Nowy Jork. O Chińczykach, Irlandczykach i Polakach


Patryk Szymański


W nowoczesnych wagonach nowojorskiego metra można zauważyć obrazek. Fragment kolorowej rzeczywistości, wklejonej w miejski chaos. Obrazek ten, autorstwa Sophie Blackall, przedstawia przekrój pasażerów metra.

Obok siebie tłoczą się dzieci wracające ze szkoły, matka z córką, turysta z zaciekawieniem spoglądający za okno, rybak, bezdomny z wyglądającym mu spod kurtki pieskiem, dwie zakonnice, Żyd, obładowana zakupami Azjatka, muzycy, uliczni artyści, pan z balonikami, zakochana para oraz przygarbiony, młody chłopak z słuchawkami na uszach, zapatrzony w ekran swojego telefonu tak intensywnie, że niemal słychać dźwięki gry, w której właśnie się pogrąża.

Nowy Jork. 20 milionów ludzi, dziesięć tysięcy osób na kilometr kwadratowy, ponad 800 języków. W metrze widzi się jednak twarze zamkniętych w sobie,  zapracowanych mieszkańców Wielkiego Jabłka. Ludzi, których oczy zasłonięte są ekranami smartphonów, a uszy zatkane słuchawkami. W wagonach nowojorskiego metra, w ciasnym i cichym tłumie, spojrzeć można w czterdzieści milionów oczu, dwudziestu milionów samotnych twarzy, z której każda posiada swoją wyjątkową opowieść. Nowy Jork, jedna ze Stolic Świata, ma pewną cechę charakterystyczną dla tak ogromnych metropolii – wszyscy tu są nowojorczykami, jednocześnie nikt nie jest stąd.

Chinatown jest otwarte na turystów i ich portfele. Nowojorskie pamiątki warto kupić tutaj, najlepiej targując się o możliwie najniższą cenę. Na ulicy zaczepiają nas naganiacze. Zegarek, naszyjnik, pamiątka. Lunch zjadamy w małym, raczej tandetnym, chińskim barze. Tutaj również czujemy ducha wszechobecnego, chińskiego tandeciarstwa – dostajemy nie to co zamawiamy! Jednak perspektywa kłótni z ledwo znającą angielski, lub przynajmniej udającą, że tak jest, azjatycką kucharką zniechęca nas do składania reklamacji.

Urok tej dzielnicy odczuwamy dopiero w Columbus Park, zielonym, wyposażonym w boisko do koszykówki skwerze, gdzie starsi Chińczycy wypoczywają słuchając swojej muzyki ludowej oraz grając w chińskie szachy. Na tarasie tutejszego pawilonu ktoś uprawia Qi-Gong, chińską gimnastykę leczniczą.

Trafiamy do buddyjskiej świątyni Mahayana, gdzie składamy niewielką ofiarę, za co obdarzeni zostajemy pomyślną wróżbą oraz odpalamy dwa kadzidełka i w ich dymie przyglądamy się modlącym się buddystom. Czuć tutaj błogi spokój, brak fanatyzmu oraz otwartość tutejszych mnichów.

Z tłocznych i gwarnych przecznic Chinatown wchodzimy w spokojniejsze Mulberry Street, ostatnią już ulicę tworzącą historyczne, a pożerane przez otaczającą je chińską dzielnicę, Little Italy. Pijąc kawę w jednej z tutejszych kawiarenek staramy się wyobrazić sobie włoskie gangi rządzące tymi ulicami jeszcze nie tak dawno temu. Próbujemy wejść w skórę Martina Scorsese, reżysera pochodzącego właśnie stąd, i jego spojrzeniem objąć okolicę, w której się wychował.

Dziś jednak Little Italy utraciło swój wyjątkowy charakter. Włosi wynieśli się stąd, a ci którzy zostali, próbują zarobić na sławie tego miejsca, odwiedzanego rocznie przez tysiące turystów. Najlepszym przykładem tego, jak zmienia się ta okolica jest fakt, że włoską kawę, we włoskiej kawiarni podali nam Portorykańczycy, a u wylotu Mulberry już zaczynają pojawiać się szyldy z chińskimi literami.

Cała okolica przesiąknięta jest wielokulturowością, tutaj stykały się kultury i narody, egzystowali ludzie, których bieda, wojna i nietolerancja wygnały z Europy. Jedna z kamienic przy Broome Street w fasadzie wyrzeźbioną ma twarz sędziwego mężczyzny – w zależności od lokatorów, raz był to Mojżesz, raz Garibaldi.

Dalej przy tej samej ulicy znajduje się dawny budynek kościoła San Salvatore. Była tu protestancka misja episkopalna, której celem było zwabienie Włochów wyznania rzymskokatolickiego obietnicą prowadzenia mszy w ich języku narodowym. Większość świątyń czyniła to wówczas po łacinie lub, ze względu na Irlandczyków, po angielsku. Dziś natomiast mieści się tu ukraińska katedra prawosławna.

Nowy Jork, Little Italy.

Kawiarnia w Little Italy. (Fot. Patryk Szymański)

W Little Italy znajduje się Stara Katedra Św. Patryka, niegdyś ostoja katolików z Włoch i Irlandii, którzy popadali w liczne konflikty z mieszkającymi w niedalekiej Lower East Side Żydami. Wysokie, kamienne mury kilkukrotnie chroniły Irlandczyków przed okresowymi wybuchami przemocy ze strony protestantów.

Dziś okolica jest dużo spokojniejsza, a zajmować ją zaczynają Azjaci. Przy bocznych murach katedry, od strony Prince Street, trafiamy w jedno z tych magicznych miejsc, które nigdy nie są opisywane w przewodnikach. Kilku artystów rozłożyło tu swoje stragany i sprzedają ręcznie przez siebie robioną biżuterię. Maestria wykonania zachwyca nas, podobnie jak ceny odstraszają. Ten mini targ odbywa się tu w każdy weekend pomiędzy kwietniem a październikiem.

Zwiedzając Midtown, na Broadwayu i w pobliskich alejach robimy zakupy: ubrania, książki, pamiątki. Na chodnikach mnóstwo ulicznych artystów próbujących zarobić pracą swoich rąk. Ręcznie robiona biżuteria, galanteria, malarstwo. Moją uwagę przyciągają mapy linii autobusowych Bronxu, na których flamastrem namalowane są ciekawe postacie. Ze szczególną uwagą przyglądam się jednej z nich, na której stoi raper z magnetofonem na ramieniu, podpisany imieniem Radio Raheem. Jako fan twórczości Spike’a Lee od razu rozpoznaję to imię. Radio Raheem to tragiczna postać z filmu Rób co należy, obrazu traktującego o rasizmie i rasowych uprzedzeniach.

Artysta, widząc moje zainteresowanie, podchodzi szybko. Typowy czarnoskóry luzak. Przybijamy piątkę.

– Yo, yo, chcesz kupić? – Zapewniam go, że bardzo mi się podoba to co robi ale nie stać mnie na takie rarytasy, bo jestem w podróży.

– Skąd jesteś? – pyta-

– Z Polski. – Na chwilę zanurza się pod swoim straganikiem, wyciąga kilka plansz malunków, tych jego zdaniem pewnie nieudanych. Pozwala mi wybrać jedną mówiąc: – Weź to za darmo, przekaż tylko ludziom w Polsce, jak wspaniali są nowojorczycy.

Doceniam prezent, który uważam za jedną z najciekawszych pamiątek jakie ze sobą przywiozłem. Nowojorczycy zaiste są wspaniali.

Innym razem, spacerując po SoHo, zaczepieni zostajemy przez dwóch czarnoskórych raperów. Chcą sprzedać nam swoje albumy. Odmawiam grzecznie, zapewniając, że ich muzyka z pewnością jest dobra, ale po prostu nie stać mnie na nią.

– Jesteś z Brooklynu? – poniekąd zostałem obdarzony komplementem dotyczącym mojej znajomości angielskiego.

Nie, z Polski– na twarzy rozmówcy widzę niezrozumienie. – Mógłbym posłuchać twojej płyty, ale gdyby była za darmo – odpowiadam z uśmiechem.

– Jest prawie za darmo.

Tak czy inaczej nie stać mnie na nią i przybijając sobie piątki rozstajemy się. Spotkanie z raperami nasuwa mi pewną myśl – tutejsi muzycy mają tupet, aby swoją muzykę wciskać przechodniom za pieniądze bez możliwości wcześniejszego przesłuchania. Być może to przyszłe gwiazdy pokroju Dr. Dre czy Ice Cube’a. Życzę im tego z całego serca, na mnie jednak nie zarobili.

W czasie naszego krótkiego pobytu niektóre z miejsc odwiedzaliśmy po wiele razy, kilka z nich wpisując w nasz rytuał dnia. Staraliśmy się otrzeć o nie, jeśli tylko była taka sposobność. Jednym z takich miejsc był Madison Square Park, w którym wieczory koronowaliśmy shake’ami, w którym też na telebimie, w otoczeniu nowojorczyków, śledziliśmy wyniki US Open. Moją uwagę zwrócił młody tenisista o nazwisku Thai Son Kwiatkowski – reprezentant Stanów Zjednoczonych.

W otoczeniu Madison Park stoi kilka ciekawych budynków. Przede wszystkim Flatiron Building, jedna z ikon Nowego Jorku. Oficjalna nazwa wieżowca to Fuller Building, a Flatiron to odniesienie do charakterystycznego kształtu budowli – słowo to oznacza żelazko. Obok niego Metropolitan Life Building z charakterystyczną wieżą zegarową oraz sąd, którego fasadę zdobią posągi wielkich prawodawców naszego świata, między innymi Mojżesza i Konfucjusza. Podstawa jednego z posągów jest pusta – stała tutaj podobizna Mahometa, jednak usunięto ją ze względu na zakaz przedstawiania wizerunku proroka w islamie.

Innym parkiem, w którym bywaliśmy często, głównie ze względu na położoną tu stację metra, był Union Square Park. Mieści się tutaj targ, na którym zakupić można świeże owoce i warzywa, kwiaty i pamiątki, my natomiast zaopatrujemy się w wino jednego z lokalnych wytwórców tego szlachetnego trunku.

W stacji metra przy Union Square karierę rozpoczynali Felice Brothers, jedni z moich ulubionych wykonawców folk-rocka. Scena nowojorskiego metra to dla muzyków nobilitacja, nie każdy może występować w miejskich podziemiach. Aby móc umilać pasażerom czas swoim graniem, należy w urzędzie zaprezentować się przed komisją istniejącą specjalnie po to, by prowadzić selekcję muzyków z metra. Można rzec, że nowojorski urząd transportu dba o poziom muzyczny na swoich stacjach.

Pewnego dnia, jadąc metrem pod Manhattanem, jesteśmy świadkami interesującej sceny. Do wagonu, śpiewając a capella, weszło czterech czarnoskórych mężczyzn. Wykonywana przez nich piosenka była naprawdę kapitalna. Tańcząc przeszli przez wagon z wyciągniętym kapeluszem zbierając po drodze nie małą kwotę pieniędzy. W Nowym Jorku dając ulicznym performerom mniej niż 5 dolarów narażasz się na ich realny gniew. Tutaj ulicznicy cenią siebie oraz to co robią. Dzięki muzyce przez chwilę na twarzach pasażerów metra widać było uśmiechy.

Patryk Szymański


Komentarze: 3

Patryk 29 kwietnia 2013 o 10:27

A tu kawałek Felice Brothers :-)

http://www.youtube.com/watch?v=3vJpBv1EEOg

Odpowiedz

Wiosna 14 maja 2013 o 9:12

Pewnie nigdy nie odwiedzę tego miasta, ale sposób w jaki zostało tu opisane powoduje, że ma się ochotę choć na jeden dzień to wszystko zobaczyć na własne oczy.

Odpowiedz

Europcar Polska 27 września 2013 o 22:43

Hey
kiedyś bylem w Nowym Jorku, ale tylko przez chwile. To jedno z tych miast, które pokazują nam kim jesteśmy. Fantastyczne miasto

Odpowiedz