28 grudnia 2009

Teatr po polsku w Iranie

jedna z grup wykazała się największą kreatywnością, stworzyła bowiem lalkę, która ulegała coraz to nowym transformacjom. (fot. Andrzej Budnik)

Jedna z grup wykazała się największą kreatywnością, stworzyła bowiem lalkę, która ulegała coraz to nowym transformacjom. (fot. Andrzej Budnik)

3-2-1-0 Zaczynamy!

Warsztaty zaczęły się standardowo – każdy się przedstawia. Zebrali się tu młodzi ludzie o różnych zawodach, z różnych środowisk, ale ich wspólnym mianownikiem jest to, że są amatorami teatru lalek. Zabrzmi to może pretensjonalnie, ale naprawdę czuję się tym faktem jakoś poruszona. Wszyscy ci ludzie zebrali się tu, bo chcą się dowiedzieć od polskiej lalkarki, jak się pracuje z lalką.

Pytaniom nurtującym moich „słuchaczy” nie ma końca i można by przesiedzieć kilka ładnych godzin tylko dyskutując o teatrze, ale czasu mamy mało, więc zabieramy się do roboty.

Zadaję im najprostsze, podstawowe ćwiczenia i efekt jest piorunujący. Widać, że każdy z nich w pełni koncentruje się na zadanym ćwiczeniu i angażuje się w nie w stu procentach. Żadnych głupich rozmów, „śmichów-chichów” i innych dekoncentrujących działań. Czy to perska wrażliwość na sztukę? Możliwe, że coś w tym jest. Ćwiczenia wykonują zbiorowo, dla oszczędności czasu i po to, żeby każdy mógł się skupić na sobie, a nie przejmować się, że inni patrzą.

Początkowo ściśle trzymam się misternie ułożonego planu, ale kiedy przechodzimy do ćwiczeń wymagających uruchomienia wyobraźni, rzucam mój zeszyt w kąt i do następnych ćwiczeń czerpię inspirację z moich warsztatowiczów. Po co mam sztywno trzymać się sztucznego planu, skoro zajęcia idą trochę w inną stronę…

Obserwuję ich, jak pełni zapału realizują kolejne zadania. Każdy z nich jest zupełnie inny i bardzo się to uwidacznia w ich teatralnych działaniach. Nie ma tu dobrych i złych aktorów, są tu zapaleńcy, którzy chłoną każdą sekundę tych warsztatów – amatorzy, czyli miłośnicy. Jestem zdumiona jak dobrze rozumieją moje intencje, mimo, że komunikacja jest trochę utrudniona, bo ja mówię po angielsku, a mój „asystent” tłumaczy to na farsi. Po ogólnych ćwiczeniach aktorskich, uczymy się tego, że sama dłoń może być lalką i pracujemy dość długo w ten sposób przed i za parawanem.

Najpiękniejszy moment warsztatów, który pokazał też, kto „załapał”, na czym to polega, a kto nie, nastąpił wtedy, gdy przyszło do pracy z lalkami w grupach trzyosobowych. Zadanie polega na tym, że każda grupka ma do dyspozycji duży arkusz papieru i ma z niego stworzyć jakąś lalkę, a potem wspólnie ją animować. Każda grupa stworzyła jakąś zadziwiającą formę, ale jedna z grup wykazała się największą kreatywnością, stworzyła bowiem lalkę, która ulegała coraz to nowym transformacjom. Ich wyobraźnia nie ma chyba końca i co chwilę staje przed nami inna postać… Śmiejemy się do rozpuku, aż tu nagle okazuje się, że pora warsztaty zakończyć, bo trwają juz 5 godzin.

Kiedy ten czas zleciał? Chwilę jeszcze trwają luźne powarsztatowe rozmowy, ludzie pytają o możliwości wzięcia udziału w dłuższych kursach lalkarskich w Europie itd. Pytanie tylko, kto z nich będzie miał realną możliwość wyjazdu z Iranu… ale to temat na zupełnie osobny artykuł.

Epilog

Zmęczona i zadowolona ze smakiem zajadam domowy obiad, a potem cała czwórka, czyli Andrzej, Michał, Keyvan i ja udajemy się na popołudniową drzemkę na perskim dywanie. To był pracowity dzień dla nas wszystkich i każdy coś z niego wyniósł: Andrzej i Michał mają sporo zdjęć z warsztatów, Keyvan nagrał film i ma też ogólną radochę, a ja mam najwięcej – dowiedziałam się, że potrafię poprowadzić warsztaty lalkarskie z dorosłymi i sprawia mi to dużą radość.

Podróżowanie po świecie jest wielką przygodą, odwiedza się wiele ciekawych miejsc, spotyka się niezwykłych ludzi, ale najcenniejsze jest to, że można dowiedzieć się o sobie kilku nowych rzeczy. Tym razem dzięki grupce Irańczyków – amatorów teatru lalek przekonałam się, że nie jestem taka słaba jak mi się wydawało i jak mi się czasem wmawiało.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Alicja Rapsiewicz

Alicja Rapsiewicz

Kocha góry i wszystko, co z nimi związane. Od 1 lipca 2009 roku w podróży dookoła świata - LosWiaheros.
Podobne artykuły
Operacja Dzika Afryka. Jak zostałam mamą osieroconego nosorożca

Operacja Dzika Afryka. Jak zostałam mamą osieroconego nosorożca

Świat, w jakim się znalazłam pracując w sierocińcu dla zwierząt w RPA, zatrwożył mnie opłacanym okrucieństwem, które niszczy wszechobecne piękno przyrody. A jednak zakochałam się w Afryce....
Spacerując po Esfahanie

Spacerując po Esfahanie

Drugim irańskim miastem, które odwiedziliśmy w czasie naszej irańskiej wędrówki był wyjątkowy – z wielu przyczyn – Esfahan. Irańczycy zwykli mawiać „Esfahan nesfe dżahan”, sugerujący, że owo miasto stanowi „połowę świata”. ...
Dlaczego WARTO pojechać do Iranu? (cz. II) – Tabriz

Dlaczego WARTO pojechać do Iranu? (cz. II) – Tabriz

Dlaczego WARTO pojechać do Iranu? Przeczytajcie drugą część relacji z naszej podróży, którą odbyliśmy w lipcu 2011 roku. Opisuję w niej przygody w trakcie pobytu w Tabrizie....
Natalia Rożniewska: mam satysfakcję, że robię coś dla świata

Natalia Rożniewska: mam satysfakcję, że robię coś dla świata

Operacja Dzika Afryka to projekt Natalii - miłośniczki zwierząt zamieszkujących czarny ląd. To połączenie jej dwóch wielkich pasji: podróży i weterynarii. Niedługo Natalia wyrusza na wolontariat do RPA, gdzie będzie miała okazję pomagać nosorożcom, s...

Komentarze: 2 »

  • Pi

    Swietnie opisane spotkanie, ma sie wrazenie osobistego w nim uczestniczenia :)

  • Tom

    No brawo Alicjo, brawo! Nie znamy się osobiście ale chętnie bym w takich warsztatach przez Ciebie wziął udział, bo zawodowo bliskie mi to klimaty, a Twoje zaangażowanie i radość z pracy z ludźmi 10/10 sądząc po opisie i zdjęciach oraz filmikach na http://www.loswiaheros.pl gdzie też dotarłem!

    pozdrowienia i powodzenia w podróży!
    Tomek

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele