W pogoni za szczęściem, czyli jak okrążyć świat z maluchem
Po trzecie – trzeba się po drodze zaprowiantować, zapieluchować, nawodnić itd…
Możecie być spokojni, prawie wszędzie jest prawie wszystko (i to taniej niż w Polsce, i prawie nie robi aż tak dużej różnicy) – może z wyjątkiem soku jabłkowego w Brazylii – którego tam w czystej postaci nie znaleźliśmy (tylko taki z soją – co kto lubi).
Czasem wybór nieco mniejszy, czasem nieco większy – ale pieluchy czy jakieś podstawowe produkty były zawsze i absolutnie wszędzie.
Fakt, że z jedzeniem bywa różnie, bo choć smacznie dla dorosłych to dla maluchów często zbyt pikantnie, zbyt mocno przyprawione itd. Inna rzecz to to, że motelowo/hostelowo/kampingowe życie w obu Amerykach czy na Antypodach zdecydowanie sprawę ułatwia (wszędzie praktycznie były w pełni wyposażone kuchnie, lub stanowiska do gotowania, podgrzewania). Można więc było juniorce ugotować pomidorową czy inny wynalazek.
Problemem była Azja, gdzie zwyczaj gotowania w hostelach/hotelach jest zdecydowanie mniej rozpowszechniony, a malezyjskie noł spajsy maj frend kończyło się paroma browarami celem ugaszenia ognia jaki buchał z otworu gębowego. Trochę czasu trwało nim znaleźliśmy „nasze” potrawy zjadliwe dla Marty – zawsze awaryjnie można iść do jakiegoś makdonalda czy pizzerii – ale kto jedzie do Azji, żeby wizytować przybytki wuja Ronalda?
- Posiedzenie Zarządu. Ruta de los Siete Lagos, okolice Bariloche, Argentyna. (Fot. Mariusz Jajesniak)
- Wieczorna toaleta damy. 90 Mile Beach, Północna Wyspa, Nowa Zelandia. (Fot. Mariusz Jajesniak)
Po czwarte – dziecko to bilet do lepszego, ciekawszego świata..
Ciekawego dla nas, ciekawego dla nich. Biała, blond dziewuszka uśmiechnięta od ucha do ucha jest zjawiskiem w oczach Meksykanów, Argentyńczyków czy Chiijczyków*. Wzbudza zainteresowanie, otwiera serca i drzwi do świata miejscowych. Nie to żebyśmy to bezczelnie wykorzystywali, ale fakt pozostaje faktem – naprawdę dzieciak na pokładzie zmienia wszystko. Zmienia nasz stosunek do otaczającego nas świata, zmienia stosunek tego świata do nas.
Mimo, że podróżowanie z dziećmi jest coraz popularniejsze to wciąż jest to margines całego „plecakowania/walizkowania”. Podróżując z maluchem, musimy przestać myśleć po fakcie (spanie, jedzenie), zacząć przewidywać, częściej się zatrzymywać, starać patrzeć na świat z poziomu 100 cm nad poziomem gruntu. Musimy zweryfikować plany poznawcze – bo na pewno nie uda nam się odwiedzić takiej ilości miejsc „must see” jak podróżując samemu.
Z drugiej zaś strony paradoksalnie dzięki temu możemy zobaczyć więcej i to w miejscach teoretycznie kompletnie nieciekawych (w LP ich na pewno nie znajdziecie). Musimy mieć czas dla siebie, na odpoczynek, na obejrzenie mrówek, na bębnienie patykiem po drzewach, na taplanie się z kolegą w fontannie, na puszczanie baniek.
Minusy? Nie zrobicie super zdjęć, bo jak będzie super światło to wy będziecie akurat karmić dziecko, oglądać bajkę, kolorować książeczkę, szukać noclegu albo robić coś Bardzo Ważnego (spać). Nie zaliczycie też kolejnej setki punktów z jednej, z książek, z serii „1000 miejsc do obejrzenia przed śmiercią”. Nie powłóczycie się po nocnych klubach. Nie zyskacie też sympatii swoich znajomych, którzy zawsze tłumaczyli się, że z dzieciakiem to najwyżej do Łeby albo Krościenka można pojechać…
Ale czy coś przez to tracimy? NIC! Absolutnie nic! Mimo, że zatrzymać musimy się w miejscu teoretycznie nieciekawym to po bliższym poznaniu ludzi i otoczenia – okazuje się, że jest ono równie fascynujące jak te opisane na pierwszych stronach przewodników. Widzimy coś, obok czego przebieglibyśmy w drodze na dworzec, stajemy się normalnymi ludźmi, normalną rodziną i tak jesteśmy postrzegani. W takie np. Ameryce Łacińskiej przestajemy być klasyfikowani do kategorii „gringo” – a to już jest COŚ.
*Z tym byciem „zjawiskiem” spotkaliśmy się też w Azji – ale miało to już zupełnie inne następstwa (i dla nich i dla nas). Każdy chciał Martę dotykać, ona się bała, ojciec choć cierpliwy i tak w końcu chciał komuś przylać bo się z łapskami do dziecka pchał przez stół w restauracji… Trzeba się po prostu przyzwyczaić – ja nie dałem rady przez miesiąc…
- Should I sit or should I go? Opera w Sydnej, Australia. (Fot. Mariusz Jajesniak)
- Amerowizja nad brzegiem Lago Nahuel Huapi. Bariloche, Argentyna. (Fot. Renata Jajesniak)
Po piąte – awaria – nierozerwalnie związana z dzieckiem – bez względu na długość i szerokość geograficzną…
Stłuczone kolana, obdarte łokcie, zasmarkany nos, podbite oko (ups… pomyliłem z rodzinną dyskusją) – to codzienność w domu – dlaczego więc miałoby być inaczej w podróży? Chorób wszelakich nie wspominam bo nam praktycznie żadna się nie przytrafiła, za to urazów mechanicznych mieliśmy „w normie” jak przystało na obywatelkę w trzecim roku swojego życia.
Jasne, że była seria szczepień przed wyjazdem, w kieszeni mieliśmy ubezpieczenie na wszelki wypadek (najbardziej obawialiśmy się USA gdzie za mały zabieg operacyjny można zapłacić kilkadziesiąt tysięcy dolarów) i ubezpieczenie to – ani razu nie zostało użyte i co najważniejsze przy następnym wyjeździe wykupilibyśmy je jeszcze raz. Może podróżując bez córki byśmy to rozważyli – ale w takiej konfiguracji jak my to robiliśmy – nigdy.
Po szóste – co nierozerwalnie wiąże się ze wspomnianym na początku Czasem – jesteśmy razem…
I nie jest to bycie „weekendowe”, nie jest to wykradanie godziny przed snem – kiedy wracamy z pracy a maluch jeszcze jest „na chodzie”. Spędzając z dzieciakiem dwadzieścia cztery godziny na dobę mamy niesamowitą sposobność uczestniczenia w niemal każdej chwili rozwoju naszej pociech, okazje do nauczania go świata w najlepszy znany nam sposób…
To bycie razem to poważna sprawa, którą należy sobie dobrze przemyśleć przed wyjazdem, po fakcie reklamacji nie przyjmuje się… I mimo, że takie cudowne w trakcie podróży to po powrocie ciężko wytłumaczyć – dlaczego tata musi iść do pracy (ulubiony tekst Marty – skolo potsebujemy pieniądze to idź tato do bankomatu)…
PS. Ponoć z drugim dzieckiem jest łatwiej bo już się człowiek dużo mniej przejmuje :)
PS2. Od redakcji: ponoć z drugim dzieckiem jest trudniej, ale można dać radę :)




