W chatce u Kuby


Sylwia Skrzypczyk


Istnieje na Huculszczyźnie pewna chatka, w której drzwi i serce gospodarza stoi otworem dla każdego. Zapraszamy na herbatę do chatki Kuby! Rozgośćcie się!

– Nawet jeśli się nie wie, jak coś zrobić, to wyobrazić sobie i później zrealizować pomysł to jest satysfakcja.

Na skraju lata

Tego roku w początku września słońce grzeje jeszcze całkiem mocno, a szeroko rozciągające się nad wysokimi łąkami niebo tylko z rzadka przecinają bruzdy obłoków. Za to trawy są już wyraźnie pożółkłe i twarde, choć w wielu miejscach ciągle cierpliwie wyczekują ostrzy kosiarek i grzebieni grabi. Ukazująca się oczom nad wsią, zaraz za linią lasu samotna drewniana chatka łagodnie przytula się do zbocza, ma spadzisty, czarny od ropy dach i niebieskie framugi okien. Jeśli akurat czyjaś sylwetka odcina się od okalającej ją z trzech stron statycznej werandy, to jest to najpewniej gospodarz Kuba Czarnohorski. Chociaż w ostatnich dniach częściej można go spotkać w piwnicy, gdzie wyrabia pustaki.

Lato się kończy i trzeba się spieszyć z pracą. Muszę wyjechać stąd przed początkiem października, bo nie mam wizy, a za przekroczenie limitu dziewięćdziesięciu dni pobytu w ciągu pół roku dostanę zakaz wjazdu na Ukrainę. Zresztą poza sezonem nie ma tu wcale turystów – zamyśla się. – No a dziennie mogę zrobić tylko dziesięć pustaków, bo tyle mam form. Już i tak zrezygnowałem z wyjazdu do Polski na wesele znajomych, a czasu i tak mało! Dlatego dziś też będę pracował, mimo że jest niedziela. Wiesz, staram się tego nie robić, żeby nie drażnić niepotrzebnie miejscowych. No ale teraz muszę, bo nie zdążę! Na szczęście betoniarkę mam w piwnicy, to nie widać – kończy przewrotnie, wyraźnie ucieszony korzystnym splotem okoliczności.

Dla łatwiejszej realizacji utajnionego z racji święta planu tej niedzieli Kuba wymówił się nawet od obiadu u sąsiadów. Sprytnie, tyle że ci zawiedzeni jego nieobecnością przy stole sami przyszli w odwiedziny. I znów po chacie zamiast buczenia agregatu rozniósł się gwar rozmowy, w kuchni nad stołem zgodnie z miejscowym zwyczajem i ruchem słoneczka po niebie oraz cicho wypowiadanym życzeniem Daj Boże zdrowie! powędrował kieliszek, a zaraz za nim śpiewane mocnymi męskimi głosami ukraińskie pieśni.

Jaka to jest ciężka praca – westchnął Kuba po odejściu gości – ale jaka piękna! – dokończył z lekkim uśmiechem, choć można by przysiąc, że głowę wypełniały mu myśli o pustakach i zbliżającym się niechybnie końcu lata.

Szerokie schody

Chatka Kuby jest z 1932 roku, o jej budowniczych, poprzednich właścicielach i domownikach wiadomo niewiele. Należała do rodziny Hotyczów, wnosił ją gazda Mohurec – kuzyn budowniczego domu Vincenza. Ostatni raz ktoś tu mieszkał w latach osiemdziesiątych, wtedy też w chacie odbyło się wesele, po którym został długi stół.

Potem dom opustoszał i marniał z roku na rok, bez ludzkiej troski zapadał się coraz bardziej, szarzał od wiatru i deszczu. Widoczne do dziś liczne ślady nakłuć na podłodze w kuchni i przedpokoju są być może pamiątką po odwiedzających go w tym okresie ostatnich radzieckich żołnierzach. Według miejscowych tylko oni nie zdejmowali raków, wchodząc do chat.

1999 rok – rozpoczyna opowieść Kuba – pierwsza wycieczka z firmy turystycznej, w której pracowałem, na Kostrzycę. Wracając mijałem chatę, oczywiście wszedłem do środka, no i zobaczyłem to, co zobaczyłem: piękny sosręb w kuchni, schody… Najbardziej urzekły mnie właśnie schody. W innych chatach strych nie jest nawet przewidziany, żeby na nim mieszkać, schody są wąskie i strome, nieraz po prostu jak drabina, a tutaj masz szerokie, normalne jak w domu, tak jakby ktoś może planował kiedyś zrobienie czegoś na górze. Widząc to wszystko, właściwie od razu wyobraziłem sobie ten układ: moja służbówka w pokoiku, wspólna kuchnia dla ludzi i strych jako sypialnia. Wydawało się to bardzo odległe…

W 1999 roku zobaczyłem chatę po raz pierwszy – podejmuje na nowo wątek. – Ale nie była na sprzedaż, mówiono, że ktoś się tu ponoć powiesił, potem, że dwóch… Dopiero po dobrych kilku latach dzięki pomocy znajomej rodziny udało mi się nawiązać kontakt z właścicielami i w końcu razem z przyjacielem Jurą kupić chatkę.

Co ma trwać długo, powstaje długo

Ludzkie siedziby i gospodarstwa rozkwitają na miejscach, gdzie przed wiekami w ziemię wsiąkły krople Chrystusowego potu, winnice wyrastają na łzach, a cerkwie na krwi Syna Bożego. W trakcie budowy domu człowieczy trud spaja się z boskim trudem – tak mówi kolęda przytoczona w bodaj największej huculskiej epopei Na wysokiej połoninie Stanisława Vincenza.

Sam Vincenz na powtórzeniu jej nie kończy i jeszcze w wielu słowach rozprawia nad istotą chaty, zasadami i sensem jej budowy. Dom jest oczywiście schronieniem, ale także ciałem rodu. Każdy jego człon to postęp ludzkiej myśli, wzlot ku górze. Zaplanowany skrupulatnie w najdrobniejszych detalach i obwarowany szeregiem na pół magicznych obrzędów i życzeń powstaje długo, bo i tyle ma służyć.

Huculskie chaty wznoszone są ze świerczyny. Drewnianych bali – tworzących falistą ścianę na zewnątrz i całkiem gładką wewnątrz – niczym się nie wiąże, ich układ jest zaplanowany tak, żeby samoczynnie łączyły się w trakcie schnięcia budowli w okresie około trzech lat. Strome dachy, otulające konstrukcje jak suknia, stworzone są do łatwego wymykania się z nachalnych objęć górskiego wiatru, opadów deszczu czy śniegu. Okna, umiejscawiane z pominięciem najbardziej narażonej na działanie wiatru zachodniej ściany, powinny być niewielkie jak szparki oczu, dla lepszego utrzymania ciepła, dla większej intymności i komfortu mieszkańców, żeby to oni mogli oglądać, co dzieje się na zewnątrz, jednocześnie pozostając niewidocznymi.

W pełnej barw i szczegółów opowieści jedno chyba tylko Vincenz przemilcza: co dzieje się z domem opuszczonym, wystawionym na łaskę i niełaskę sił przyrody, przygodnych bywalców? I jeszcze: jak wrócić mu utraconą wraz z domownikami równowagę, zakurzoną duszę? W tym miejscu historię z powodzeniem mógłby uzupełnić Kuba.

Połoniny w ukraińskich Karpatach

Na połoninach pod Stepańskim (1121 m n.p.m.). (Fot. Robert Bury)

Chata

Kiedy zacząłem tu pierwsze prace w 2007, okazało się, że konstrukcja jest w całkiem niezłym stanie – właściwie wygniły tylko trzy belki w piwnicy. Ale niezmieniany od 1932 roku kryty gontem dach przeciekał, a sama chata zapadła się tak, że ściany zdążyły się już rozminąć z podłogą. Zacząłem więc od zatykania dziur i podnoszenia domu – to wydało mi się najważniejsze.

Podejmując pracę, nowy gospodarz miał dwa podnośniki hybrydowe: dwu- i dziesięciotonowy. Do wybudowania punktów podparcia na plecach przyniósł z Bystreca pięćdziesięciokilogramowy worek cementu. Ale pierwsze próby i tak kończyły się wciskaniem kamieni w grunt.

Dopiero po jakimś czasie odkrył, że w przeszłości pod chatą umiejscowione były obora i świniarnia oraz że od rzeczywistego gruntu oddzielają go jeszcze kilkudziesięciocentymetrowa warstwa zwierzęcego nawozu i przykryte nim legary. Wszystkie wciskane z uporem i wysiłkiem kamienie trzeba było wyciągnąć z powrotem…

Potem miałem podnośnik dwudziestotonowy – wspomina – ten okazał się wystarczający. Powoli, etapami podniosłem chatę o około pół metra. Podłogę w pokoju, żeby się już nie rozjeżdżała, przybiłem do ścian. Do dziś, jeśli się przyjrzeć z boku, widać, że chata stoi trochę krzywo ale to już jej w niczym nie szkodzi, to tak na pamiątkę – śmieje się Kuba.

Prowadzone równocześnie inne, równie konieczne i niecierpiące zwłoki naprawy: deinstalacja na pół zrujnowanego glinianego pieca w kuchni, odbudowa i wyprowadzanie na dach kominów (tradycyjnie huculskie chaty są kurne, oznacza to, że ujście komina nie wychodzi na dach i znajduje się na strychu), spiętrzanie wody w pobliskim źródle z zamiarem doprowadzenia jej do domu i cała masa drobniejszych przedsięwzięć pozwoliły na zamieszkanie w chacie już jesienią 2008. Po paru kolejnych latach Kuba zamknął wreszcie etap „wiecznych prowizorek”, zastępując go odbudową na stałe.

I to jest przyjemny moment – przyznaje z zadowoleniem. – A widziałaś, jak mi pięknie chłopcy strych zrobili?! – zachwyca się po chwili nie bez powodu, bo wyłożone zaledwie przed miesiącem jasnym drewnem poddasze, gdzie niemało trzeba się natrudzić, żeby dostrzec wystającą główkę gwoździa, jest dowodem mistrzowskiej kondycji miejscowej stolarki.

Tu się ludzie wyżywają na tych sufitach, to pod takim kątem, tamto pod takim – ciągnie dalej. – Zresztą widać to we wszystkich niemal domach. A u mnie dodatkowo łączy się tradycyjne huculskie rzemiosło z najnowszą technologią, bo na górze mam przecież baterie słoneczne. Tylko żeby to można było wykończyć najpierw musiałem wymienić dach. Dziesięć tysięcy deseczek. I wszystkie przeszły przez moje ręce.

Przez ręce Kuby w ogóle przeszedł niemal każdy pojawiający się w domu nowy element. Od szuflady w starym stole, głośników w kuchni pod ławą i łapki na myszy, przez wycięte w dachu po zachodniej stronie – dla widoku na najwyższy szczyt Ukraińskich Karpat – Howerlę – okna, po konstrukcję sześciu metalowych słupów, które przejęły ciężar nie najmłodszego przecież domu.

Większość rzeczy zrobiłem tu sam, wszystko było moim pomysłem. Chociażby budowa łazienki pod chatą, do realizacji której wyrabiam teraz własną metodą i we własnoręcznie przygotowanych formach pustaki – rzuca dla przykładu. – Zawsze lubiłem rozkręcać różne przedmioty. Choć to się brało także z prozaicznych powodów. Jak chciałem coś mieć, a nie miałem pieniędzy, to musiałem sam to sobie zrobić. Ale z tego jest podwójna korzyść: po pierwsze satysfakcja, poza tym nie ma się prawa narzekać. O, a jak zimą chcę ściągnąć śnieg z baterii na dachu, to przerabiam do tego grabie, mocując do nich taśmą izolacyjną szufelkę!

Dom

Latem chatkę na połoninie Koszaryszcze w paśmie Czarnohory sąsiedzi odwiedzają prawie codziennie. A to ktoś szuka konia czy krowy, to znowu kosi trawę gdzieś w okolicy albo po prostu przychodzą w gości. Turyści przyjeżdżają do schroniska przede wszystkim na przełomie lipca i sierpnia oraz na Sylwestra. Kuba nie przyjmuje rezerwacji.

Chata jest do tego, żeby każdy, kto przychodzi, znalazł w niej nocleg. Nieważne gdzie – powtarza z naciskiem. – Zresztą to są wyłącznie dechy – śmieje się. – Najbardziej chciałem, żeby spotykali się tutaj Ukraińcy i Polacy, o innych nacjach nawet nie marzyłem, a to się też powoli zaczyna.

W obszernej, pełnej regionalnych cudeniek z gliny i drewna kuchni mieszają się języki, kotłują najróżniejsze tematy, dźwięcznie odbijają od ścian śmiechy z co lepszych dowcipów. W chacie-schronisku jest chyba tak, jak Kuba chciał: bez dystansu, podziału na lepszych i gorszych – jedna kuchnia, jedna sala do spania, jedna beczka na drewnianej konstrukcji z powodzeniem zastępująca – póki nie skończy się budowa łazienki – prysznic. Jeśli ktoś przyjeżdża po raz pierwszy, to zaraz robi się swój. Przechodzących pod chatą turystów gospodarz nierzadko osobiście zgarnia na herbatę, później sami wracają.

W Chatce u Kuby nietrudno poczuć się, jak w domu. Najważniejsza oczywiście jest kuchnia – w kuchni jest piec i jest ciepło. No i jeszcze stół. Duży. Bo Kubie zawsze zależało, żeby zmieścił jak najwięcej osób.

Wrzesień 2012

PS. Najserdeczniejsze podziękowania dla Kuby – za otwarte serce, rozum, drzwi domu.

Cytat Co ma trwać długo, powstaje długo oraz przytoczona w tekście kolęda pochodzą z dzieła Stanisława Vincenza Na wysokiej połoninie, tom I Prawa Starowieku.

Sylwia Skrzypczyk


Komentarze: 3

Wojtek 26 czerwca 2013 o 16:58

„A wieczorami w chatce… (Fot. Robert Bury)”

Ze zdjęcia wnioskuję, że wieczorami w chatce odbywa się youtube party? Już tam pędzę :]!

Odpowiedz

Marta 26 czerwca 2013 o 21:53

Jedno z moich ulubionych miejsc. Wyjątkowe. Grażka dziękuję za ten artykuł:)

Odpowiedz

Europcar 3 lipca 2013 o 9:23

Co za niesamowita historia. Az zapisuje ten artykuł w ulubionych by tam pojechać. Może właśnie we wrześniu, gdy trawy już zażolkną się i studenci wrócą na studia i troszkę górom odpuszczą

Odpowiedz