22 listopada 2009

Wyprawa Liban 2008 (II)

04.02.2008

Motywacja do szybkiej pobudki była tuż, tuż. Z domku rozpościerał się kojący oczy widok na Morze Śródziemne. Przyjemności kąpieli nie sposób opisać, a słońce tego dnia przypiekało mocno. W swoim tempie podążamy ku centrum fenickiego miasta Byblos. Po drodze mnóstwo warsztatów samochodowych, zaśmieconych oponami dolinek i zagłębień, drzewa pomarańczowe, bananowce, dojrzewające cytryny.

wyprawa_liban_2008_3Centrum miasta przypomina wspaniale utrzymaną starówkę jakiegoś europejskiego miasta. Nad nią dominują ruiny zamku Krzyżowców z XII wieku z których rozpościera się widok na wzgórze świątyni Baalat Gubal z ok. 2800 r.p.n.e, gdzie kwitł kult boga słońca Baala. Byblos to miejsce zamieszkiwane na stałe od czasów neolitycznych, czyli około 9000 lat przed Chrystusem. To tu wynaleziono alfabet fenicki, który dał początek wszystkim alfabetom w Europie i w Indiach, również alfabetowi arabskiemu.

Słońce wygrało w naszymi zapędami poznawczymi. Mimo, że to zima, trzeba szukać mniej eksponowanego na żar miejsca. W Libanie można zawsze napić się świeżo wyciskanego soku i warto z tego korzystać. Przy filiżankach bardzo mocnej kawy zaplanowaliśmy kolejny cel – pierwsza lepsza, mała miejscowość w drodze na północ. Plan jednak został zmodyfikowany z równie wielką szybkością, jak go wymyśliliśmy. „Mała miejscowość” ma tu nieco inny wymiar. Z okien pędzącego busa ukazał się widok jakiejś potężnej fabryki i jak zwykle wszędobylskiego blokowiska. Mimo, że kierowca oznajmił koniec podróży dla nas, mówimy aby jechał dalej. Wysiadamy w miejscu, gdzie zaczyna się droga w świat śniegu. Zamiast wyimaginowanej plaży pniemy się w górę zdezelowanym mercedesem, którego kierowcą jest bardzo sympatyczny, straszy Ormianin. Za oknem widać potężne rezydencje i pojawia się pierwszy śnieg. Odczuwamy przenikliwe zimno.

Jesteśmy w kurorcie narciarskim w Bcharre. Stąd już całkiem blisko do libańskich cedrów oraz na najwyższy szczyt Qornet as Sawda. Właścicielem potężnego hotelu Palace jest Wenezuelczyk Eduardo. Ten około 70 letni jegomość wzbudza nieskrywaną sympatię. Chce mówić tylko po hiszpańsku, więc przystajemy na obustronną możliwość odświeżenia tego pięknego języka. Otrzymujemy apartament, który robi wrażenie… również z powodu panującej w nim temperatury. Otacza nas 5 stopni Celsjusza. Rozpaczliwym rozwiązaniem staje się nagrzanie w pokoju… parą wodną spod prysznica. Coś za coś – cieplej ale wilgotno.

Na pocieszenie pozostaje chłodzone piwo oraz szalona kreskówka o babci z dziadkiem, którzy mieszkali na pustkowiu ze swym kotem. Kot sprowadzał na nich tak nieoczekiwane zdarzenia, że moja fantazja i pamięć nie jest w stanie przypomnieć sobie czegokolwiek. W środku nocy nastąpiła gwałtowna pobudka – pomyślałem, że to może nawoływanie z meczetu lub jakiś alarm. Okazało się, że niechcący zaprogramowaliśmy telewizor, aby się włączył.

05.02.2008

Wczesna pobudka i jak najszybsze opuszczenie lodowatego pokoju. Trzeba dojechać do bazy narciarskiej, skąd zamierzamy iść ku najwyższemu szczytowi Libanu. Taksówkarze nieugięcie targowali sumę i w końcu za 10 dolarów ruszyliśmy po spiralnej drodze, mijając marne stanowisko cedrów libańskich. Miała to być super atrakcja, ale czasem lepiej nie zjeść kremówki w Wadowicach lub nie zachwycić się cedrami…

O 9.25 wystrzeliliśmy w górę wzdłuż wyciągu narciarskiego. Amatorzy białego szaleństwa czynili znaki krzyża, widząc nasze zapędy. Po dwóch godzinach udało się osiągnąć przełęcz i zarazem najwyższy punkt, gdzie dojeżdża wyciąg (2800 m.n.p.m.). Nie było łatwo, ale największe trudności miały pojawić się w kolejnych etapach brnięcia ku niewiadomemu. Szlak wyznaczają ślady skuterów śnieżnych. Na jednym z nich pruł francusko – libański patrol. Żołnierze odradzili tą eskapadę z uwagi na dużą warstwę puchu i brak rakiet śnieżnych. Mimo to, oceniając sytuację, stawiamy kolejne, coraz cięższe kroki. Wokół biel, błękit i słońce podstępnie palące skórę. Nogi grzęzną w topiącej się pokrywie. Każde zejście z toru powoduje zapadnięcie się po pas, a stopy nadal nie czują twardego gruntu. Cztery godziny śnieżnej orki, a punktu mogącego być szczytem Qornet as Sawda nie widać. Spłycone oddechy i zachodzące słońce nakazują wracać do bazy.

Godzina 18.00 wyznaczyła koniec ciężkiego dnia. Rozglądamy się za jakimkolwiek środkiem transportu. Tymczasem widzę niecodzienny i trzeba przyznać makabryczny widok… Na śniegu leży odcięta głowa psa. Na grubej pokrywie śnieżnej siedzi szczenię i wpatruje się w dal. Z innej strony nadchodzi inny, wielki, jasny pies. Węszy i zwraca się w kierunku leżącej głowy. Trudno domyśleć się, co się stało.

Pracownicy kurortu bez problemu odwożą nas Ładą Nivą do Bcharre i nie chcą słyszeć o zapłacie. W pokoju hotelowym niezmienne zimno. Ciałem wstrząsają dreszcze, a twarze płoną. Słońce dokonało swego, a najbliższe dni będą cierpieniem dla twarzy i rąk. Edmond zaprasza nas na zaplecze kuchni swej portierni (jest on i właścicielem i portierem). Okazuje się, że nasz dobroczyńca jest wielokrotnym mistrzem Libanu w zjeździe na nartach. Uwielbia też naszego Adama Małysza i nie jest dla niego tak surowy, jak jego rodacy. Zupka chińska ma wspaniały smak. Zwykła herbata nabiera mocy w ekstremalnych warunkach. Wczoraj kąpiel w transparentnych wodach Morza Śródziemnego, a dziś niemal antarktyczne zmagania. Co za kraj… Czas spać. Dobranoc.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Marcin Michalski

Marcin Michalski

Na co dzień pedagog specjalny - zajmuje się osobami z autyzmem. Praca do łatwych nie należy, więc czasem udaje się to tu to tam i snuje przemyślenia na temat odwiedzanych miejsc.
Podobne artykuły
Wyprawa Liban 2008 (I)

Wyprawa Liban 2008 (I)

To była krótka, lecz niezwykle emocjonująca wizyta. Liban okazał się gościnnym miejscem, jednak gdzieś w głębi pulsowało napięcie. Niedługo po moim powrocie zaczęły się walki......
Wyprawa Liban 2008 (III)

Wyprawa Liban 2008 (III)

Nadszedł czas rozstania się z wysokogórską przygodą. Bcharre okazało się być spokojną przystanią. Po serdecznym pożegnaniu z Edmondo idziemy po raz kolejny na miejscową pizzę. Można śmiało powiedzieć, że właściciel wkłada całe serce w proces przygoto...
Zrozumieć Iran (cz. II): Shiraz, Zatoka Perska i Esfahan

Zrozumieć Iran (cz. II): Shiraz, Zatoka Perska i Esfahan

O co najczęściej pytają Irańczycy? Po co Ali trzyma w wersalce kałasznikowa? Jak dołączyć do ekskluzywnego klubu trekingowego i dlaczego studenci z Esfahanu jeżdżą w Góry Zagros? Tego dowiecie się w drugiej części relacji Maksa z samotnej podróży prz...
Liban – bliskowschodnia mozaika

Liban – bliskowschodnia mozaika

Chciałoby się rozpocząć: Liban jaki jest, każdy widzi. Nie dlatego, że każdy go widzi, bo nawet na Google Earth trudno coś ujrzeć, lecz dlatego, że Liban widzi się po prostu. Ameryki tu nie odkryję, analizy kulturalno-geograficznej nie przeprowadzę, ...

Komentarze: 1 »

  • online

    Tak, pewnie tak jest

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele