Jak się wybrać w podróż z dzieckiem dookoła świata? Czy to w ogóle możliwe? Przeczytajcie o tym, jak udało się zrealizować nasz projekt W Pogoni Za Szczęściem.

Czy Wasze dziecko też bardzo „lubi” słowo zaraz? Nasze uwielbia…. Ciekawe, kto go tego nauczył?

Wracamy z pracy, w kiepskim nastroju, kran cieknie, sąsiad robi parapetówkę (piąty raz w tym tygodniu), samochód nam ktoś zarysował, żona obrażona, a córka od progu woła Tato! pobaw się ze mną! Mogę bajkę? Poczytaj mi książeczkę! No i odruchowo odpowiadamy ulubione słowo na zet.

Pewnie są gdzieś rodzice idealni, multi-funkcyjni, hiper kreatywni, których nic nie rusza i na wszystko mają Czas. Cóż my niestety do nich nie należymy. Trochę trwało nim znaleźliśmy swoją receptę na powyższe, a wszystkich zainteresowanych ostrzegamy iż jest ona uzależniająca.

Po kolei (Peron 4 prosił o wrzucenie wątku kolejowego):

To właśnie Czas był najważniejszym powodem naszego wyjazdu. Poznanie, Przygoda – wszytko to mieliśmy z tyłu głowy i budowało to całą naszą podróż – ale to o Czas chodziło przede wszystkim.

Czas spędzony razem, Czas chwilami trudny (nigdy tego nie ukrywaliśmy), Czas poświęcony przede wszystkim tej Najważniejszej osobie jaką z reguły jest nasz dzieciak. Z zakazem używania słów zaraz i za chwilkę i to przez ROK.

Teraz tylko do tych patetycznie wytłuszczonych słów powyżej wystarczy dodać dziarską dwulatkę i mamy…. Przede wszystkim kupę stresu, z jego kulminacją w wieczór poprzedzający opuszczenie domowych pieleszy.

Na szczęście każdy kolejny dzień tylko utwierdza nas w przekonaniu, że nie było sensu się denerwować – ale spróbujcie to sobie wytłumaczyć dzień przed wylotem…

Jest za to kilka innych spraw jakie trzeba spiąć przed wyjazdem. Tylko jak ogarnąć coś, co wydaje się niewykonalne? No i co dalej jak już ruszymy w drogę?

Po pierwsze – trzeba mieć jakiś Plan, trzeba wiedzieć czego się chce…

Zrozumiałe, że Plan musi uwzględniać potrzeby całego składu, tym samym musi być realistyczny i bezpieczny. To ostatnie słowo dla nas było kluczem do wyboru trasy i zakresu przygotowań. Jasnym jest, że dwulatka raczej nie sprecyzuje co chciałaby zobaczyć „na wakacjach”, za to my możemy i musimy zrobić to tak aby temu maluchowi nie zaszkodzić.

Robimy więc mapkę miejsc jakie chcemy odwiedzić, sprawdzamy wszelkie zagrożenia czyhające tam na nas, nanosimy na to mapę pogody w tych miejscach, statystyczne koszty życia i (jeśli mamy taką potrzebę) poziom lansu wynikający z pobytu to tu to tam.

Następnie następuje najtrudniejszy etap całego planowania – wykreślanie wymarzonych miejsc z listy…

Kompromis nie jest niestety najprzyjemniejszą rzeczą z jaką przychodzi nam się zmierzyć, no bo jak zrezygnować z Peru (słaba opieka zdrowotna – w naszej ocenie), Boliwii (wysokość), krajów Ameryki Środkowej (strefa malaryczna), Amazonii (trudne do zdefiniowania spektrum zagrożeń)? Oczywiście dla każdego te zagrożenia są zupełnie inne i być może takie np. widmo choroby wysokościowej Wam nie straszne – ale szczerze odradzam, dzieciaki słabo się aklimatyzują (dużo wolniej niż dorośli), na malarię teoretycznie jest profilaktyka – ale takie Malarone – nie jest obojętne i np. Marta źle się po nim czuła, była nerwowa, senna, nadpobudliwa itd.

Bądźcie jednak spokojni, ile byście tych miejsc nie wykreślili to i tak na ŚWIECIE zostanie jeszcze tysiące takich, które wpiszą się w Plan…

Aby sobie wszystko to w jakiś sposób właściwie wartościować, polecamy konsultację z kimś kto zjadł na tym przysłowiowe zęby. W kwestiach medycznych trafiliśmy na kapitalnego fachowca jeśli chodzi o medycynę podróży i choroby tropikalne i to dzięki niemu dopięliśmy Plan. Nie polecam polegania na lekarzach w Stacji Epidemiologiczno-Sanitarnej w stolicy naszej cudownej – bo jeszcze traficie na pewną panią doktor tejże placówki, która roztaczała przed nami wizję katastrofy zdrowotnej, na sam dźwięk słów Ameryka Południowa (bez podawania nazw krajów).

Plan musi też być odzwierciedleniem naszych możliwości finansowych – ale to już kwestia bardzo indywidualna.

Po drugie – trzeba się jakoś spakować…

Temat rzeka. Każdy szanujący się backpackers wie, że żeby backpackersem być, trzeba mieć backpack. Urządzenie to ma sporo zalet, ale też trzy wady:

  • pierwszą „koszule się mientolą”,
  • druga, sposób dostępu do zasobów plecaka jest nieco skomplikowany, a podróżując z dzieckiem zawsze potrzebujemy coś z jego dna…
  • trzecią zaś wadą jest fakt posiadania tylko jednej pary pleców przez osobnika zwanego rodzicem, a tym samym możliwości nasze jako tragarza są ograniczone.
W Pogoni Za Szczęściem w Nowym Jorku

Nie wózek, nie nosidło więc… Nowy Jork Stany Zjednoczone. (Fot. Renata Jajesniak)

Jeśli na dodatek dysponujemy potomkiem w wieku ruchliwym, acz krótko dystansowym – wypadałoby jakoś i osobnika tego przemieszczać. Są szkoły wózkowe (wymagają nawierzchni z dziurami mniejszymi niż kółka pojazdu) i szkoła nosidełkowa (nie jest wymagana nawierzchnia). wyboru właściwej dokonać możemy na etapie planowania. Jeśli więc wybraliście nosidło (polecamy) to przydałby się Wam tragarz (a najlepiej dwóch). W sumie, można spakować mniej rzeczy – ktoś powie – w sumie – odpowiem – nie bardzo to sobie wyobrażam. A tym bardziej nie wyobrażam sobie przekonanie osoby wyjeżdżającej pierwszy raz z dzieckiem na dłużej – żeby ograniczyła ilość bagażu.

Wracając do zawartości naszych plecaków/walizek, po trzy t-shiry dla rodziców, po parze spodni i spodenek, kąpielówki, kurtce ortalionowej, jakimś leciutkim polarku, butach na zmianę i klapkach parę gatek i skarpetek – wszytko do prania w systemie „cotrzydni” i mamy cordurowy garb zapełniony, w drugim zestaw dla juniora – niestety ilość „zmian” większa bo i kreatywność zdecydowanie na wysokim poziomie, jakieś pieluchy, coś do jedzenia „w razie gdyby”, jakaś grzałka, jakiś kubek, jakieś ręczniki tetrowe (zwane też pieluszką) – te ostatnie biją na głowę „fancy” ręczniki ze sklepów wysokogórskich – zarówno chłonnością, szybkością schnięcia, masą własną – tyle że ciężej nimi jakieś szkło zabezpieczyć przed urazem.

Do plecaka trzeba też wrzucić jakieś podstawowe kosmetyki (do wyboru krem na noc, na dzień, peelingi dla pań, panów, papiloty, lokówka, suszarka, prostownica do włosów i te sprawy – ewentualnie tylko mydło w płynie dla niemowląt i taki sam krem – wszyscy się umyją i nikomu nie zaszkodzi), specjalny zestaw lekarstw (tutaj trochę przesadziliśmy – ale był komfort psychiczny).

Trzeba też zabrać centrum multimedialne (laptop), narzędzia do walki ze sklerozą (aparat, obiektywy, kamerę, kasety), do tego jakieś dyski zewnętrzne (archiwizacja wspomnień), tysiąc pięćset ładowarek, przejściówek, lampek czołówek, giepeesa (to akurat hobby). I wychodzi jak nic, że tego nocnika to już za cholerę nie upchniemy…

Wyjeżdżaliśmy z Polski z dwoma plecakami 15 i 20 kg + puste nosidło + podręczny bagaż w formie plecaka fotograficznego (ten pewnie ważył z 8 kg) i po Meksyku, ciągłym pakowaniu, rozpakowywaniu, przepakowywaniu, dopakowywaniu, wypakowywaniu mieliśmy serdecznie dość…

A wiedząc, że od Stanów przybędzie nam jeszcze fotelik samochodowy… Nie wspominając nocnika, który musieliśmy kupić nim opuściliśmy stary kontynent.

Suma summarum stanęło w końcu na zamianie plecaków na walizki na kółkach. Do tego najtańszy wózek z Walmart’a jako środek transportu (Marty lub fotelika). Tak więc większość rzeczy do dużej walizki, reszta do tej mniejszej, nosidło na jedne plecy, plecak foto na drugie, dziecko do wyboru (plecy ojca tudzież pojazd pchany wart całe $ 19), fotelik na mniejszą walizkę do ciągnięcia. Z takim to właśnie taborem kolorowym (walizki czerwone, fotelik w krowę) przyszło nam podróżować. Z perspektywy czasu mimo, że parę gratów można uznać za zbędne to pewnie i tak zostałyby zastąpione czymś innym…

Jako, że przez rok skład grupy ewoluował jeśli chodzi o własne potrzeby to nosidło poleciało do kraju pod koniec, a przygoda z wykoszonymi kółkami w walizce spowodowała, że i wózek swój ostatni etap życia spędził jako podwozie do walizki.

Na pocieszenie dodam, że ani fotelik, ani nosidełko, ani wózek nie są liczone do puli bagażu jaki się nadaje do samolotu :) Nawet w tanich liniach w Meksyku czy w Australii. I co jeszcze ważniejsze nosidełko ma całkiem sporą pojemność.

Mariusz Jajesniak

Zawodowo pracownik wielkiej korporacji, prywatnie KAOwiec wyprawy W Pogoni Za Szczęściem. Przez niektórych dość dawno uznany za niepoczytalnego.

Komentarze: 8

Asia 7 lutego 2012 o 13:27

Bardzo fajny i szczery tekst. Tylko pewnie mało punktów w kwestionariuszu lansu ;) Nawet poczułam, że coś tracę nie mając dzieci, z którymi można by taką podróż odbyć ;)

Odpowiedz

Anna Alboth 7 lutego 2012 o 16:57

a usmialam sie ze 20 razy!

Odpowiedz

Ewe 8 lutego 2012 o 6:48

Świetny tekst i fantastyczne zdjęcia! Pozdrowienia dla całej goniącej za szczęściem Rodzinki:)

Odpowiedz

Jagoda Pietrzak 10 lutego 2012 o 20:13

Ale Jan mówi, że się nie da… jak się nie ma :D

Odpowiedz

łukasz kędzierski 13 lutego 2012 o 23:53

witam,
bardzo inspirujący i ciekawy tekst. podeślę go moim ciągle narzekającym kolegom bojącym ruszyć się tyłki z domu bo mają dziecko i boją się o wszystko i wszystkich. Do tego jak wyjeżdżają choćby na weekend to wielki samochód zapakowany po brzegi aby na pewno wszystko mieć.
gratuluje odwagi i chęci… bo w głębi duszy wydaje mi się że wystarczy tylko chcieć, a później wszystko jest łatwe…

jeszcze raz gratuluje i życzę kolejnych wyjazdów.
pozdrawiam
łukasz

Odpowiedz

Yaris 15 lutego 2012 o 4:44

Świetny tekst! Gratuluje wyjazdu i fajnej rodzinki;-)

Odpowiedz

Monika 15 marca 2012 o 22:35

Piękne fotki zwłaszcza „posiedzenie”. Aż się chce spaować plecak i wyruszyć w drogę:) na razie z naszym półtorarocznym synkiem jesteśmy na etepie słowa na zet;) oby i nam kiedyś odwagi starczyło na podobną wyprawę:)

Odpowiedz

Desmond 2 kwietnia 2013 o 8:06

Naprawdę odważnie, wyruszyć z dzieckiem na taką podróż. Jak dorośnie to może będzie chciało ruszyć śladami „młodzieńczych” wojaży :-)

Odpowiedz