Aktualności | Relacje | Zdjęcia | Książki | HydePark | Imprezy | Linki | Blogi | Forum | Maszynista ma głos | Patronaty

W dół i pod górę, czyli wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki (część 2)

Zdjęcia z Etiopii - Lalibela

Kościół św. Jerzego. Lalibela, Etiopia. (Fot. Adrian Krajewski)

Etiopia, Kenia, Tanzania, Malawi – czyli dalsza część podróży Adriana i Piotrka z Kairu do Kapsztadu. W tym odcinku o afrykańskich stolicach, naciąganiu turystów, wejściu na Kilimandżaro, safari i widokach nad jeziorem Malawi.

Lalibela to kolejne święte miejsce Etiopii, gdzie królowie dynastii Zagwe zostawili po sobie 11 kościołów wykutych w wulkanicznej skale. Zapytani, jak wyglądał proces tworzenia, miejscowi odpowiadają, że „z pomocą Ducha Świętego”. Nieodkryte jeszcze podziemne komnaty w jednym z kościołów zostaną zaś odnalezione „jak Jezus pozwoli”. Potęga podsycanej wiarą pracy ludzkiej nie licuje z resztą tutejszej, małomiasteczkowej codzienności, gdzie syndykat sklepikarzy i restauratorów karze turystów za zawitanie tu kosmicznymi cenami.

Miejscowe dzieci mają dwa zajęcia: albo biegają za metalowymi kółkami, turlając je drucikiem, albo handlują krzyżykami. Jeden chłopczyk chciał sprzedać Piotrkowi piękny krzyżyk etiopski. Na wygłoszone buńczucznie „I’m not Christian”, padła młodzieńcza, równie szybka riposta „Oh, don’t worry”.

Kobieta z plemienia Mursi

Mursi. Jinka, Dolina Omo, Etiopia. (Fot. Piotr Marek)

Następnego dnia rano mieliśmy wyruszyć w drogę do stołecznej Addis Abeby, ale nasze przeczyszczone organizmy nie podołały. Zmuszając każdą komórkę oddzielnie zwlekliśmy się trochę później, spojrzeliśmy sobie w oczy i doszliśmy do wniosku, że kolejny dzień w zdzierczej Lalibeli nie przejdzie. Obmyśliliśmy drogę alternatywną, przez znaną nam już Woldię i Dessie.

Addis Abeba i dolina Omo

Droga do Addis zajmuje 10 godzin. Wpuszczono nas na dworzec wcześniej od tłumu, który równo o 5 wbiegł przez otwieraną bramę, przy wtórze własnego krzyku oraz w oparach spalin rozgrzewających silniki autobusów na ropę.

Stolica Etiopii jest jednym z największych targowisk Afryki. Addis Abeba – po tutejszemu „Nowy kwiat”, to miasto błękitnych ład – tutejszych taksówek, oraz spadków i wzniesień, nadających padającemu deszczowi odpowiedni kierunek.

W Addis udało nam się zobaczyć kościół Świętej Trójcy z grobowcami jego mecenasa (cesarza Selassie z małżonką) oraz muzeum etnograficzne w dawnym pałacu tejże pary. Odwiedziliśmy też muzeum narodowe, gdzie spoczywa prababka Lucy, najlepiej zachowany kościec praczłowieka. Tutejsza polska ambasada odmówiła swoim obywatelom możliwości zagłosowania w pierwszej turze wyborów prezydenckich.

Niespełnieni, wstaliśmy nazajutrz o 5 rano, by po kolejnym seansie trucia się wyziewami autobusowymi udać się przez Arba Minch do Jinki – bazy wypadowej do doliny Omo i tamtejszych plemion. Przebiliśmy się siłą, wciskając do chyba dobrego busa, i niczym dwóch Guliwerów zajęliśmy miejsca w jednym z autobusów dla mikrusów z nogami długości naszych ud, by z godzinnym opóźnieniem opuścić stolicę.

Etiopski dzieciak z kałasznikowem

Some toy story. Jinka, Dolina Omo, Etiopia. (Fot. Piotr Marek)

Oprócz awionetki, która tydzień przed naszym przybyciem awaryjnie lądowała pośrodku miasta, zabijając przy tym dwie krowy i zostając na miejscu z plamą krowiej krwi z przodu, Jinka to głównie Michael. Poznany na partyjce bilarda, został naszym przewodnikiem po miejscowych meandrach administracyjno – kulturowych. Michael zabrał nas na położony nieopodal miasteczka targ, żebyśmy zobaczyli trochę lokalsów. Okazało się, że targ zaczyna się o wiele później, niż przekonywał nas dzień wcześniej. Rozsierdziło nas to nie na żarty, tym bardziej, że Michael w międzyczasie zniknął. Zirytowani kolejnym oszustwem miejscowych poszliśmy sami zwiedzać budzące się do życia targowisko. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wygarnęliśmy Michaelowi, który w końcu się pojawił.

Po wszystkich wyjaśnieniach i ostatecznym porozumieniu Michael zabrał nas do wioski ludu Banna. Tam, z miejscowym wodzem, rozłożeni na wygarbowanych kozich skórach, napiliśmy się kawy z łupin kawowych i pobawiliśmy wodzowym kałasznikowem.

Wzmianka w miasteczku o naszej wizycie w wiosce była podstawą do roszczeń majątkowych (100 byrrów od łebka) ze strony tutejszego „stowarzyszenia” przewodników. Przedstawiciele owej organizacji zagrozili nam, że jeśli nie uiścimy odpowiedniej opłaty za wstęp (sic!) na targ, a mimo to zlokalizują nas tam, opłata wyniesie 500 tutejszych środków płatniczych per capita. Tym razem, za radą naszego młodego przewodnika, zagadnęliśmy policjanta, dzięki któremu, po kłótni ze „stowarzyszeniem” okazało się, że prawo wyimaginowane ma swoje granice. Targowisko zobaczyliśmy za darmo.

Trzydniowy pobyt w Jince dobiegł końca, podobnie jak skończyła się nasza cierpliwość do etiopskich przywar. Pełni wigoru ruszyliśmy przed brzaskiem dnia następnego, by po kilku godzinach dotrzeć do kolejnego przystankowego miasteczka – Konso. Na kolejną możliwość transportu czymkolwiek kołowym musieliśmy czekać aż pół dnia w skwarze. Po długich negocjacjach z najgłupszym człowiekiem świata, który był posiadaczem jedynego minibusa na południu Etiopii, jadącego w wymarzonym przez nas kierunku, dostaliśmy się przez Yabelo do Moyale.

Witajcie w Kenii

Moyale, miasto o dwóch obliczach przedzielonych granicą etiopsko-kenijską, znów okazało się mieć swoją cenę. Dojechaliśmy tam rano, by zorientować się, że jest niedziela i ambasada etiopska (musieliśmy zdobyć stempel wyjazdowy) będzie czynna od 15. W międzyczasie zapewniano nas, że nie mamy co dzisiaj udawać się na stronę kenijską, bo warunki tam o wiele gorsze i cena wyższa, ale decyzja już zapadła. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić ten kraj.

Garbowanie skóry w Etiopi

Matka garbuje sukienkę dla córki. Jinka, Dolina Omo, Etiopia. (Fot. Adrian Krajewski)

Po uzyskaniu stempelków szybkim krokiem przebiliśmy się do Kenii. Angielski okazał się tam o wiele bardziej powszechny, dzieci nie wyciągały rąk po pieniądze, pomoc była darmowa, a bankomaty akceptujące karty Visa, stały w każdej pipidówie. Następnego ranka udaliśmy do lokalnego centrum, czyli na skrzyżowanie ulic. Mieliśmy nadzieję znaleźć transport do Nairobi.

Znaleźliśmy ciężarówkę z trochę niewygadanym po angielsku kierowcą, jakąś przygodną współtowarzyszką podróży i właścicielem stada kóz, które mieliśmy zabrać gdzieś po drodze. Podróż trwała 33 godziny. Spaliśmy w kabinie, piąty dzień bez prysznica, ułożeni tak niewygodnie, że nie zmrużyłem oka nawet na sekundę z powodu bólu nóg i kręgosłupa. Do Nairobi, jawiącego się niczym ziemia obiecana, dotarliśmy pod wieczór.

Strony: 1 2
Adrian Krajewski

Adrian Krajewski

Anglista, socjolog a z zawodu korespondent ekonomiczny Agencji Reutera. Podróżuje, uprawia teatr, gra w piłkę dla Gramy Czasami.
Podobne artykuły
W dół i pod górę, czyli wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki (część 1)

W dół i pod górę, czyli wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki (część 1)

A może Kair-Kapsztad? - padło pytanie, ale go nie usłyszałem, bo szyby w samochodzie opuszczone były do oporu. Jechaliśmy w letnie popołudnie nad polskie morze. Dla spokoju zgodziłem się, jeszcze zanim dotarło do mnie, o co tak naprawdę jestem pytany...
W bengalskim szpitalu

W bengalskim szpitalu

Nasz szpital zajmuje niewielki, parterowy budynek, wybudowany pośród pól ryżowych przy głównej drodze biegnącej na południe Bangladeszu. W sali ogólnej stoją, ustawione w rzędy, metalowe łóżka. Nie ma pościeli, jest tylko zwykły materac....
Co się wydarzyło w gwatemalskiej dżungli

Co się wydarzyło w gwatemalskiej dżungli

Roberto, Toño i ja przygotowujemy plan wyprawy. Każdy wyrusza z innego powodu. Toño chce być przewodnikiem. Roberto, właściciel hotelu, chce zarobić i wypromować region dla turystów. A ja jestem „trzynastką”. Nikt mnie nie prosi o wyjaśnienia....
Kiedy ludzie stają się bogami. Fragment książki „Poza utartym szlakiem”

Kiedy ludzie stają się bogami. Fragment książki „Poza utartym szlakiem”

Jadę na otoczony złą sławą Phuket tylko po to, żeby zobaczyć Festiwal Wegetariański, o którym pierwszą informację znalazłam kiedyś w książce albo internecie. Pomyślałam wówczas: a to ciekawe – i na kilka lat zapomniałam o nim....

Odpowiedz!

BLOGI

Kajtostany: Mniej znaczy więcej
- Jak Wy dajecie radę się zapakować, z dzieckiem, tylko do sakw? – często pytają nas ludzie, gdy opowiadamy o tym jak jeździmy. - A gdzie zapas pieluch? Zabawki? Jedzenie? – dodają...
Ardakan i Aqda – Iran, którego nie ma w przewodnikach
Irańskich miast Ardakan i Aqda próżno szukać w Lonely Planet czy innych przewodnikach. Warto jednak zboczyć z utartego szlaku i do nich zajrzeć.
Lubię martwe zwierzęta
Obok schodów prowadzących do drzwi leżała dziwna czarna czapa. Kiedy podszedłem bliżej, zacząłem rozróżniać detale. Wyglądała jak worek wielkości mniej więcej psa. Co to mogło być?