Wyprawa Liban 2008 (II)
Dzień wymknął się spod kontroli. Po tradycyjnej wymianie gestów i pochrząkiwań z Panem Mehanna udaliśmy się w teren. Tego dnia wojsko bardzo pilnie kontrolowało każdy samochód. Trudna misja. Prawdopodobnie otrzymali komunikat o podejrzanym aucie. Spojrzenie wystarcza, by puścić kierowcę dalej. Czasem zdarza się, że trzeba zjechać do gruntownej kontroli.
Straszny zgiełk panuje na ulicach Bejrutu, a z niego wyłania się starszy jegomość z zapytaniem „czy w czymś pomóc”? Zapytałem go, co oferuje. Oferta była taka: on lubi poznawać nowych ludzi, a my wyglądamy na takich, którzy nie mają ścisłego planu, co robić tego dnia (miał w pełni rację) Pomyśleliśmy – a co tam! Zabraliśmy nasze wielkie bagaże z hostelu i ruszyliśmy jeepem z pełną opcją wyposażenia w nieznane.
Nasz nowy znajomy to właściciel kilku kwiaciarni i właśnie do jednej z nich udaliśmy się. Były po drodze czarne żarty, że kto wie? Może już wykonał telefon, że ma klientów z narządami do pobrania… Oczywiście musiał on wzbudzić na tyle duże zaufanie, że odważyliśmy się na ten rajd. Po drodze poszliśmy do kościoła. Wielu ludzi się mu kłaniało, więc to pozwoliło nam zostawić go w wozie z naszym dobytkiem. Ksiądz prowadził mszę tyłem do zgromadzonego tłumu. Wszystko poza tym wyglądało podobnie. Jakaś staruszka syknęła ze złością, gdyż zahaczyła o wystający obiektyw mego aparatu.
Nasz nowo poznany kompan zgodnie z umową czekał. Ruszyliśmy do jednej, następnie do docelowej kwiaciarni, która była prowadzona przez trzech panów. Wzbudzał on w nich duży szacunek. To nie był respekt, a to świadczy, że wstępnie dobrze rozpoznaliśmy tego człowieka. Po drodze wypytał nas, czym się zajmujemy. Mnie z uwagi na pracę zaproponował udział w przyszłościowym projekcie – marzy o założeniu „Instytutu dla szczęśliwych ludzi”. Dziwne to, ale rzeczywiście wiele humanistycznego ducha w nim się tliło.
Gerard miał tego dnia trudniejszą misję. Okazało się, że zajmuje się on projektowaniem czegoś, co jest produkowane w Niemczech dla Forda. Jak się można domyślać, jedną z czołowych pozycji w tejże niemieckiej firmie sprawuje syn naszego znajomego Pana George’a Hanny. Tak więc zagrzał się eter od rozmowy pomiędzy Libanem a Niemcami. Pan George zamówił dużo jedzenia i zapoznał nas ze swym kolejnym synem, który mimo około 25 lat został czule pocałowany w głowę.
Syn odziedziczył po ojcu żyłkę przedsiębiorcy. Pokazał nam zdjęcia z budowy potężnego kompleksu turystycznego na jałowym, przybrzeżnym kawałku ziemi. Ojciec był dumny z dokonań swego dziecka. Na koniec bardzo miłego spotkania poprosił swego kierowcę, by odwiózł nas do Jeita Grotto – kilkadziesiąt kilometrów od Bejrutu.
To, co ujrzały nasze oczy było niczym sen. Wewnątrz niczym nie wyróżniającej się góry, wskutek systematycznej działalności wody i czasu powstał cud natury. Wejście do groty najeżonej stalaktytami i stalagmitami przeniosło nas w inny wymiar. Nasza Jaskinia Raj jest również nieopisanie piękna, ale Jeita Grotto ma niezwykły rozmach i majestat.
Druga odsłona groty, to położona niżej jaskinia z kilkusetmetrowym odcinkiem, który przemierza się łodzią. Na terenie kompleksu znajduje się również zoo, ale jako miłośnik zwierząt mogłem się tylko bardzo zdenerwować, widząc osowiałe i bardzo smutne zwierzęta zamknięte w niewielkich klatkach. Jedna z małpek zwróciła moją uwagę – jej oczy wyrażały jakiś nieopisany żal. Po chwili obróciła się i trzymając swój ucięty i zabandażowany ogon, spojrzała w moim kierunku, po czym oparła łepek na kamieniu i pogrążyła się w wymownym milczeniu…
Na parkingu usłyszałem polskie głosy. Jak się okazało, był to sekretarz ambasady polskiej w Libanie wraz z żoną. Zastanawiam się, jak to jest, że z pewnymi osobami można zawrzeć znajomość natychmiast i nie móc się nagadać mimo, że to dopiero pierwsze minuty wspólnej znajomości. Tak było w tym przypadku. Oboje są bardzo miłymi, ciepłymi ludźmi, którzy moją sympatię zaskarbili sobie krótką historią. Będąc z Iraku i Afganistanie znaleźli dwa psy, błąkające się po pustyni. Od tego czasu zwierzęta te są towarzyszami ich życia, a w niedługim czasie miały odbyć swój pierwszy lot samolotem – ku polskiej ziemi.
Konieczne było przerwanie dyskusji, gdyż słońce zaczęło znikać za górami. W trakcie drogi powrotnej, kierowca sfatygowanego mercedesa zaczął żywo gestykulować i wykrzykiwać słowa „teleferik”, „harisa”. Zupełnie nie wiadomo było, o co mu chodzi. Musiało to być coś bardzo ważnego, gdyż tym wskazywaniem na szczyt potężnej góry i wykrzykiwaniem wymiótł nas z taksówki, a my pod wpływem tej dziwnej sytuacji poszliśmy na poszukiwanie tajemniczego „teleferika”. Jak się okazało, była to kolejka na szczyt góry Harisy, na której znajdowało się narodowe sanktuarium Libanu, zwieńczone olbrzymią statuą Maryi.
Sanktuarium to jest dla Libańczyków tak samo ważne, jak dla Polaków Jasna Góra. W 1997 roku był tu Papież Jan Paweł II, który dodawał skrzydeł młodzieży libańskiej. Jakieś młode osoby wracające z owego miejsca kultu plunęły w naszym kierunku ze zjeżdżającego w dół wagonika. Wszystko wyglądało tu, jak w Europie – modnie wyglądający ludzie w bardzo dobrych autach. Gdyby nie obstawa tutejszego wojska, miejsce sielankowe. Rzut oka na panoramę Jounieh i czas jechać ku Byblos – cóż za szalony dzień…
Uśmiechnięta twarz kierowcy, który przemierzał kolejne kilometry z iście ułańską fantazją oraz jednoznaczny gest obwieściły, że to koniec naszej jazdy. Miało być Byblos, a jest „Jbeil”… Tak, czy inaczej – gdzieś jesteśmy i poradzimy sobie. Jacyś leciwi taksówkarze nie rozumieli kompletnie naszych intencji, ale w końcu jeden ze starych mercedesów wywiózł nas poza rogatki starego miasta. Camping był prowadzony przez komunikatywnego Egipcjanina i jego zupełne przeciwieństwo – miejscowego, znudzonego obsługiwaniem gości szefa tego przybytku.
Płacąc za miejsce w maleńkim domku nad samym brzegiem morza doszło do ciekawej sytuacji. Opłata za dwie osoby wynosiła 20 dolarów. Mój kompan podróży Gerard przekonany był, iż 20 dolarów… ale za osobę, co podchwycił znudzony do tego momentu szef. Obserwowałem jego targaną pokusą twarz. Nagły przypływ, mimo wszystko ledwie zauważalnego pobudzenia świadczył o toczonej walce wewnętrznej. „Skoro chce dać 20 dolarów za osobę, to dlaczego nie?… a może jednak wyprowadzić go z błędu? Ale jeśli tak zrobię, to stracę 20 dolarów… Jednak nie mogę ich stracić, bo nie są moje…” Ostatnia opcja zwyciężyła i 20 dolarów zostało wymienionych na klaustrofobiczny domek.
Dzień, mimo, iż dawno zakończony nie byłby pełny bez nocnego zwiedzania najbliższego otoczenia. Padło na lokal przypominający stację benzynową. Trudno opisać jak wyśmienity smak ma libańska pizza. Przygotowany na naszych oczach przysmak w połączeniu z po prostu perfekcyjnym piwem Almaza zniknął w oka mgnieniu. Prowadzący ten sklep panowie podjęli dyskusję. Szybko można było się zorientować, że jesteśmy pośród zdeklarowanych zwolenników Hezbollahu. To był bardzo intensywny dzień, więc czas zaszyć się w domku i oczekiwać, co nazajutrz odsłoni płaszcz nocy.









Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



Tak, pewnie tak jest