Vanem przez Australię

Stacja benzynowa na australijskim pustkowiu. (Fot. Paweł Olszański)
Białe Subaru kombi – przez kilka dni będące naszym domem – z wygryzioną tapicerką i całym naszym dobytkiem w środku, kupione raptem pięć dni wcześniej po mocno okazyjnej cenie, dało nam się mocno we znaki. Po kilku godzinach od kupna przestało odpalać, a po kolejnych trzech dniach jazdy, tylne koło zdawało się mówić „dość”. Wszystko to działo się w ekspresowym tempie.
Raptem tydzień po wylądowaniu w Perth, największym mieście zachodniej Australii, zdążyliśmy kupić auto i po kilku dniach je sprzedać. Ku naszemu zdziwieniu, praktycznie wszystko od ręki. Czarny scenariusz, że zostaniemy uziemieni w Perth z powodu nie nadającego się do jazdy auta, okazał się tylko naszą fantazją. Na szczęście.
Mieliśmy już przygotowany szybki plan ewakuacji do Melbourne. Jako że najtańszym środkiem lokomocji w Australii jest samolot, przeczesaliśmy kilkanaście portali w poszukiwaniu najtańszego biletu i gdy już wypełnialiśmy formularz wpłaty na jednym z nich, przez przypadek wpadliśmy w portalu z ogłoszeniami krótki anons: „szukam dwóch osób, które wybierają się do Adelajdy.”
- Nadal poszukujesz kogoś, z kim chciałbyś pojechać do Adelaide? – zagadnęliśmy po chwili przez telefon Franka, młodego Niemca, autora ogłoszenia.
- Tak! Mam miejsca dla dwóch osób… – rzucił bez namysłu Frank.
Rozmowa trwała niewiele ponad minutę. Po jej zakończeniu popatrzyliśmy się tylko pytająco na siebie.
- Gdzie jest dokładnie Adelajda?
- Zdaje się, że po drodze do Melbourne…
No to jedziemy.
Nie minęła kolejna minuta, gdy już powtórnie rozmawialiśmy ze zdziwionym tak szybką odpowiedzią Frankiem.
- Możemy wystartować jutro z samego rana? – pytamy.
- Jasne!
* * * * *
Kolejnego dnia, punktualnie o dziesiątej na parking wjeżdża niebieska toyota. Mający swoje lata van wygląda na stałego bywalca australijskich pustkowi. Zaglądamy nieśmiało do środka. Na suficie przyklejone grube, białe futro, do którego przyczepione są święcące w nocy gwiazdki. Wszystko jest starannie poukładane, niczym w domu. Zmiotka, wiaderko, kuchenka gazowa, garnki – zawsze pod ręką. Jak się okazuje, auto służy Frankowi jako dom już od blisko dziesięciu miesięcy.
Na masce nalepka z czaszką, obok kierowcy w roli nawigatora plastikowy Cartman z „Miasteczka South Park”, a na tylnym oknie tabliczka zakazująca wejście do środka nieautoryzowanemu personelowi. Już nas nie dotyczy.
Nasze plecaki szybko znajdują swoje miejsce w aucie i po krótkiej wymianie uprzejmości, przyjaźń polsko-niemiecka staje się faktem. Przed nami ponad trzy i pół tysiąca kilometrów w pięć dni, bo tyle postanowiliśmy przeznaczyć na jazdę. Tempo zabójcze, ale do wykonania.








![Pocztówki ze świata: Oblicza Gruzji [audio]](../wp-content/uploads/2011/10/anna_przemek_galant.jpg)

Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



Tak, Australia ma duzo miejsc ‘pustych’, ale nawet na takiej stacji mozna kupic mleko sojowe! Mieszkalam tam przez 3 lata, troche pojezdzilam i zawsze zadziwialo mnie, iz wszedzie dostepne jest mlesio sojowe! Nie jest az to takie pustkowie:-)!
Olo, jak jeszcze będziesz tak pisał o Australii to wsiądę w samolot, polecę i nie wrócę ;)
Genialne foty, ale to już wiesz.
@Aga
Mają też zajebiste parkingi tuż nad samym oceanem gdzie można zaparkować i kimnąć się, a rano obudzić i tylko otworzyć tylną klapę bagażnika… :D
@Ewa
Wsiadaj wsiadaj, bo nad czym się tu zastanawiać? :D
Dlugo byles w Austalii? Jest tam co robic poza przejezdzaniem tysiecy kilometrow stopem :) Wrzuc jakas wpis ze spotkania z Aborygenami, bo chyba nie odpusciles sobie takowego, ciekawy jestem jak wygladalo.
Ja z Indianami w stanach spotykalem sie tylko w ich kasynach, czasem rezerwatach (co z reguly wychodzilo na to samo). Ogolnie raczej wypadalo to kiepsko, tyle lat Szklarskiego, Szalony Kon, Siedzacy Byk, Little Bighorn, lanie Custera, a potem zobaczenie ich mocno otylych, koszacych kase w kasynie, odcinajacych kupony z tego co zostalo po oddaniu swojej ziemi. Bohaterow juz nie ma :(
Napisz jak to wyglada w Australii.
Aborygeni przewaznie nie trzymaja sie z bialymi, rzadko widuje sie ich w miastach, jedynie w dzielnicy Sydeny- Redfern – troche rozrabiaja.
Mozna wpasc do nich do lokalnej wioski, np. przy Alice Springs, pogadac przy whisky- duzo pija, wina bialych, bo przywiezli im zly trunek, zawsze spiewaja piosenki o tym jak kiedys bylo dobrze, ale bialy przyszedl i wszystko popsul.
Ogolnie, mimo iz juz ponad 100 lat sa ‘okupowani’, nie sa przystosowani do zycia w kulturze zachodniej, bardzo maly jest odsetek na studiach, oni zyja w swoich enklawach, faceci za czesto zagladaja do butelki, kobieta organizuje sie schroniska, by mogly tam przetrzymac, dopoki ‘stary’ nie wytrzezwieje…
Ale nie jest az tak czarno, podziwiam ich za to, ze nadal maja swoje wierzenia, swoje talizmany szczescia.
Aborygeni przewaznie nie trzymaja sie z bialymi, rzadko widuje sie ich w miastach, jedynie w dzielnicy Sydeny- Redfern – troche rozrabiaja.
Mozna wpasc do nich do lokalnej wioski, np. przy Alice Springs, pogadac przy whisky- duzo pija, wina bialych, bo przywiezli im zly trunek, zawsze spiewaja piosenki o tym jak kiedys bylo dobrze, ale bialy przyszedl i wszystko popsul.
Ogolnie, mimo iz juz ponad 100 lat sa ‘okupowani’, nie sa przystosowani do zycia w kulturze zachodniej, bardzo maly jest odsetek na studiach, oni zyja w swoich enklawach, faceci za czesto zagladaja do butelki, kobieta organizuje sie schroniska, by mogly tam przetrzymac, dopoki ’stary’ nie wytrzezwieje…
Ale nie jest az tak czarno, podziwiam ich za to, ze nadal maja swoje wierzenia, swoje talizmany szczescia.