Za godzinę wyjeżdżam…


Anna Jezierska


Kolejny głos w dyskusji na temat tego, kim jest podróżnik w dzisiejszym świecie. Dobra lektura z kubkiem gorącej herbaty w dłoni w zimny, grudniowy wieczór. Albo po prostu źródło inspiracji. Oto historie trzech autostopowiczów.

Dawniej na podróż decydowali się tylko najodważniejsi i najbardziej wytrwali, dziś nawet chowający głowę pod koc w trakcie burzy anorektyk może wyruszyć na drugi koniec świata. Kobietę ze szklanego ekranu, która po nieudanym dniu w pracy stwierdza, że jej dotychczasowe życie było pasmem niepowodzeń, w pośpiechu pakuje walizkę i w szpilkach biegnie na lotnisko w ostatnim momencie kupując bilet do Rzymu, trudno jest nazwać wielką podróżniczką. W XXI wieku każda osoba posiadająca więcej niż 200 zdjęć na Facebooku bez skrępowania w rubryce hobby wpisuje: fotografowanie. Tak samo jest również z innymi zainteresowaniami. Kogo zatem możemy nazwać Podróżnikiem?

Przełęcz we włoskiej części Alp.

Passo dello Stelvio. (Fot. Mateusz Madej)

Dla mnie,  najbliżej do tego tytułu są ludzie, którzy sami ustalają cel swej podróży, nie pakują godzinami walizek, nie szukają najbardziej korzystnej oferty biura podróży, nie martwią się też tym, kto pod ich nieobecność podleje kwiatki w mieszkaniu. Jedynym ich zmartwieniem jest to, czy uda im się trafić na przyjaznych kierowców. Plan podróży zwykle obmyślają biegnąc na autostradę, biorą ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy typu namiot i zapałki, a czas pobytu określają w przybliżeniu, bo nigdy nie wiadomo, co wydarzy się setki kilometrów później.

WOJTEK…

O północy 22-letni Wojtek, student AWF, wpada na pomysł wyjazdu do Madrytu. Dzwoni do znajomych pytając, czy ktoś miałby chęć wybrać się razem z nim. Kolega, którego właśnie obudził swym telefonem puka się głowę i myśli „jest wielki czwartek, normalni ludzie zdobią pisanki”. Wojtek mimo, iż nie lubi podróżować sam, tym razem nie ma wyjścia. W pośpiechu pakuje plecak, nie ma nawet czasu na to, żeby poczytać o ciekawych miejscach, które warto byłoby zwiedzić.

O 6-tej rano stoi już  przy wjeździe na autostradę. Kierowca, który zatrzymuje się  podwozi go do Niemiec. Tam spotyka kolejnego, który po drodze musi zatrzymać się we Francji, żeby rozładować towar. Wojtek pomaga mężczyźnie, w końcu są już kumplami. Mężczyzna w przeciwieństwie do Wojtka słabo mówi po angielsku, jednak to nie stanowi przeszkody w komunikacji. Wystarczy mieć trochę chęci – wiele rzeczy można przecież wyrazić niewerbalnie.

W Walencji Wojtek spędza parę godzin na poszukiwaniu kierowcy jadącego do Madrytu. Noc spędza na ławce obok stacji benzynowej. Kolejnego dnia znajduje kierowcę, który jedzie do Madrytu. Jest niedziela wielkanocna, w Polsce pada deszcz, a on właśnie dotarł do stolicy Hiszpanii.

W podróżowaniu jest coś co trudno wyrazić słowami. Takie uczucie, że jesteś zdany tylko na własne umiejętności. Gdy wyruszam w podróż zapominam o tym co się dzieje obok mnie, o tym co będzie. Liczy się tylko tu i teraz. Kiedyś pewien facet, z którym jechałem powiedział, że jestem szalony, bo on na moim miejscu wolałby zostać w domu i uzbierać na bilet lotniczy i nocleg. Myśląc w ten sposób pewnie nie zwiedziłbym większości miejsc. Ludzie lubią sobie ułatwiać życie, ale to nie jest sposób. Każda podróż to próba charakteru i test wytrzymałości.

Wojtek już jako dziecko podróżował ze swoimi rodzicami. Mając 17 lat przejechał rowerem niemalże całą Polskę. Potem nadszedł czas na autostop. Z każdej swojej podróży przywozi mnóstwo zdjęć  oraz sporządza mapę z zaznaczonymi miejscami w których był. W styczniu razem z kolegą wybrali się do Międzyzdrojów. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że pojechali tam rowerami z Wrocławia. Nad morzem szalał mróz, a oni spali na plaży w wykopanym dole, który chronił ich przed wiatrem.

Dla większości ludzi to co robię wydaje się szaleństwem. Wolą siedzieć w ciepłym domu i grzać kapcie, a potem będąc na emeryturze nagle uświadamiają sobie, że całe życie przesiedzieli w domu. Wtedy jest już za późno na pewne rzeczy. Teraz jest czas na szaleństwo. Ja zamiast marzeń, wyznaczam sobie cele. Marzenia mają to do siebie, że zwykle pozostają niespełnione, bo trzeba wstać na 6-tą do pracy, pada deszcz, boli nas głowa. Można wymyślić setki powodów, żeby zostać w domu.

Mimo iż Polacy zagranicą nie mają zbyt dobrej reputacji, to autostopowiczów zaliczyć można do innego, międzynarodowego grona poszukiwaczy przygód. Na widok ubranego w przetarte jeansy i t-shirt chłopaka dźwigającego olbrzymi plecak, wielu kierowców uśmiecha się przyjaźnie. Znikają wtedy stereotypy związane z określoną narodowością. Szczególnie przyjazną grupą są kierowcy tirów, którzy sami siebie określają ludźmi drogi. Jadąc z jednym z nich o wiele łatwiej jest dostać się do upragnionego miejsca, ponieważ są ze sobą skomunikowani i bardzo często zdarza się, że wysiadając z jednego samochodu obok czeka na nas drugi.

 KAMIL…

Starszy o dwa lata Kamil, student Politechniki, podróżowaniem na tzw. „stopa” zaraził się już jako 14-letni chłopak, będąc w harcerstwie. Starsi koledzy podróżowali tak od dawna. Pewnego dnia jeden z nich zabrał ze sobą Kamila.

Mieliśmy wtedy szczęście, bo już po paru minutach udało nam się zatrzymać kierowcę, który jechał w naszą stronę. Wtedy pomyślałem, że skoro tak łatwo jest zwiedzić całą Polskę nie wydając przy tym ani grosza, to może by tak spróbować wyjechać w ten sposób zagranicę. Rok później z tym samym kolegą pojechaliśmy do Niemiec, Norwegii i na Ukrainę. I tak to się zaczęło…

Kamil mieszka na wrocławskim trójkącie. Twierdzi, że zanim wyruszy się w drogę do obcego kraju, należy najpierw poznać to co nas otacza. Wrocław zna jak własną kieszeń. Po mieście najczęściej podróżuje rowerem. Patrząc na jego rękawiczki, które zawsze zakłada do jazdy oraz światło przyczepione do tylnej kieszeni spodni nie trudno odróżnić go od niedzielnego rowerzysty, który z braku innych rozrywek wyjmuje swój zakurzony rower.

Gdyby nie moja matka, która zapisała mnie do harcerstwa, pewnie siedziałbym teraz na trzepaku i otwierał kolejną puszkę piwa. Miałem to szczęście, że w porę dostrzegłem, że nie trzeba mieć Ojca w wielkiej korporacji, żeby marzyć o wielkich rzeczach i obrazy z książek poznawać empirycznie.

Hasłem przewodnim autostopowiczów jest podróż za jeden uśmiech. Nie potrzebują pieniędzy, aby przetrwać w obcym kraju. To sprawia, że wszystko wydaje się niemalże na wyciągnięcie ręki, znikają granice wydzielone banknotami. Można poczuć, że wszystko zależy od nas samych i siły naszego charakteru. Jednak nie do końca jest to prawdą…

Czasami zdarza się, że ktoś jedzie za szybko. W takich momentach zwykle staram się delikatnie dać do zrozumienia, że chciałbym wysiąść. Nie liczy się to, żeby dojechać w najkrótszym czasie, najważniejsze jest bezpieczeństwo. Para znajomych zginęła na miejscu wracając z Portugalii, bo kierowca przecenił swoje możliwości jadąc o wiele za szybko. Od tamtego czasu jestem ostrożniejszy. Zatrzymując auto, na początku przyglądam się twarzy kierowcy. Sprawdzam, czy w razie ewentualnego nieporozumienia mógłby być silniejszy ode mnie. Trzeba brać pod uwagę fakt, że to są zupełnie obce osoby, które często jadą w niewiadomym celu. Ja też jestem dla nich obcym człowiekiem, więc istnieje spore ryzyko. Czasem jednak zdarzają się ludzie, którym można zaufać od razu.

Każdy ma jakiś sposób na przekonanie do siebie kierowców. Kamil w momentach zbyt długiego postoju, staje na rękach. Podczas miesięcznej podróży po Norwegii, jechał 49 autami. Ostatnim kierowcą, którego rozbawił ten widok był John, który razem z trzema dobermanami jechał do małej miejscowości znajdującej się 60 kilometrów od stolicy. Mężczyźni od razu odnaleźli wspólny język. John pomógł Kamilowi znaleźć pracę w Norwegii i dał jemu klucze do swojego domu, w zamian za opiekę nad psami.

Na początku sądziłem, że to jakiś podstęp, bo wiele słyszy się o takich na pozór aktach dobroci, które potem okazują się schowanym do plecaka woreczkiem z amfetaminą. John okazał się jednak niezwykłym człowiekiem. Takich ludzi jest więcej.

Zachód słońca nad morzem

W takich momentach Marcin czuje, że może wszystko. (Fot. archiwum Marcina)

 MARCIN…

Słuchając opowieści chłopaków można oderwać się od rzeczywistości, jednak jest to złudne. Upadki tuż przed metą bywają bardzo bolesne, nie tylko dla ciała. 30-letni Marcin podróżuje od dwunastu lat. Na swej mapie ma zaznaczonych ponad sześćdziesiąt miejsc, do których dostał się autostopem lub rowerem. Podczas jednej z podróży miał wypadek rowerowy. To sprawiło, że  musiał zrezygnować z wyjazdów na rok.

To było takie ostrzeżenie od losu. Wcześniej sądziłem, że jestem nieśmiertelny i mogę wszystko. Ten dzień pamiętam jak przez mgłę. Byłem wtedy w Irlandii. Pamiętam tylko upadek na asfalt. Obudziłem się w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu, cały poobijany, ze złamaną nogą. Do dziś nie jestem w stanie przypomnieć sobie jak to się stało. Musiałem zasłabnąć. To był straszny cios. Byłem wtedy zły na siebie, na tą głupią ideę zwiedzenia całego świata.

Marcin wychowywał się bez ojca, w dzieciństwie był jak to sam określa małym popychadłem, z którego śmiano się w szkole. Do tego wszystkiego dochodziła nadopiekuńcza matka, której ciężko było się przeciwstawić.

W pewnym momencie nadchodzi taki czas, kiedy musisz stanąć przed lustrem i spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy. Zwykle oszukujemy się twierdząc, że przecież inni mają gorzej. Byłem przerażony, ale stwierdziłem, że nie chcę do końca życia czuć się gorszy od innych facetów. Oczywiście nie było mowy o tym, żeby  zacząć trenować boks i zdobywać mięśnie na siłowni. Trzeba być jednak realistą. Stwierdziłem wtedy, że przecież mogę być tak samo twardy, a nawet jeszcze bardziej od nich. Męskość to przecież przede wszystkim charakter. Matka z ogromnym bólem serca zapisała mnie na tzw. obóz przetrwania. Naszym opiekunem był wojskowy. Śmiał się ze mnie, że ruszam się jak panienka. Codziennie pokonywaliśmy dziesiątki kilometrów na pieszo. Wtedy zrozumiałem, że może faktycznie nie jestem aż tak silny jak inni chłopcy, ale w momencie, gdy ktoś nie zgasił ogniska i jeden z namiotów zaczął płonąć, tylko ja nie straciłem zimnej krwi.

Rok później, mając 16 lat Marcin wyjechał w swoją pierwszą podróż rowerem. Dotarł tylko do Niemiec, bo był zbyt zmęczony, żeby jechać dalej. Stwierdził wtedy, że musi zacząć trenować. Od tego czasu codziennie jeździł rowerem. W wieku 18 lat wyruszył w swoją pierwszą podróż autostopem.

Do dziś pamiętam wzrok matki, gdy mówię jej, że jadę do Paryża. W jej oczach było przerażenie. Gdy cały i zdrów wróciłem była ze mnie dumna, choć oczywiście nie dawała tego po sobie poznać. Wtedy wyznaczyłem sobie cel – zwiedzić całą Europę, a później świat. Wiem, że brzmi bardzo banalnie i hasło to słyszy się w co drugim filmie, ale mam przed sobą jeszcze dużo czasu. Wcześniej podróżowałem po to, aby pokonać strach. To tak jakby założyć kaptur na głowę, zatkać uszy i wjechać do ciemnego lasu odliczając czas, który nam pozostał do końca podróży. Z czasem zdjąłem kaptur i zacząłem zachwycać się tym, co po drodze omijam. Poznałem wiele wspaniałych ludzi od których nauczyłem się stawiać bardziej pewne kroki. W Irlandii spotkałem mężczyznę, który był sparaliżowany. Wcześniej był pływakiem. Kariera sportowca stała przed nim otworem. Podczas jednej imprezy, chcąc zaimponować dziewczynie skoczył na główkę z balkonu do basenu. Nie udało się. Teraz jest po czterdziestce, od 5 lat gra w kosza i podróżuje sam na wózku. Widząc, że jest bardzo zmęczony chciałem mu pomóc, zaproponowałem, że pojedziemy razem na stopa. Odmówił, powiedział, że nie jedzie zwiedzać świata. Chce tylko nabrać szacunku do samego siebie. Nie wiedziałem co odpowiedzieć.

* * * * *

Każdy z bohaterów ma inny cel. Wojtek w przyszłości chciałby otworzyć własną działalność związaną z podróżami, dzięki której nie tylko mógłby robić to co sprawia mu największą przyjemność, ale również zarabiać.

Kamil nie znalazł do tego pory swojego tzw. jednego miejsca na Ziemi, do którego chciałby zawsze wracać. Podróżuje po to, żeby w przeciwieństwie do innych ludzi sam móc wybrać miejsce, w którym się zestarzeje.

Dla Marcina podróżowanie stało się męską szkołą życia. Takich osób jest coraz więcej. Nigdy nie wiemy, czy naciskając hamulec nie stajemy się świadkami czegoś niezwykłego.

Zachód słońca

Nie cel, a droga jest ważna. (Fot. Mateusz Madej)

Anna Jezierska


Komentarze: 2

netka 11 grudnia 2012 o 12:47

Zawsze fajnie się czyta o ludziach, którzy robią to co lubią i chcą, mają odwagę. Więc powodzenia chłopaki i gratulacje :) Z drugiej strony (to chyba bardziej do autorki tekstu?) nie rozumiem w jaki sposób „niemartwienie się o to kto podleje kwiatki w domu podczas nieobecności” definiuje bycie prawdziwym podróżnikiem. Bo jak ktoś poprosi o podlanie i podczas podróży nie uschną to jakaś gorsza kategoria? :) Albo założenie, że jeżdżenie autostopem jest lepsze od zarobienia na bilet. Albo jeżdżenie w rękawiczkach rowerowych w jakiś tam sposób szereguje Cię wyżej w hierarchii rowerzystów (w zestawieniu z niedzielnymi rowerzystami wyjmującymi swój zakurzony rower „z braku lepszych rozrywek”). Ja tam bym polemizowała… :) Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszych podróżach :)

Odpowiedz

KoNrad 13 grudnia 2012 o 18:48

„John okazał się jednak niezwykłym człowiekiem. Takich ludzi jest więcej”.
Takich ludzi jest naprawdę sporo! Sam miałem okazję się o tym przekonać podczas moich autostopowych podróży. :)

Odpowiedz