Vanem przez Australię
* * * * *

Co jakiś czas mijają nas ogromne pociągi drogowe, tzw. Road Trains. (Fot. Paweł Olszański)
Kolejny dzień jazdy. Na potężnym niebie nie widać ani jednej chmurki. Mam wrażenie, że temperatura powietrza przekracza pięćdziesiąt stopni. Nad asfaltem unoszą się fale rozgrzanego powietrze zniekształcające cały krajobraz. Frank prowadzi auto rytmicznie ruszając głową w takt dudniącej muzyki, która próbuje przebić szum powietrza, wlatującego przez delikatnie uchylone okno. Z boku, zawinięta kolorową apaszką Pogo próbuje ukryć się przed prażącym słońcem. Jej stopy, nieśmiało wychylające się spod chusty, tańczą razem z głową Franka.
Obok mnie, na tylnej kanapie leży książka. Ja też leżę. Jak ta książka. Totalna stagnacja. Czas dłuży się i ciągnie jak guma do żucia. A może wyciągnę nogi i jedną z nich przerzucę przez okno? Albo przynajmniej rękę? A jakby tak nachylić się twarzą do otwartego okna? Odrobina chłodnego wiatru smagająca moja twarz mogłaby być w tej chwili doznaniem orgazmicznym. Niestety, nie tutaj. Po otwarciu okna, bucha w twarz gorące powietrze. Mam wrażenie jakbym wsadził głowę do rozgrzanego piekarnika. W sekundzie zamykam okno. Zamieram. Oblewa mnie pot. Gdzie się nie oprę plecami, w mgnieniu oka robi się ogromna plama. Na szczęście, równie szybko wysycha.
Mijają nas ogromne pociągi drogowe (tzw. Road Trains), czyli słynne tiry, często ciągnące nawet i trzy naczepy o długości przekraczającej pięćdziesiąt metrów. Wszyscy kierowcy pozdrawiają się mrugając światłami lub unosząc dłoń.

Jeden z postojów na trasie. (Fot. Paweł Olszański)
Co dwieście kilometrów na mapie zaznaczone są małe miasteczka – Balladonia, Caiguna, Cocklebiddy, Madura, Mundrabilla i jeszcze kilka innych. W rzeczywistości to małe stacje benzynowe pośrodku niczego. Czasami zdarza się, że na jedynym sprawnym dystrybutorze wisi karteczka „Nie ma benzyny”. Zapasowy kanister z paliwem to podstawa.
Czasami przy stacji znajduje się niewielki motel, w postaci odrapanego baraku. Nieodzownym elementem jest również bar, w którym rządzą pewne siebie, wiekowe kobiety, tylko z wyglądu przypominające płeć piękną. Jak tylko trzeba, to zapewne bez wahania podchodzą do stołu, przy którym siedzi dziesięciu podchmielonych, stukilogramowych kierowców tirów, walą pięścią w stół i soczyście zaklinają: „Jak tak dłużej będziecie drzeć te zarośnięte mordy, to wypierdolę was na zbity pysk, i nigdy więcej wasze brudne dupska nie usiądą na tych krzesłach”. Bo przecież porządek musi być.
Przelatują nam tak godziny. Jedynym wysiłkiem jest obliczenie, na której stacji musimy zatankować. I liczyć na szczęście, że trafimy do miejsca, gdzie będzie paliwo. Któryś dzień z rzędu słuchamy tych samych piosenek. Mijamy kolejne zajazdy. Jedziemy przez ponad stupięćdziesięciokilometrowy odcinek prostej drogi, bez ani jednego drzewa czy też krzewu. Zaliczamy kolejne miejscowości, noclegi na poboczach. Jedynym marzeniem jest wskoczenie do zimnej wody, choć na kilka sekund, byle ochłodzić rozgrzane ciało. Niestety, pomimo iż kierujemy się wzdłuż linii brzegowej, nie ma ani jednej drogi zjazdowej.
Po pięciu dniach wyczerpującej jazdy docieramy do Adelajdy. Jest tuż przed północą. Znalezienie o tej porze noclegu w zupełnie nieznanym mieście nie należy do najłatwiejszych. Nawet Cartman okazuje się być bezsilny. Zjeżdżamy więc do najbliższego kempingu, gdzie bez niczyjej zgody rozbijamy na kawałku trawy namiot nie martwiąc się niczym. Nastawiamy tylko budzik, aby obudzić się przed innymi i złożyć namiot. Co dalej? Pomyślimy rano…








Show me your way - w poszukiwaniu znaczeń szczęścia
Poland Trek - Belg przemierza Polskę od Tatr po Bałtyk
Pamir Bikeway 2012 - Azja Centralna rowerem i koleją
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Tańce wśród piratów - Magda i Marcin tanecznym krokiem szukają skarbu
Pomiędzy Oceanami - Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej
Gap year in Kunming - chińska przerwa w życiorysie
Z tatą na Igrzyska - rowerami do Londynu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Na Własne Oczy - zobaczyć, co świat ma do zaoferowania
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Oblicza Gruzji - niesamowita różnorodność kraju
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika



Tak, Australia ma duzo miejsc ‘pustych’, ale nawet na takiej stacji mozna kupic mleko sojowe! Mieszkalam tam przez 3 lata, troche pojezdzilam i zawsze zadziwialo mnie, iz wszedzie dostepne jest mlesio sojowe! Nie jest az to takie pustkowie:-)!
Olo, jak jeszcze będziesz tak pisał o Australii to wsiądę w samolot, polecę i nie wrócę ;)
Genialne foty, ale to już wiesz.
@Aga
Mają też zajebiste parkingi tuż nad samym oceanem gdzie można zaparkować i kimnąć się, a rano obudzić i tylko otworzyć tylną klapę bagażnika… :D
@Ewa
Wsiadaj wsiadaj, bo nad czym się tu zastanawiać? :D
Dlugo byles w Austalii? Jest tam co robic poza przejezdzaniem tysiecy kilometrow stopem :) Wrzuc jakas wpis ze spotkania z Aborygenami, bo chyba nie odpusciles sobie takowego, ciekawy jestem jak wygladalo.
Ja z Indianami w stanach spotykalem sie tylko w ich kasynach, czasem rezerwatach (co z reguly wychodzilo na to samo). Ogolnie raczej wypadalo to kiepsko, tyle lat Szklarskiego, Szalony Kon, Siedzacy Byk, Little Bighorn, lanie Custera, a potem zobaczenie ich mocno otylych, koszacych kase w kasynie, odcinajacych kupony z tego co zostalo po oddaniu swojej ziemi. Bohaterow juz nie ma :(
Napisz jak to wyglada w Australii.
Aborygeni przewaznie nie trzymaja sie z bialymi, rzadko widuje sie ich w miastach, jedynie w dzielnicy Sydeny- Redfern – troche rozrabiaja.
Mozna wpasc do nich do lokalnej wioski, np. przy Alice Springs, pogadac przy whisky- duzo pija, wina bialych, bo przywiezli im zly trunek, zawsze spiewaja piosenki o tym jak kiedys bylo dobrze, ale bialy przyszedl i wszystko popsul.
Ogolnie, mimo iz juz ponad 100 lat sa ‘okupowani’, nie sa przystosowani do zycia w kulturze zachodniej, bardzo maly jest odsetek na studiach, oni zyja w swoich enklawach, faceci za czesto zagladaja do butelki, kobieta organizuje sie schroniska, by mogly tam przetrzymac, dopoki ‘stary’ nie wytrzezwieje…
Ale nie jest az tak czarno, podziwiam ich za to, ze nadal maja swoje wierzenia, swoje talizmany szczescia.
Aborygeni przewaznie nie trzymaja sie z bialymi, rzadko widuje sie ich w miastach, jedynie w dzielnicy Sydeny- Redfern – troche rozrabiaja.
Mozna wpasc do nich do lokalnej wioski, np. przy Alice Springs, pogadac przy whisky- duzo pija, wina bialych, bo przywiezli im zly trunek, zawsze spiewaja piosenki o tym jak kiedys bylo dobrze, ale bialy przyszedl i wszystko popsul.
Ogolnie, mimo iz juz ponad 100 lat sa ‘okupowani’, nie sa przystosowani do zycia w kulturze zachodniej, bardzo maly jest odsetek na studiach, oni zyja w swoich enklawach, faceci za czesto zagladaja do butelki, kobieta organizuje sie schroniska, by mogly tam przetrzymac, dopoki ’stary’ nie wytrzezwieje…
Ale nie jest az tak czarno, podziwiam ich za to, ze nadal maja swoje wierzenia, swoje talizmany szczescia.