Wyciągnąć muzyka spod prysznica, czyli przygody na Jamajce


Ola i Jacek Krzypkowscy


Ilość i różnorodność towarów jakie podróżujący z nami Jamajczycy usiłowali wnieść na pokład samolotu wzbudziła w nas najszczerszy podziw. W pamięci utkwił nam choćby ogromny wieniec ze sztucznych kwiatów, który jeden z pasażerów próbował upchnąć w bagażowym luku, ale słowo Wam dajemy, że było tego dużo więcej. Cała masa.

Dość powiedzieć, że wystartowaliśmy z prawie dwugodzinnym opóźnieniem. Zaś już chwilę później, donośny (na tyle, że pewnie nawet ukryci za antyterrorystycznymi drzwiami piloci zmuszeni byli go usłyszeć) okrzyk Jah! Rastafari! rozległ się nagle na pokładzie Boeinga upewniając nas, że na Jamajkę właśnie, a nie w jakimś innym kierunku lecimy.

Telewizor w pokoju hotelowym - zdjęcia z Jamajki

Typowe dla Jamajki zabezpieczenie hotelowego dobytku. (Fot. Ola i Jacek Krzypkowscy)

Ileśtam godzin później pani oficer z urzędu imigracyjnego długo i wnikliwie przygląda się naszym paszportom, w końcu obrzucając Olę badawczym spojrzeniem zadaje pytanie: Kochasz go?, uzyskawszy zaś pozytywną odpowiedź wbija nam upragnione pieczęcie obdarzając promiennym uśmiechem. Jesteśmy na miejscu.

Jako, że najtańszym środkiem transportu na wyspie jest route taxi (nazwa nieco myląca, gdyż pojazdy te kursują na z góry ustalonych trasach i z taksówką w europejskim tego słowa znaczeniu niewiele mają wspólnego), niezwłocznie na poszukiwanie takiegoż się udałem. Ustaliwszy, że route taxi zatrzymywać się pod lotniskiem nie wolno a kierowcy próbujący ten zakaz łamać są przez służby porządkowe skutecznie usuwani, wróciłem na naradę do pilnującej bagaży Oli.

Jak się okazało, podczas mej krótkiej nieobecności zdążyło ją już zagaić dwóch młodzieńców. To tak zwani rent a rasta, czyli po prostu chłopcy do wynajęcia. Tak jak wiele innych uboższych krajów, także Jamajka znana jest z seks-turystyki. W odróżnieniu jednak od destynacji azjatyckich gdzie udają się głównie spragnieni damskiego towarzystwa panowie, na Jamajkę przybywają panie.

Lord of Mercy!

Z uwagi na zbliżający się szybkimi krokami wieczór zdecydowaliśmy się skorzystać z licencjonowanej taksówki. Nie jest to tania zabawa, ale właściciel guesthousu, w którym zarezerwowaliśmy sobie nocleg zapewniał nas przecież, że to zaledwie kilka mil od lotniska. No cóż… O tym, że mieszkańcy tej wyspy mają lekko odmienne od naszego poczucie czasu (przysłowiowe wręcz jamajskie soon come, czyli niedługo oznaczać może tak pół godziny, jak i dwa tygodnie) już wiedzieliśmy; teraz okazało się, że i odległość pojmują jakby nieco inaczej.

Dojechawszy do „rynku” w Papine pan taksówkarz miał już szczerą ochotę się nas pozbyć, jednakże dość mocno przekrwione oczy miejscowych, którzy oferowali zdjąć z niego ten ciężar i podwieźć nas do miejsca przeznaczenia nie wzbudziły w nim widać zaufania.

– Nie zostawię was z tymi ganjamanami – stwierdził po krótkim namyśle i ruszyliśmy dalej. Płaczliwe Lord of Mercy! co chwilę wydobywające się z ust nie na żarty już zaniepokojonego taksówkarza mieszało się z dobywającą się z samochodowych głośników muzyką country (tak, tak – wbrew pozorom jest to wśród mieszkańców tej wyspy gatunek niezwykle wręcz popularny). W końcu, w całkowitych już ciemnościach, dotarliśmy na miejsce choć jego niezaprzeczalne piękno dane nam było docenić dopiero następnego ranka.

Jamajka - zdjęcie z tarasu

Widok z naszego tarasu. (Fot. Ola i Jacek Krzypkowscy)

Blue Mountains

Załogę uroczego (choć, co tu ukrywać, nieco zdewastowanego) drewnianego domku, stanowi para wielce wręcz oryginalna. Pełniący rolę kucharza, kelnera, sprzątaczki, recepcjonisty tudzież konsjerża (oj, tak – załatwić potrafił absolutnie wszystko) O., oraz właściciel tegoż przybytku F. O specyficznym poczuciu humoru tego ostatniego niech świadczy choćby oprawiony w ramki i powieszony dokładnie nad muszlą klozetową artykuł z Gleanera opisujący skazanie go za malwersacje podatkowe.

Zaś co do O., to choć rozpoczynając dzień od zapalenia monstrualnych rozmiarów skręta, sprawiał czasem wrażenie lekko nieobecnego, gotować potrafił wręcz fenomenalnie. To właśnie dzięki jego niezaprzeczalnym talentom mieliśmy okazję popróbować jamajskiej kuchni w najlepszym wydaniu. A wszystko to okraszone niepowtarzalną kawą Blue Mountains, za którą to w takiej Warszawie na ten przykład płacić trzeba niebotyczne wręcz pieniądze. Mniam.

Człowiek z pistoletami na Jamajce

Ot, taka sobie wycieczka do „centrum”.  (Fot. Ola i Jacek Krzypkowscy)

Z której strony by nie patrzeć, jesteśmy jednak jakąś atrakcją urozmaicającą leniwe życie wioski. Zjawiskiem na tyle wartym uwagi, że postanawia się nami zainteresować ktoś WAŻNY. Podczas kolejnej z naszych pieszych wycieczek do „centrum” (pozwalam sobie w cudzysłowie, bo to jednak tylko cztery pełniące funkcję handlową baraki) pojawił się młodzieniec z głową zwieńczoną imponującym full-capem ozdobionym napisem LOVE. Nie gadał za wiele, za to wiercił się niemiłosiernie…

Mimo, iż chłopak dokonywał cudów przeciągając się i drapiąc pod pachami, ja (w pełni wpisując się w rolę tępego białasa) dopiero po dłuższej chwili spostrzegłem to, na co jakże delikatnie próbował zwrócić nam uwagę – dwa pistolety tkwiące za paskiem jego spodni. Ot, taka mała demonstracja mająca nam uzmysłowić, kto w tej okolicy jest rzeczywistą władzą.

Uznawszy, że w niczym nie zagrażamy jego interesom oddalił się grzecznie, na dodatek życząc nam miłego pobytu. I tak oto proszę Państwa zawarliśmy znajomość z jamajskim Donem. Znajomość co tu ukrywać, raczej powierzchowną, a i sam Don (w jamajskim przynajmniej rozumieniu) z ligi był, hmm… okręgowej, ale w długie zimowe wieczory jest przynajmniej co powspominać ;)

Kingston na Jamajce

Kingston.

Kingston

Gdy zameldowawszy się w hotelu w Kingston (pełna kultura i klimatyzacja) rozważaliśmy co dalej, pojawił się pan dzierżący w ręku „oryginalne jamajskie rękodzieło”, w którego oryginalność już jakoś od początku mocno powątpiewaliśmy. Wymieniając ze sobą uwagi typu: No pewnie, że takiego badziewia nie damy sobie wcisnąć! Mowy nie ma! wrzucamy lód do zakupionego właśnie w recepcji rumu, bo wszak z niczym gościa odprawić nie wypada.

No i rozmawiamy. Dużo rozmawiamy. Do dziś nie wiemy jak to się stało, ale nie dalej jak parę godzin i butelkę rumu później siedzieliśmy wpatrując się nie w jedną, ale dwie świeżo nabyte drewniane płaskorzeźby. Mało tego – zdaliśmy sobie sprawę, że umówieni jesteśmy z nim na jutrzejszą wycieczkę po Kingston.

Maestro bajeru? Mistrz wciskania kitu? Wirtuoz omamiania? Nie przesadzajmy. Chyba po prostu fachowiec w swej dziedzinie.

Za to z rana…. Z godziny na godzinę coraz mniej tej znajomości żałowaliśmy. Na stacji benzynowej Morton, bo byliśmy już po imieniu, wynajmuje taksówkę (w Kingston taksówką jest praktycznie każdy samochód, choć osobom po raz pierwszy odwiedzającym Jamajkę serdecznie doradzamy korzystanie jednak z tych licencjonowanych) i ruszamy. Powiedzmy sobie szczerze: stolica Jamajki nie jest rajem dla miłośników zabytków. No chyba, że robią na kimś wrażenie takie nazwy jak „Orange Street”, „Youth Promotion” czy „Studio One”, a jak się Państwo domyślacie na nas robią.

Youth Promotion w Kingston

Youth Promotion. Na nas to robi wrażenie. (Fot. Ola i Jacek Krzypkowscy)

Morton jest człowiekiem, który nie tylko wie, gdzie wszyscy ukochani przez nas muzycy mieszkają. On potrafi wejść do środka!

Nie ma co ukrywać, gdyby nawet do domostwa naszego ulubieńca Sugara Minotta udało nam się dotrzeć, wycieczka ta zakończyłaby się zapewne pod drzwiami. Mortonowi zaś, który z całym poświęceniem walił w zamkniętą na głucho bramę, podciągał się na murze i donośnym głosem wszem i wobec oznajmiał, że Goście z Polski przyjechali! (tak jakby nasza wizyta dla szacownego gospodarza zaszczytem co najmniej być miała) bramę nie tylko sforsował, ale i samego muzyka spod prysznica wyciągnąć mu się udało.

Znane nam jakże dobrze z piosenek Trenchtown, robi rzeczywiście dość ponure wrażenie. Jeśli po drodze w ogóle pojawiają się jacyś ludzie to na dwójkę białych w taksówce rzucają spojrzenia raczej mało przyjazne. Na szczęście jest z nami Morton, mieszkaniec tej dzielnicy, który ręką daje znak, że białasy są pod jego opieką.

Nie obyło się też rzecz jasna bez odwiedzin u „znajomych królika” (w tym przypadku był to sklepik z pamiątkami położony w okolicy, w której samodzielnie mógłby się pojawić jedynie turysta całkowicie pozbawiony instynktu samozachowawczego). Jako ludzie z natury empatyczni zakupiliśmy kilka, wcale znów nie tak brzydkich, kartek.

Trenmchtown - niebezpieczna dzielnica Kingston, stolicy Jamajki

Owiane złą sławą ulice Trenchtown. (Fot. Ola i Jacek Krzypkowscy)

Rozstawszy się z Mortonem (przyznaję, iż nie do końca w całkowitej zgodzie, albowiem ten, widząc, jak bardzo jesteśmy zadowoleni umyślił sobie niewielką za swe usługi podwyżkę), postanawiamy wyruszyć na drugą stronę wyspy – do Ocho Rios.

Kłopot z tanim transportem na Jamajce polega na tym, że nikt nie widzi potrzeby szerszego informowania o tym skąd route taxi odjeżdżają ani też dokąd stamtąd wyruszają. By rozgryźć ten dość niejasny system konieczne są przewodniki lub też pomoc miejscowych. Wyczytawszy więc w nieszczęsnym Lonely Planet „gdzie, co i jak”, kręcimy się wokół dworca, ale owego „gdzie?” za nic zlokalizować nie potrafimy…

Nic to. Widząc dwójkę zagubionych jakby nieco turystów pojawia się pierwsza pomocna dłoń: – Ależ skąd, ktoś musiał wprowadzić was w błąd, busy do Ocho Rios stąd nie odjeżdżają, ale macie szczęście, bo ze mną możecie pojechać tam gdzie mają przystanek.

Ha, ha, dobra, dobra, wiemy, że stąd odjeżdżają – Lonely Planet przecież nie kłamie. Koniec końców, po kilku podobnych potyczkach o drogę pytamy dwie powracające z pracy (co łatwo dość poznać po noszonych przez nie z wyraźną dumą mundurkach) panie. Okazało się, że może i Lonely Planet nie kłamał, ale miał… lekko przeterminowane informacje. Do Ocho Rios rzeczywiście stąd nie dojedziemy, ale autobusem, powiedzmy „podmiejskim” możemy dojechać na pewną stację benzynową w Spanish Town, gdzie bez wątpienia transport do Ochi znajdziemy. Jedna z przemiłych pań nie tylko zaprowadziła nas na dworzec, wsadziła do odpowiedniego autobusu, powierzyła opiece kierowcy, ale także… kupiła nam bilety. Gdy wyciągnąłem portfel by dług ten uregulować natychmiast dostałem surową reprymendę: – Oszalałeś? Natychmiast to schowaj i to głęboko – jesteś na Jamajce!

Dwójka białych na tej akurat trasie była chyba widokiem raczej niecodziennym, gdyż zajęli się nami nie tylko poproszony o opiekę nad nami kierowca, jego potężnie zbudowany pomocnik (bardziej chyba ochroniarz niż kontroler biletów), ale i wszyscy pasażerowie. Nawet gdy dotarliśmy na miejsce, kierowca autobusu, którym przybyliśmy obserwował nas uważnie i ruszył z przystanku dopiero wtedy, gdy „przechwycił” nas naganiacz jednego ze stojących na stacji busów.

Czy oni aby trochę nie przesadzają? Czy rzeczywiście konieczne były te zdawałoby się nadmierne środki ostrożności? Odpowiedzi na te pytania znaleźliśmy w… gazetach. Będąc już na miejscu w Gleanerze przeczytaliśmy, że dokładnie dzień później, i to dokładnie na tej samej stacji benzynowej, miał miejsce napad na jeden z busów. Pasażerowie stracili pieniądze i telefony, zaś kierowca został zastrzelony na ich oczach.

Plaża na Jamajce - zdjęcia z podróży

Widoczek. (Fot. Ola i Jacek Krzypkowscy)

Ocho Rios

Droga z Kingston do Ochi obfituje ponoć w przepiękne widoki, ale podziwiać je mają szansę jedynie wybrani. Kierowcy route taxi mają zwyczaj ruszać w drogę dopiero wtedy, gdy upewnią się ostatecznie, że we wnętrzu ich małej toyoty nie zmieści się już absolutnie nic więcej. Miażdżony z lewej strony przez potężnych rozmiarów autochtonkę i przywalony własnym plecakiem zarejestrowałem jedynie, że wokół jest… bardzo zielono.

Pobyt w Ochi rozpoczęliśmy od odszukania budżetowego hoteliku, który namierzyliśmy w przewodniku. Okolica może i mało ciekawa, ale przybytek za to bardzo schludny. Przemiły gospodarz umieścił nas w pokoju położonym tuż obok swojego, serdecznie polecił na noc zamknąć rolety, oraz poinformował, że „w razie czego” mamy mocno walić w jego drzwi. Miło, prawda?

W pozbawionym klimatyzacji pokoju ciężko nam było zasnąć, a jako że atmosferę dopełniały dźwięki dobiegające z położonego tuż obok garażu, w którym kilku panów przez pół nocy próbowało „naprawić” uparcie nie chcący się wyłączyć alarm jakiejś luksusowej toyoty, zdecydowaliśmy się na nocnego drinka. Bar położony był na dachu takoż daleko nie mieliśmy. Choć klientów nie brakowało, dla tak miłych gości jak my miejsce znalazło się natychmiast, ba, odstąpione nam zostało nawet miejsce przy barze, co pozwoliło nam delektować się nie tylko zimnym Red Stripem, ale i karaibskim hardcore porno wyświetlanym ze stojącego tuż przed naszymi oczyma telewizora. No tak, nie mieliśmy już najmniejszych wątpliwości, że nasz hotelik pełni również, a może przede wszystkim, rolę miejscowego domu uciech.

Nie wyspawszy się specjalnie (dla pełni naszego szczęścia ktoś w nocy podpalił jeszcze walające się nieopodal hotelu opony), ale za to w dobrych humorach udajemy się do miasta. Miejscowi niezwykle wręcz mili, a chętnych tak do oprowadzenia nas po mieście jak i sprzedania nam narkotyków nie brakuje. Żyć nie umierać! Zakupiwszy od uczynnego pana mapę okolicy (jak słusznie się domyślacie, do dostania za darmo w każdym większym hotelu) ruszamy na zwiedzanie.

Mimo, iż jak pokazują statystyki, Jamajkę co roku odwiedzają niezmierzone rzesze turystów,
na swej dotychczasowej drodze nie spotkaliśmy ich zbyt wielu. Nie dziwota – gros z nich spędza czas w luksusowych hotelach, na prywatnych plażach, tudzież golfowych polach, a wyspę przemierzają w autokarach z przyciemnianymi szybami. Tutaj jest inaczej. To właśnie do portu w Ocho Rios przybijają kilka razy w tygodniu gargantuicznych rozmiarów statki wycieczkowe, z nich zaś wysypują się nieprzerwane pochody, głównie amerykańskich, turystów. I powiem Państwu, że nie jest to widok miły. Widząc co się dzieje rezygnujemy z zobaczenia kilku miejscowych atrakcji, w tym słynnych tutejszych wodospadów i postanawiamy się po prostu poszwendać, co wychodzi nam tylko na dobre.

Jako, że znane z turystycznych folderów rajskie plaże kryją się za wysokimi murami otaczającymi prywatne hotele, w ramach solidarności z miejscowymi (którzy dostęp do tych przybytków mają mocno ograniczony) podziwiać ocean wybraliśmy się przez dziurę wyciętą w metalowej siatce.

Podczas powrotu do Kingston dodatkowa i raczej nie związana z temperaturą kropla potu pojawia się na mym czole, gdy z tyłu autobusu dobiega nas głos: To białasy nie zapłaciły! Sprzedawca biletów widział jednak wyraźnie, że płaciliśmy i szybko lokalizuje pragnącego zaoszczędzić naszym kosztem gapowicza.

To chyba dobre miejsce by wyjaśnić państwu o co chodzi z tymi „białasami”. Otóż jamajskie określenie whitey, które usłyszycie nie raz i nie dwa podczas pobytu na tej wyspie, choć oznacza oczywiście osobę o białym kolorze skóry, w żadnym razie nie jest odpowiednikiem naszego pogardliwego „czarnucha”. W najgorszym razie ma ono wydźwięk lekko ironiczny i oznacza osobę powiedzmy, hmm… nieco mniej rozgarniętą. Cóż, naszym zdaniem nie ma co tu specjalnie się obrażać – z jednej strony Jamajczycy, tak jak chyba każda inna nacja na świecie, uważają się za naród o niebo bystrzejszy od pozostałych, z drugiej zaś, obserwując turystów wylewających się z wielkich statków wycieczkowych zawijających do portu w Ocho Rios wydaje się, że mogą mieć ku temu poważne powody…

* * * * *

PS. Przeczytawszy swe wypociny raz jeszcze, wyszło mi, że jakby nieco złowrogo to wszystko zabrzmiało. Bez obaw. Ostrożność warto zachować wybierając się nawet na wycieczkę do Wrocławia. Tej nigdy za wiele. Rzecz jasna nie ma co ukrywać, że Jamajka bryluje w statystykach przestępczości, niemniej zachowując minimum zdrowego rozsądku nic złego się Wam stać nie powinno. Nie pchajcie się po prostu w miejsca, w które was nie zapraszano. To piękny kraj i wspaniali ludzie.

Serdecznie chcący Państwa o tym zapewnić

Ola i Jacek

Ola i Jacek Krzypkowscy


Komentarze: Bądź pierwsza/y