Peronu4 zostanie przez tą rozmowę zainspirowany do podobnej, zimowej podróży. Jakich rad mógłbyś mu udzielić, co doradzić i przed czym ostrzec?

Aby taki wyjazd zakończył się powodzeniem trzeba mieć wiele determinacji, odpowiednie umiejętności i wiedzy, nieco doświadczenia, szczyptę odwagi i, żeby wrócić cało, trochę oleju w głowie. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą by udzielać komuś rad. Wierzmy w siebie, ale nie przesadzajmy z ambicją. Dostosowujmy cele do naszych możliwości i pamiętajmy, że wyprawy zwykle kończą się niepowodzeniem w wyniku błędów popełnionych jeszcze w domu.

Nocleg w namiocie na zamarzniętym jeziorze

Zachód słońca na zamarzniętym jeziorze Inari. (Fot. Damian Laskowski)

– Co było dla ciebie największym wyzwaniem w czasie tej wyprawy?

– Chyba jednak samotność. Tutaj każdy błąd miałby dużo poważniejsze konsekwencje. Nie wiedziałem jak to zniosę i czy podołam wyzwaniu. Miałem świadomość, że w razie kłopotów będę musiał radzić sobie sam. Ale to potęgowało moją przezorność. Poza tym, nie jest łatwo wyjść rano ze śpiwora, gdy w namiocie jest -20 stopni, a obok nie ma kogoś, z kim możesz się wzajemnie motywować, kogoś, kto w razie potrzeby krzyknie Wstawaj śpiochu!

– Jak sobie z tymi problemami radziłeś?

– Rano zadawałem sobie pytanie: po co tu jestem? Grunt to uświadomić sobie, że aby zrealizować cel trzeba przezwyciężyć wszystkie problemy. Później wpadłem już w taką rutynę: budzik, wyjście ze śpiwora, szybkie założenie ciepłej kurtki, rozpalenie maszynki w przedsionku, gotowanie wody. Wraz z ciepłym posiłkiem i gorącą herbatą wracała ogromna chęć do działania. Poranki ogólnie były najtrudniejsze, wtedy jest najłatwiej o odmrożenia. Musiałem składać wszystko bardzo szybko, by jak najszybciej się ruszyć i rozgrzać. A żeby wszystko szło szybko musiałem wymyślić system pakowania i się go trzymać.

Mapa niezbędna w podróży

Codzienne obliczenia przebytej drogi. (Fot. Damian Laskowski)

– Czy miałeś jakieś momenty kryzysu? Albo strachu? Takie, w których obawiałeś się o swoje życie?

– Były takie momenty. Na przykład w Parku Narodowym Lemmenjoki znalazłem się w bardzo nieprzyjemnym, ponurym i klaustrofobicznym miejscu. Był to sześciokilometrowy kanion, który prowadził do rzeki Lemmenjoki. W najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że jego przejście zajmie mi trzy dni. Zapadałem się w śniegu po kolana, a za mną moje sanki. W dodatku musiałem szukać drogi między drzewami, krzakami i zaroślami w nierównym terenie.

Drugim takim momentem była noc na jeziorze Inari, kiedy to rozbiłem namiot na lodzie. Dźwięki, które dochodziły spod tafli były przerażające. Myślałem, że lód pęka pod moim namiotem. Naprawdę najadłem się strachu, to była nieprzespana noc.

– Czy spotkałeś na swojej drodze dzikie zwierzęta? I czy wiązało się z tym jakieś zagrożenie dla Twojego zdrowia, lub życia?

– Przed wyjazdem obawiałem się zwłaszcza spotkania z rosomakiem, bo to bardzo agresywne zwierzę. Niedźwiedzie w marcu pozostają jeszcze w zimowym śnie. Ale widziałem jedynie padlinę i jak mniemam, był to wilk po spotkaniu z rosomakiem, a cała sytuacja miała miejsce we wspomnianym wcześniej kanionie. Oprócz tego na swojej drodze spotkałem dużo reniferów, ale ich obecność wywoływała jedynie mój uśmiech.

– Wspomniałeś o swoich planach na kolejne wyprawy. Czy możesz zdradzić, dokąd wybierasz się w przyszłości? I czy znowu będzie to zimowa wyprawa?

– Planów jest mnóstwo. Na pewno chcę kontynuować „zabawę” w polarnictwo. Krok po kroku, coraz śmielej. Ale tak jak już wspomniałem, nie będę zamykał się w jednej szufladzie. Na konkrety jeszcze za wcześnie. Powiem tylko, że w sierpniu wybieram się do rzadko odwiedzanego miejsca na Islandii. I tym razem nie będzie to wyprawa samotna.

– Dzięki za rozmowę. Powodzenia!

Bartek Borys


Historyk, miłośnik podróży z plecakiem. Planuje kolejną wyprawę w dzień powrotu z poprzedniej, uwielbia być w drodze. Od czasu do czasu wrzuca zdjęcia na My Point of View.

Komentarze: Bądź pierwsza/y