Tańczymy… – europocentryzm w nienagannej formie


Wojtek Ganczarek


Jeśli chodzi o warsztat reporterski – wszystko jak Mariusz Szczygieł przykazał. Tekst jest płynny, wartki i wciągający jak najlepsza reklama sieci telefonii komórkowej. Praca reporterska została wykonana w sposób wzorowy: widać, że autorzy spędzili czas z bohaterami tekstów, widzieli ich codzienne życie, poznali członków rodzin. W opisach zdarzają się naprawdę błyskotliwe detale. Jeśli jednak przejdziemy do idei tekstów, do tego, co przeciętny czytelnik może z nich wynieść, to jest już gorzej. Tańczymy już tylko w Zaduszki to niestety kolejna europocentryczna wizja „egzotycznej” Ameryki Łacińskiej bez istotniejszej próby zrozumienia kontekstów kulturalnych i historycznych.

ZA

Zacząć tekst od dwóch-trzech wieloznacznych, na wpół niezrozumiałych sformułowań. Wytłumaczyć się dopiero w drugim akapicie, zaskakując tym samym czytelnika już na starcie. Dalej ciągnąć krótkimi zdaniami: dużo czasowników, wartka akcja. Słownictwo – codzienne. Przy opisach rozmówców podkreślić kolor oczu i ubrania, dorzucić jakiś detal z otoczenia: jeśli rozmówca biedny, jakiś rozpadający się przedmiot, jeśli bogaty – przedmiot odpowiednio luksusowy. Zastępować przymiotniki rzeczownikami, jeśli to możliwe. Aha, i obowiązkowo wrzucić do wstępu jakiś cytat z Kapuścińskiego!

Kierując się niniejszym przepisem dostaniemy tekst, który czyta się po prostu doskonale. Autorzy książki – Maria Hawranek i Szymon Opryszek – tę nienaganność techniczną opanowali do perfekcji. Tańczymy już tylko w Zaduszki czyta się z rzadko spotykaną swobodą i lekkością.

Książka składa się z kilkunastu reportaży, których akcja dzieje się w różnych krajach Ameryki Łacińskiej. W miejscach – przynajmniej tak czytamy we wstępie – nie kojarzących się z Nowym Światem: w wiosce menonitów, na stoku wulkanu, w kopalni. Mi tam się Ameryka Łacińska bardzo z kopalnią kojarzy, ale na razie zostawmy to na boku. Autorzy w zamierzeniu chcieli pokazać życie na uboczu, poza głównym nurtem.

Tańczymy… kipi od realnych postaci, spotkań i rozmów. Jest konkret. Jest życie. Jest ostre słońce i wilgoć puszczy. Są zaskakujące fakty, żartobliwe wypowiedzi i emocje. Jest – a raczej byłoby – naprawdę dobrze, byłoby może doskonale, gdyby nie pewien detal: idea tekstów.

PRZECIW

Zanim przejdziemy do zapowiadanej idei, komentarz krytyczny w stosunku do formy. Jasne: opanowanie warsztatu reporterskiego to sztuka, i wielki szacunek dla autorów, że ją posiedli. Ale skoro już ją posiedli, mogliby ją zdywersyfikować. Tymczasem przy większości artykułów składających się na książkę miałem wrażenie, że autorzy wykorzystali jakiś program do pisania idealnych reportaży, wrzucili tam dane rozmówców, detale okolicy oraz nagrania z dyktafonu, a maszyna wypluła gotowy tekst.

Chcę przez to powiedzieć, że struktura kolejnych artykułów rażąco powtarza się. Są pewne chwalebne wyjątki – jak Świnka czy Matka Boga – ale przy reszcie można mieć wrażenie, że jest jak u MacLeana: czytasz dwa teksty i już wiesz jaka jest cała reszta. Na szczęście w przypadku Tańczymy tylko w Zaduszki nie wszystkie reportaże dotyczą II wojny światowej.

W niektórych tekstach, np. w Macondo, zdarzają się opisy, które na własny użytek nazywam „bajkami dla dobrych dzieci”, ale to już moje osobiste preferencje.

Ulicą przejeżdża trójkołowy pojazd, trochę rower, a trochę taczka.

Jak słodko. Albo:

Ktoś zasadził jukę, limonkę albo mango. Obrodziły, następni poszli jego śladem. Jakiś señor naciął drzewo kauczukowe, inny znalazł złoto albo zasadził bananowce, jak w Aracatace.

Kauczuk, złoto i banany: trzy przekleństwa Ameryki Południowej wywołujące wojny, wyzysk i wysiedlenia. A tu taka radość i harmonia: jeden pan naciął kauczuk, drugiemu wyrósł banan, bardzo śliczny to obrazek, bez niewolnictwa, klas i wojen domowych. Tak przy okazji: juki w języku polskim to takie worki do przewożenia towarów na grzbietach zwierząt… jucznych właśnie. Hiszpańska yuka to po polsku maniok.

Historia Ameryki Łacińskiej w pigułce

Historia Ameryki Łacińskiej w pigułce (Cristobal Colon = Krzysztof Kolumb). (Fot. Wojtek Ganczarek)

IDEA

Tańczymy już tylko w Zaduszki opatrzono podtytułem Reportaże z Ameryki Łacińskiej. Sugeruje to, że mamy do czynienia z jakąś całością, utworem obejmującym jedną myślą cały region. We wstępie autorzy skarżą się, że postrzegamy Amerykę Łacińską jako kontynent biedny, niebezpieczny i egzotyczny. W swoich reportażach pokazują nam natomiast… że właśnie tak jest!

W Ameryce a’la Hawranek i Opryszek znajdujemy przede wszystkim zabobony (reportaż Świnka), stereotypową biedę (Złodzieje morza), wojny gangów (Komendantka Mewa), prostytucję (Kombinezon), szalonych dyktatorów (Lamalant, Lepiej nago) i inne niewytłumaczalne dziwactwa, nad którymi – bez należytego pogłębienia tematu – można tylko prostodusznie się zachwycać, święcie się wzburzać lub beztrosko je wyśmiewać.

Dlaczego dwudziestopierwszowieczni autorzy używają słownictwa postkolonialnego? Dlaczego pisząc tekst niby to o Paragwaju nie przeczytają chociażby jednej paragwajskiej książki, natomiast cały stos europejskich – owszem? Dlaczego w książce nie znajdzie się niemal żadnych odniesień do wydarzeń historycznych i ekonomicznych, którymi łatwo można by było wytłumaczyć wiele „egzotycznych” i „dziwacznych” elementów amerykańskiego świata?

I tak mamy na przykład dwa reportaże o górnictwie w Peru, pozostawione – ma się rozumieć – bez żadnego kontekstu historycznego. Po lekturze można by odnieść następujące wrażenie: Peruwiańczycy to zacofany naród, który przez dwieście lat niepodległej historii nie potrafił wynaleźć lepszej formy zarobku niż surowce i prostytucja. Wniosek: to jakaś banda prymitywów. Naprawdę nie trzeba dużo czytać, by dowiedzieć się, że struktura gospodarcza nie tylko Peru, ale i całego kontynentu, odziedziczona jest w prostej linii z czasów kolonii.

(1) Hiszpanie wprowadzili w Nowym Świecie ekonomię ekstrakcyjną.

(2) Amerykę utrzymywano nie tylko w charakterze dostawcy surowców, ale i rynku na produkty rzemiosła i – nieco później – przemysłu europejskiego: w XVIII wieku Korona wprost  z a k a z y w a ł a  rozwoju przetwórstwa za oceanem.

(3) Po uzyskaniu niepodległości przez kraje amerykańskie, ziemie i kopalnie zostały w rękach Hiszpanów i co zamożniejszych blancos criollos, czyli białych urodzonych już w Nowym Świecie.

(4) Potęgi gospodarcze takie jak Wielka Brytania, Francja czy Stany Zjednoczone dbały o nienaruszalność status quo: za pomocą mniej lub bardziej bezpośredniej korupcji uzyskiwano znoszenie ceł na produkty przemysłowe. Europejska rewolucja przemysłowa, by podtrzymać swój rewolucyjny ferwor, potrzebowała na gwałt rynków zbytu. Latynoamerykańska oligarchia żyła wygodnie z rent z kopalni czy tysięcy hektarów upraw eksportowych (kakao, trzcina, kawa) i kupowała produkty przetworzone w Europie i w Stanach.

(5) W takie sytuacji nie miało prawa dojść do rozwinięcia się krajowego przemysłu, nikogo to po prostu nie interesowało. Rzeczywiście: jeszcze do niedawna coś takiego jak latynoamerykańska burżuazja praktycznie nie istniało (oprócz burżuazji handlowej w portach eksportowych).

Te pięć punktów to fakty ogólnie znane. Przynajmniej za oceanem. Po takich pięciu punktach odbiór reportażu mógłby być diametralnie różny: zamiast „Peruwiańczycy to banda prymitywów” mielibyśmy „Peruwiańczycy cierpią ciężkie warunki pracy za dobrobyt zachodnioeuropejski, północnoamerykański i… latynoamerykański, ograniczony do wąskiej elity oligarchicznej”.

[Jeden ze sposobów opisywania Ameryki to ten] wychodzący od pisarzy o stale wytrzeszczonych źrenicach na widok tej tajemnicy Ameryki. To bagno ożywionych wód i materii organicznych pożarło miliony tomów żywiących się tym Wielkim Nic, które poważna prasa nazywa myślą amerykańską. Cały sekret polega na unikaniu najważniejszych tematów dramatu – pisał Jorge Abelardo Ramos w Historia de la Nacion Latinoamericana (Historia Narodu Latynoamerykańskiego).

Stosunek autorów do historii i wysiłków wytłumaczenia zjawisk i procesów społecznych może najjaskrawiej objawia się w ostatnim z reportaży, dotyczącym – podobno – Paragwaju. Jedyny fragment, którzy rzeczywiście Paragwaju dotyczy, wygląda tak:

Port w Asunción to kilka szop, doki i drewniane wciągarki do bagaży. Obok monumentalny urząd celny, jeden ze śladów megalomanii prezydenta Francisca Solano Lópeza, który chciał być paragwajskim Napoleonem. Nad miastem króluje też zniszczały pałac Lópezów. Wraz z ekscentrycznym władcą, który wytoczył wojnę trójprzymierzu Argentyny, Urugwaju i Brazylii, z pałacu zniknęły meble i paryskie lustra.

Zanim przepisze się coś z Wikipedii, zwłaszcza polskiej (gdzie niezawodnie znajdziemy to „błyskotliwe” zdanie o Napoleonie), dobrze jest się zastanowić: czy to, co tam piszą, brzmi logicznie? Czy brzmi logicznie, że śródlądowy, niewielki kraj, wypowiada bez powodu wojnę trzem większym krajom na raz, z których to trzech krajów, dwa to największe potęgi eksportowe kontynentu?

Podpowiem: to nie brzmi logicznie. Podpowiem więcej: to nawet nie jest prawdą. Autorzy reportażu – jak wynika z bibliografii – przeczytali chyba wszystkie opracowania dotyczące życia Niemki Elisabeth Nitsche, natomiast temat wojny paragwajskiej – jednego z najistotniejszych tematów dyskusyjnych w całej historiografii latynoamerykańskiej – spłaszczyli do stwierdzenia, że prezydent Paragwaju to megaloman i szaleniec. Nieważne, że obaj prezydenci Lopez – ojciec i syn – zrobili z Paragwaju największą potęgę gospodarczą jeśli chodzi o produkcję krajową na kontynencie i wyrwali się z dyktatu brytyjskiego eksportu. Nieważne, że wybudowali jedną z pierwszych linii kolejowych, pierwsze huty żelaza, rozciągali druty telegraficzne, i tak dalej, i tak dalej. Nie. Skoro zachodnie źródła mówią, że byli szaleni, to byli szaleni, i koniec.

Sama wojna również miała bardziej skomplikowane początki, nad którymi można by się długo rozwodzić (podpowiem: tam zaszedł taki „przypadek”, że tak władze brazylijskie, jak i argentyńskie, cechował probrytyjski klientelizm – Argentyna to nawet w swoim czasie zgłosiła chęć bycia anektowaną przez Wielką Brytanię – a środki finansowe na wojnę dostarczyły brytyjskie banki; natomiast Paragwaj u Brytyjczyków specjalnie nie kupował, resztę zostawiam osobistej lekturze), ale autorzy woleli zrobić z reportażu „o Paragwaju” streszczenie z przeczytanych książek o Elisabeth Nitsche. Historię paragwajską przekształcili przy okazji w coś, co można by porównać ze stwierdzeniem: Piłsudski to był szalony dyktator megaloman, a II wojna światowa wybuchła przez Polaków, bo ci nie chcieli dać Niemcom korytarza gdańskiego. No niby prawda, ale nie do końca.

A skoro już o Lopezie mowa, to zróbmy taki dodatek edukacyjny: autorzy co prawda nie piszą o nim wprost jako o dyktatorze (jest za to megalomanem i ekscentrykiem naśladującym Napoleona), ale w innych tekstach zdarza się, że bywa tak nazywany. Teraz zastanówmy się: czy nie ma tu przypadkiem manipulacji? Jest połowa XIX wieku i mówi się nam o dyktaturze? To kto wtedy nie był dyktatorem? Car Aleksander? No tak, nie był dyktatorem, był carem. „Demokracja” Stanów Zjednoczonych bogacąca się na pracy niewolników (w Paragwaju w tamtych czasach dawno już nie było mowy o niewolnictwie)? Fryderyk Wilhelm? Franciszek Józef? No, który był największym demokratą?

Właściwie gdzieś tak do I wojny światowej większy lub mniejszy zamordyzm pozostawał ogólnie uznawaną na świecie formą władzy. Mówienie o dyktatorach z XIX wieku to trochę jak opowieści o polskiej husarii, co to łamała prawa zwierząt zajeżdżając konie na śmierć.

Rzeczywiście warto iść w ślady Kapuścińskiego. Ale powinno to polegać nie tylko na przywaleniu wzniosłym cytatem z Ryszarda we wstępie do książki, ale i czytając nieco o historii krajów, o których chce się opowiadać. Kapuściński przestrzegał tej złotej reguły.

Wojtek Ganczarek w Ameryce łacińskiej

Dwie Indianki z pradawnych plemion zasiedlających pieczary i chaty wśród nieprzemierzonych wenezuelskich równin. W środku autor recenzji, szaman ze szczepu Polaków.

SŁOWNICTWO

W książce wielokrotnie pojawia się: „plemię”, „Indianie”, a nawet – uchowaj Boże – „szczep”. I w porządku, Henrykowi Sienkiewiczowi bym wybaczył, bo pisał przeszło sto lat temu. Cejrowskiego w pewnym sensie rozumiem, bo najwyraźniej świadomie idzie na efekciarstwo, a nie na znalezienie prawdy. Ale para młodych i ambitnych reporterów w XXI wieku sadząca takie byki semantyczne?

Semantyczne, bo nie chodzi o to, że ja tutaj chcę bronić jakiejś abstrakcyjnej politycznej poprawności, która zakazuje nazywać rdzenne narody Ameryki Indianami. Chodzi o to, co z książki zrozumie czytelnik. Pojawia się w tekście np. „stara Indianka”. Znając odrobinę amerykańskiej rzeczywistości śmiem podejrzewać, że ta kobieta nosi kozaczki ze skaju, chiński podkoszulek i plastikowe kolczyki z targu. Ogląda reality-show, nałogowo lajkuje zdjęcia kotków na fejsie, a w kościele pieje pieśni maryjne w języku jak najbardziej indoeuropejskim. Słowem: jest zupełnie podobna do klasycznej polskiej ciotki z prowincji. Jednak autor zdecydował się ochrzcić ją imieniem „stara Indianka” co u większości czytelników zapewne wywoła wyobrażenie jakiegoś egzotycznego nie-wiadomo-co ubranego w pióra i pohukującego w języku przypominającym ryty godowe szympansa. I po co?

W szczególności mamy również „Indian ze szczepu Guajiro”. I proszę mi się nie tłumaczyć, że tak stało w polskim tłumaczeniu Stu lat samotności bo to żadne wytłumaczenie. Autorzy byli w Kolumbii więc powinni wiedzieć, że La Guajira to pustynny półwysep, a ludzie, którzy tam mieszkają, to naród Wayuu. No i ten „szczep” nieszczęsny, święta matko Bolka i Lolka…

Ja się poważnie zastanawiam, dlaczego w reportażu z Boliwii autorzy nie mówili o menonitach „plemię niemieckie ze szczepu menonitów”. No dlaczego? Przecież prowadzą „prymitywny tryb życia” i nie mają spisanej własnej literatury (tego ostatniego dowiedziałem się z reportażu, chwała autorom!). No więc dlaczego? Bo są biali i z Europy.

BŁĘDY RZECZOWE

Nową Grenadą nazwano zresztą dziewiętnastowieczne państwo, które powstało gdzieś tutaj po rozpadzie Wielkiej Kolumbii obejmującej terytoria Kolumbii, Wenezueli, Panamy i Ekwadoru. Prawda! Taka sama jak stwierdzenie: „warszawski” to przymiotnik wywodzący się od Księstwa Warszawskiego, dziewiętnastowiecznego państwa utworzonego przez Napoleona. No tak, właściwie dlaczego nie.

Nowe Królestwo Grenady zostało utworzone w 1550 roku mili państwo, Wicekrólestwo Nowej Grenady w 1717, a ta Nowa Grenada z XIX wieku to już taka siódma woda po kisielu. W okolicy tego cytatu znajdują się również rozważania autorów w stylu „bajki dla dobrych dzieci”, że och, ach, jakie to dziwaczne, że w Ameryce Łacińskiej miasta kopiują nazwy miast hiszpańskich. Nazwy hiszpańskich miast w hiszpańskiej kolonii: no straszne to dziwne i niewytłumaczalne, doprawdy.

Nie on jeden [Gabriel Garcia Marquez] zaanektował słowo, nie znając jego znaczenia. W Kolumbii takimi drobiazgami nikt się nie martwi. Tu Finlandia leży gdzieś w górach koło Medellín. Ech… To miasteczko nazywa się Filandia (bez n!), drodzy autorzy. Nie oni jedni [Hawranek i Opryszek] użyli obcego słowa, nie znając jego pisowni. W Polsce takimi drobiazgami nikt się nie martwi.

Stali się bohaterami, gdy 9 listopada 1820 roku przyczynili się do wygranej z armią hiszpańską w bitwie pod Guarandą. Ekwador walczył wówczas o niepodległość. No nie wiem, ja tam czytałem, że chodziło o niepodległość Guayaquilu. I tak, to ma znaczenie. Owszem, Guayaquil leży obecnie w Ekwadorze, ale w tamtych czasach jego przyszłość nie była jeszcze jasna. Mógł trafić do Peru (i w drugiej połowie XVIII wieku, czyli na moment przed wojnami o niepodległość, rzeczywiście podchodził pod jurysdykcję Wicekrólestwa Peru), mógł stać się niepodległy (i rzeczywiście przez krótki czas niepodległy był), wreszcie: mogło się udać zjednoczenie kontynentu w ramach federacji. I nie chodzi o to, że jestem detalistą. Chodzi o kwestię w gruncie rzeczy fundamentalną: mówić o Ekwadorze w 1820 roku to coś jakby uznawać, że Ekwador razem z jakimś „narodem” ekwadorskim, już wtedy istniał. Nic bardziej błędnego. Kraje Ameryki Łacińskiej na początku XIX wieku nie „odzyskały” niepodległości. Te kraje wtedy  p o w s t a ł y.

Był 3 kwietnia 2014 roku. Studenci w Caracas kolejny raz protestowali przeciwko rządom Nicolása Maduro. Dobiegał końca jego pierwszy rok na stanowisku tymczasowego prezydenta Wenezueli. No nie, to już było rok po wyborach, czyli nie chodzi o żadnego tymczasowego, tylko pełnoprawnego prezydenta.

Zapalony lewicowiec nikomu się nie kłaniał – ani prezydentowi USA Georgowi Bushowi, którego nazywał diabłem, ani oligarchom – [Chavez] znacjonalizował przemysł naftowy. Przemysł naftowy w Wenezueli znacjonalizowano w 1976 roku. Hugo Chavez miał wtedy dwadzieścia dwa lata i biegał z karabinem po poligonie. Stylistykę „zapalonego lewicowca” przemilczę.

A skoro już o tekście z Wenezueli mowa: nie wiem, czy to dlatego, że akurat Wenezuelę znam nieco lepiej, ale właśnie ten reportaż – Lepiej nago – wydaje mi się z całego zbioru Tańczymy już tylko w Zaduszki merytorycznie najsłabszy. Jest po prostu rażąco stronniczy: wszystkie przytaczane wypowiedzi padają z ust stosunkowo radykalnych opozycjonistów, najwyraźniej z klasy średniej wyższej. Robi się przy tym z Chaveza jakiegoś krwawego, oderwanego od rzeczywistości satrapę według polskiego postpeerelowskiego szufladkowania „z lewicy, więc zły i potworny”. Nie żeby był gołąbkiem pokoju, ale bez przesady. No i miał też swoje racje, o których warto nie zapominać, jeśli chce się cokolwiek z Wenezueli zrozumieć.

REASUMUJĄC

Tańczymy już tylko w Zaduszki to zbiór zgrabnych, wciągających reportaży, opowiadających o niebanalnych elementach latynoamerykańskiego życia. W ogólnej wizji kontynentu jest to jednak tekst banalnie europocentryczny i nie należałoby się nim specjalnie kierować jeśli chodzi o zrozumienie Ameryki.

Jestem całkowicie świadomy, że dla większości czytelników moje uwagi rzeczowe do książki, to nic nie znaczące detale. Ale póki nie zaczniemy na te „detale” (i ich szerszy kontekst) zwracać należytej uwagi, póty Ameryka Łacińska pozostanie dla nas strefą dziwactw i szaleństwa, kontynentem „biednym, niebezpiecznym i egzotycznym”.

Tańczymy już tylko w Zaduszki, Maria Hawranek i Szymon Opryszek, Wydawnictwo Znak

Wojtek Ganczarek


Wychodząc w góry, wracał po tygodniu. Wyjeżdżając autostopem, docierał po dwóch miesiącach. A jak wsiadł na rower, tak go nie ma. Pisze tu: Fizyk w podróży.

Komentarze: 18

futrzak 7 czerwca 2016 o 18:23

Dzieki za recenzje. Ksiazek tragicznie europocentrycznych jest wiecej, rzadko kiedy komus chce sie prostowac jedynie sluszna wizje dziejow….

Odpowiedz

Janyugo 8 czerwca 2016 o 14:25

Solidnie, Wojtek, szacun za orkę na ugorze.

Odpowiedz

Intoamericas.com 8 czerwca 2016 o 18:45

Po 40 pozytywnych recenzjach z utęsknieniem wyglądaliśmy porządnej krytyki naszej książki i jesteśmy za nią bardzo wdzięczni, bo to z krytycznych uwag możemy najwięcej się nauczyć. Choć opinia Wojciecha Ganczarka nie jest pozbawiona tendencyjności i złośliwości („tekst jest płynny, wartki i wciągający jak najlepsza reklama sieci telefonii komórkowej” – nas reklamy nie wciągają, a płynność i wartkość narracji z żadnej strony nie może być zarzutem), z pokorą przyjmujemy pod rozwagę komentarze dotyczące kwestii merytorycznych (np. słusznie wypunktowanej pomyłki językowej „juka” versus „maniok”, która nam umknęła, podobnie jak autorowi recenzji wielokrotnie umknął poprawny zapis nazwiska filozofa i jego siostry – zamiast „Nietzsche” używa „Nitsche”) i kwestii historycznych (np. rzeczywiście sformułowanie „dyktator” w kontekście XIX wieku nie jest uzasadnione, a skróty upraszczające historię Nowej Grenady czy Ekwadoru zbyt mylące). Jednak np. przedmiotem opowieści o górnictwie w Peru nie było nakreślanie historii rozwoju gospodarek postkolonialnych, a raczej – aktualnej sytuacji i naszej za nią globalnej współodpowiedzialności. Podobnie jak opowieść „Lamaland” nie jest reportażem „o Paragwaju”, tylko reportażem z tamtego kraju.
W naszym przekonaniu nie napisaliśmy też książki europocentrycznej. Wręcz przeciwnie – staraliśmy się niemal całkowicie oddać głos naszym bohaterom i gdzie tylko się dało, usuwać w cień opowieści. Czytelnicy nie znajdą w niej naszych opinii, ocen, czy wartościowania, a jedynie opowieści, z których sami mogą wyciągnąć wnioski.
A propos formy, dla nas opinia, że warsztat reporterski jest „jak Mariusz Szczygieł przykazał” to duży komplement, za który dziękujemy – choć zdaje się, że recenzent chciał nas w ten sposób raczej przyganić niż pochwalić. Zarzut powtarzalności w sposobie opowiadania wydaje nam się rażąco niesłuszny – wystarczy, żeby czytelnik przeczytał trzy dowolne rozdziały, by się zorientować, że na każdy reportaż mamy inny pomysł narracyjny. Jest narracja pierwszoosobowa, w której to my opowiadamy (np. „Matka Boga”), trzecioosobowa, w której w ogóle się nie pojawiamy (np. „Zgniłe jabłka”), taka, w której oddajemy głos wielu bohaterom (np. „Lepiej nago”), czy tylko jednemu z nich (np. „Komendantka Mewa”).
Również komentarz dotyczący słownictwa wydaje nam się nietrafny. Jak inaczej recenzent chciałby zastąpić sformułowanie „stara Indianka”? Nam absolutnie nie kojarzy się ono zresztą z osobą „pohukującą” jak szympans czy kobietą w „kozaczkach ze skaju”. To dopiero europocentryczne podejście.
Idea
Jako reporterzy nie postawiliśmy sobie za cel „obejmowania jedną myślą całego regionu” – takie założenie skazałoby nas na sromotną porażkę. Chcieliśmy napisać reportaże o społecznościach, które żyją trochę na uboczu, trochę poza głównym nurtem wydarzeń i powszechną świadomością, poza tym co zwykliśmy myśleć na dźwięk słów „Ameryka Łacińska”. Oczywiste więc, że reportaże pokazują jedynie skrawki rzeczywistości. Wydaje nam się też, że recenzentowi pomylił się koncept literatury non-fiction, która oprócz tego, że ma się opierać na faktach, ma być też dobrze i ciekawie napisanym tekstem literackim, z opracowaniem historycznym i mylnie założył, że reportaż z danego kraju jest o nim. Czy reportaż, który opowiada jedną historię z Polski może być oceniany w kategoriach „reportażu o Polsce”? Próba takiej oceny świadczy raczej o oceniającym, a nie jej przedmiocie. My w każdym z krajów wybraliśmy jedną lub kilka historii o konkretnych ludziach. Żaden z rozdziałów nie pretenduje do tekstu analitycznego, historycznego, czy politycznego. Wtedy przestałby być literaturą non-fiction, a stałby się rozprawą akademicką.
Czy rzeczywiście potwierdzamy stereotypy? Odczuliśmy ich obalanie na własnej skórze. Dla nas „Komendantka Mewa” to nie opowieść o wojnie gangów, tylko o niezwykłej odwadze i samozaparciu. Jej bohaterka nauczyła nas, by nie przykładać gotowych kalek – że jak ktoś w wieku 9 lat wylądował na ulicy, to od razu musiał się stoczyć, a jeśli w wieku 13 zaszedł w ciążę, to pewnie była ona równoznaczna z nieszczęściem. Reportaż „Świnka” rzeczywiście opowiada o zabobonach, ale opisaliśmy je z sympatią z jaką przedstawilibyśmy polskie zwyczaje i wierzenia ludowe, gdyby wciąż były tak powszechnie praktykowane. „Złodzieje morza” w naszym odczuciu to nie opowieść o biedzie, tylko o tym, jak nam się żyje, kiedy wokół za dużo sąsiadów, a za mało przestrzeni za mało, itd. Nie zachwycamy się, nie wzburzamy, nie wyśmiewamy. Staramy się nie oceniać naszych bohaterów, a jedynie opowiadać ich historie w najciekawszy sposób, jaki potrafimy.

Odpowiedz

Marzena 9 czerwca 2016 o 11:20

Każdy ma prawo wyrazić swoją opinię – owszem. Jednemu książka może się nie podobać, inni (np ja) mogą się nią zachwycać. Mam jednak pytanie do autora recenzji. Jak przetłumaczyłby hiszpańskie słowo „tribu”? Bo z tego co się orientuję, oznacza to „plemię”. Moi boliwijscy przyjaciele tym właśnie słowem określają swoje i inne plemiona. Nie słyszałam nigdy z ich ust by nazwali się np. „grupo étnico”. Czy w takim razie, to słowo ma aż tak negatywny oddźwięk, skoro oni sami tak siebie nazywają? Czy to aby nie zbytnie czepialstwo?

Odpowiedz

Wojciech 9 czerwca 2016 o 14:23

@Intoamericas

Za Nitsche punkt dla Ciebie :D! No dobra, właściwie to nie, bo ostatecznie to rozważamy Twoją książkę, a nie mój komentarz, także zostaje 0-0.

Co do telefonii komórkowej i Mariusza Szczygła: płynność owszem, jest zaletą! Jest pochwałą! Nie bez kozery recenzja ma swój dział „ZA”! Aczkolwiek trzeba by sprostować, że jest to pochwała do pewnego stopnia. Konkretniej: jest to pochwała dla rzemieślnika, nie dla artysty. Może to kwestia gustu: warsztat a’la Mariusz Szczygieł przypomina mi właśnie reklamę telefonii komórkowej czy proszku do prania: te krótkie zdania, te szarpanie emocjami gdy nic się nie dzieje… Nie wiem, wydaje mi się to daremne, ale ja po prostu wolę gawędzenie Wańkowicza.

Powtarzalność w stylu podtrzymuję. Czytelnik sam się przekona.

„Nie napisaliśmy książki europocentrycznej” tiaaaa. Trudno jest europocentryście przyznać, że napisał książkę europocentryczną, gdyż europocentrycznie patrząc na swą europocentryczną znajomość kontynentu sądzi, że poznał go całkiem nieźle ; ). Zresztą czego można się spodziewać po kimś kto stronę internetową o podróżach i reportażach po kontynencie hiszpańskojęzycznym nazywa po angielsku…

No dobra, to było poniżej pasa.

Nasze reportaże pokazują skrawki życia, prawdziwych ludzi KONTRA źli akademicy, tiaa…. coś mi to przypomina, zaraz zaraz, coś mi to przypomina… Przypomina mi to tych autostopowiczy co to jadą do Gruzji, rozmawiają z trzema kierowcami, a potem ogłaszają, że poznali Prawdą Prawdziwą o Kaukazie. Moja droga, czasami nie włączenie w tekst choćby pięciu zdań o historii (bo nie chodzi o „rozprawkę akademicką” tylko o jeden ustęp!) jest po prostu nieodpowiedzialne. Podam ci przykład bliższy jeśli chodzi o przedstawianie „aktualności”. Krym: Putin mówi, że tam wszyscy mówią po rosyjsku, więc półwysep należy się Moskwie. I co, nie m racji? Nie taka jest aktualność? Taka właśnie jest, na Krymie obecnie prawie wszyscy mówią po rosyjsku. Możesz tam jechać, zrobić reportaż i opowiedzieć światu, że no faktycznie, po rosyjsku gawariat, Putina lubjat i tak dalej, i po prostu nieodpowiedzialnym byłoby nie wciśnięcie ze dwóch zdań o historii Tatarów, Kozaków, wywózek na Syberię itd. Paniali?

Czy potwierdzacie stereotypy>? Jasne, w przedstawionym przez was świecie znajdzie się w sposób wyeksponowany wszystkie stereotypowe elementy (bez żadnego wyjaśnienia). Że nie chcieliście obejmować jedną myślą całego kontynentu? A przepraszam, co piszecie we wstępie? Że oto Hawranek i Opryszek pokażą nam nowe spojrzenie na region!

Jak nazwać „starą Indiankę”? Tak samo jak nazwałabyś starszą kobietę narodowości łemkowskiej. Indianie to żyją nie wiem… w Indiach. Że wy nie rozumienie Indianki jako pohukującego egzotycznego nie wiadomo co, to nie znaczy że tak zwany statystyczny czytelnik tak tego nie zrozumie. Ostatecznie książkę pisze się dla odbiorcy, a każde słowo zawiera swój wybuchowy ładunek semantyczny, czy tego chcecie czy nie.

Marzena, bo te tribu jest po hiszpańsku, a nie w quechua ni aymar, zauważyłaś? Jaki z tego wniosek? Resztą rozumowania zostawiam na zadanie domowe i przestaję wypowiadać się pod włąsną recenzją bo to trochę bez sensu, ja tam już zrecenzowałem : ).

Odpowiedz

    Krzysiek 18 czerwca 2016 o 8:56

    Tak, „tribu” jest słowem hiszpańskim. Czy sugerujesz, że autochtoni, którzy go używają, nie rozumieją jego znaczenia?

    Odpowiedz

s 13 czerwca 2016 o 23:46

Cóż, Wojtek, książki nie czytałem, ale mam wrażenie że Twoja krytyka określeń typu Indianka czy szczep wywodzi się jednak z forsowanej poprawności politycznej czy lewicującej ciągot, sam nie wiem, w każdym razie coś jest na rzeczy. Mi również ‚stara Indianka’ nie kojarzy się z Indianką z prozy Londona, w moim odczuciu nie żyje w Indiach, lecz w Ameryce, a określenie odnosi się do jej rasy, pochodzenia – jest Indianką, a nie Metyską bądź Białą i tyle. Szczep to nie to samo co naród i przypisywanie poszczególnym ludom znamion narodu z uwagi na niechęć wobec europocentryzmu i postkolonialnej mentalności dalekie jest od obiektywizmu, no niestety. Generalnie bardzo lubię twoje pisarstwo, ale tym razem sam sugeruje poczytać trochę przed wystosowaniem takiej zgryźliwej krytyki, bo to że ktoś nazywa kogoś Indianami, członkami szczepu, etc nie musi automatycznie oznaczać że uważa ich za gorszych, a negowane faktu innej struktury społecznej w Ameryce Łacińskiej jest po prostu nierozsądne (a jak wiadomo, inna rzeczywistość określa się innymy słowami…chyba że nie wolno krajów pozaeuropejskich określać innymi słowami, bo to zły europocentryzm, etc, itd); nie posądzam Cię zresztą o to, zastanawiam się bardziej nad przyczyną takiej niechęci wobec rzeczonych określeń.

Pozdrawiam.

Odpowiedz

Wojciech 15 czerwca 2016 o 3:40

Do politycznej poprawności – jak widać – raczej mi daleko.

Warto zrobić prosty test: wyjść na ulicę i spytać losowych piętnastu osób z czym im się kojarzy słowo „Indianin”

Można też zrobić inny test: pojechać do Ameryki Łacińskiej i spróbować zwrócić się – jako osoba spoza kontekstu – do ludności rdzennej per „Indio”

Założę się, że w pierwszym wypadku będziemy mieli kolorowe pióra i prymitywność, a w drugim: coś między krzywym spojrzeniem a lufą w ryj.

W pierwszym wypadku: słowo „Indianin” okaże się mieć intensywny ładunek znaczeniowy, niekoniecznie pozytywny.

W drugim wypadku: okaże się niemile widziane.

Utrzymuję, by do Waszych „Indian” stosować takiego słownictwa, jakie stosuje się do Łemków. Nie ma żadnego powodu, by stosowac słownictwo odmienne.

A nazywanie narodem TYLKO tych grup ludności, które – wg niektórych definicji – posiadają terytorium, to jakaś farsa w przypadku tych, którzy tego terytorium zostali pozbawieni ogniem i mieczem. Poza tym nigdy mi się te definicje humanistów nie podobały. Dobre definicje ma tylko matematyka, i to nie zawsze.

Odpowiedz

    s 15 czerwca 2016 o 22:34

    Trochę pokrętna ta logika. Nie powinieneś powoływać się na definicję i ich zakres semantyczny skoro ‚definicje humanistów Ci się nie podobały”. Skoro dobre definicje ma tylko matematyka, to dlaczego zarzucasz cokolwiek osobom które używają w danym kontekście słowa Indianin?

    Zaś co do tego: ‚Można też zrobić inny test: pojechać do Ameryki Łacińskiej i spróbować zwrócić się – jako osoba spoza kontekstu – do ludności rdzennej per „Indio”” – to też niestety muszę zanegować; Autorzy pisali książkę po polsku, z założeniem chyba głównie dla Polaków i nie powinni się nadmiernie przejmować tym jako zakres semantyczny ma dane słowo w danym kraju; w Polsce to słowo m. zd. nie jest postrzegane obraźliwie i nie powinno się to zmieniać z uwagi na sytuacje socjopolityczną krajów Ameryki Łacińskiej.

    Zaś co do badania na ulicy – nawet jeśli byłoby tak jak twierdzisz (czego nie jestem taki pewien) to o czym miałoby to świadczyć? Zakres semantyczny może i jest nazbyt szeroki. Ale w takim razie co zrobiłbyś, przykłądowo, ze słowem Murzyn czy nawet Czarnoskóry. W Polsce zapewne większości będzie kojarzyć się ze stereotypowym murzynkiem Bambo w spódniczce z bambusów, ale czy to oznacza, że osoby rasy negroidalnej mamy nazywać ‚osobami rasy negroidalnej’? A może w dalekoidącej ostrożności żeby nie urazić nikogo i w żadnym wypadku stworzymy nowe słowo, bez żadnych kontekstów? Wybacz, ale nie kupuję takiej retoryki i chyba, na szczęście, nie jestem jedyny.

    Odpowiedz

    Krzysiek 18 czerwca 2016 o 9:03

    Walczysz niby ze stereotypami tutaj, a sam strasznie generalizujesz. Na jakiej podstawie twierdzisz, że „W drugim wypadku: okaże się niemile widziane.” (odnośnie określenia „Indianin”). Miałem okazję ostatnio przebywać prze miesiąc czasu wśród kilkunastu boliwijskich naukowców i wszyscy zgodnie twierdzili, że takowe określenie ani im nie uwłacza ani nie przeszkadza. To jeden z przykładów, bo opinie są podzielone – jak to zazwyczaj bywa. W każdym razie Twoje stwierdzenie jest co najmniej nadużyciem i robisz to, za co ganisz autorów książki – wysnuwasz wnioski na podstawie swoich, ledwie osobistych, doświadczeń.

    Odpowiedz

Wojciech 16 czerwca 2016 o 0:32

Na jaką definicję się niby powołałem?

Nie wiem czy logika pokrętna. Jeśli jakieś słowo okazuje się niemile widziane – patrz „Indio”, którego tłumaczeniem jest „Indianin” – nie widzę sensu, by je stosować. Dodatkowo słowo „Indianin”, jak sama nazwa wskazuje, jest historycznie związane z tym, że kolega Kolumb sądził, że dopłynął do Indii, i umarł biedak w takim właśnie przekonaniu, a cała reszta nie powzięła się nawet na ten drobny wysiłek, by ten błąd poprawić.

W takim sensie słowo „Indianin” jest europocentryzmem do kwadratu: wiemy, że to nie Indie, ale wydawało nam się, że owszem, to Indie, i nie zamierzamy zmieniać zdania w tej kwestii :D.

W Ameryce Łacińskiej użycie słowa „Indio” ma najczęściej podtekst negatywny. Mówi się na przykład „le salio el Indio”, wyszedł z niego Indianin, gdy ktoś zachowa się nieprzyzwoicie lub niezgrabnie. Mówi się o narodach rdzennych „Indios”, kiedy chce się powiedzieć coś negatywnego na ich temat: że się nie integruja, że kradną, że są leniwi, cokolwiek. Słowem względnie neutralnym jest natomiast „indigena”, które można użyć mówiąc o kimś w trzeciej osobie lub wypowiadając się publicznie, np. w dyskursach politycznych. Żaden polityk, jeśli nie chce szybko stracić stanowiska, nie powie w XXI wieku „Indio”.

Chociaż owszem, jeszcze kilkadziesiąt lat temu by powiedział. Ale świat idzie do przodu. Nie zostawajmy w tyle tylko dlatego, że wydaje nam się, że Indianin to takie fajne utarte okreslenie które nikogo chyba nie obraża. No cóż, okazuje się, że owszem.

Jesli natomiast chodzi o semantyke polską: tutaj tez możnaby powiedzieć, że istniał pewien okres w literaturze, kiedy Indianin zawsze nosił pióra i był dziki, ale ten okres chyba już dawno się zakończył. To tak jak w XVI wieku pisano, że dzicy z Ameryki nie mają popędu seksualnego, a tamtejsze (amerykańskie) lwy nie mają grzyw (bo to pumy były). Monteskiusz na przykład nie uznawał „Indian” za ludzi. Ale ten okres w literaturze i filozofii tez już się zakończył, i symbolicznie możnaby zatem zastąpić kiepskiej sławy słowo „Indianin”, wyrażające ignorancję geograficzną i wciskanie setek narodów do jednego worka z nutką poniżenia i pogardy, jakimś godniejszym określeniem. Bo my nawet nie staramy się rozróżniać: czy to Wayuu, czy to Majowie, czy to Inkowie… Nie, po prostu Indianie, takie niskie toto i o skośnych oczach, starczy.

Wreszcie, wyobraxmy sobie – i o to nie trudno – że zabory trwają do dziś. Jeśli jesteś z Krakowa, mieszkasz w Austrii. Francuscy reporteży opisują cię jako, powiedzmy, Huna (bo to jakiś stary lud wschodni, cholera wie co to jest właściwie, lepiej się nie zagłębiać). Do twarzy ci, z Hunem?

Odpowiedz

    S 16 czerwca 2016 o 18:38

    Duzo wiesz nt kontekstu slowa Indianin w Ameryce Lacinskiej i fajnie ze sie tym dzielisz, ale mimo wszystko nie sposob zgodzic sie z konkluzja – ‚Nie zostawajmy w tyle tylko dlatego, że wydaje nam się, że Indianin to takie fajne utarte okreslenie które nikogo chyba nie obraża. No cóż, okazuje się, że owszem.’ – Otoz owszem, slowo Indio w Ameryce Lacinskiej obraza, ale slowo Indianin w Polsce nie. I w Polsce to jest fajne utarte okreslenie ktore nikogo nie obraza i nie wydaje nam sie, tylko takie sa fakty; w Polsce slowo to odnosi sie do rdzennego mieszkanca Ameryki i tyle, choc Ty oczywiscie po 2-3 latach w Ameryce mogles nabrac innego przeswiadczenia. Niemniej w Polsce rzeczywistosc jest moim zdaniem troche inna.

    Slowo Indianin jest tak samo ignoranckie jak okreslenie Europejczyk, Azjata, Murzyn albo Hindus (przeciez w Indiach, Europie czy Azji mieszkaja dziesiatki jak nie setki grup etnicznych). Nie jest to okreslenie ignoranckie (a raczej nie musi byc) tylko ogolne. Owszem, jego genus (tzn pomylka Kolumba) jest przykry, ale czy w zwiazku z tym powinnismy przestac uzywac slow Niemcy (no bo niemi) albo Wlosi (bo kosmaci)?

    Najwidoczniej nie przekonamy sie nawzajem; roznica jest tylko taka ze ja nie mam z tym problemu i nie zarzucam ludziom braku uzywania tego slowa w ramach dziwnych roszad semantyczno-kulturowych.

    W kazdym razie z pozdrowieniami.

    PS Sorry za brak polskich znakow. Srednio mam czas na ogarniecie polskiej klawiatury z komputera z ktorego pisze.

    Odpowiedz

    Krzysiek 18 czerwca 2016 o 10:06

    Znowu generalizacja. Tak się składa, że „Indígena” też często jest odbierane negatywnie. Spotkałem się z tym wśród autochtonów, z wiosek skupionych w federacjach chłopskich (federación campesina – dla uściślenia). Dla nich to słowo oznaczało kogoś „niższego rodzaju” i absolutnie nie chcieli byś tak określani. Za to wielu innych było dumnych z bycia „Indígena” (nawet wśród mieszkańców tych samych wsi). Nie ma czarno-biało. Więc nie wypowiadaj się za wszystkich. Bo nie zjadłeś wszystkich rozumów ani nie wiesz wszystkiego.
    Słaba ta recenzja. Czepiasz się wszystkiego, a sam popełniasz w tekście objawione i jedynie słuszne prawdy.

    Odpowiedz

Krzysiek 18 czerwca 2016 o 11:40

Jeszcze odnośnie „Indígena”, bo nie dopowiedziałem. Często w Boliwii wcale nie oznacza ono „rdzennego mieszkańca”, jak my to tłumaczymy, ale kogoś z najniższej warstwy społecznej. I bywa odnoszone do wiejskiej biedoty, która wcale nie musi być autochtoniczna (choć może). I ma to zabarwienie zdecydowanie negatywne. I za to można „dostać w ryja”, że użyję Twojego słownictwa.

Odpowiedz

Mk 25 czerwca 2016 o 11:28

Bardzo złośliwa recenzja. Zwracanie uwagi na błędy merytoryczne jest bardzo w cenie szczegolnie przy gatunku non fiction reportazu itp i tu punkt dla autora bo wielu recenzentom pewnych rzeczy nie chce sie po prostu spraedzic ale najwieksza sile taka recenzja ma jesli te punkty wytykane sa z klasa i bez nadmiernych zlosliwosci. Nawet tam gdzie teoretycznie autor recenzji chwali autorów robi to z przekąsem. Punkt dla Panów z komentarzy za zwrocenie uwagi na objawione prawdy i czepianie się na wyrost Indianina, punkt dla Pana recenzenta za uważne czytanie ksiazki. Miłego dnia.

Odpowiedz

Bartek Wudniak 12 sierpnia 2016 o 3:23

Detal jeden tylko przy szczegółowym wyliczaniu błędów – Paragwaj akurat jest od Urugwaju większy ;)

Odpowiedz

M. 27 kwietnia 2017 o 16:03

Brawa dla recenzenta za wypunktowanie merytorycznych błędów. Nauczka na przyszłość dla autorów. Co do Wenezueli to naprawdę trzeba być wielce uważnym w pisaniu o tym państwie bo szczególnie pod chaotyczymi rządami Chaveza działo się tyle,nieraz w sprzeczności ze sobą, iż łatwo o pomyłki. Znacjonalizowane to były na jego rządanie jeno pojedyncze firmy eksploatujące ropę dzięki rządowej koncesji, a większą kampanie quasi nacjonalizacyjną przeprowadził w pasie rzeki Orinoko gdzie pozyskano przymusowo udziały dające większość władzy nad spółkami tam działającymi.Nie można jednak,jak słusznie zauwazył recenzent ,pisać o Hugo jako tym, który znacjonalizował przemysł naftowy. To się stało w latah 70 i odkręcono w 90.Pomimo tego Hawranek i Opryszeknapisali bardzo ciekawą książkę, którą się połyka.Życzę im by kolejne były jeszcze lepsze.
Nie rozumiem jednak skąd generalna zgryźliwość recenzenta nawet gdy pisze o zaletach. Proponowałbym Wojtkowi,że skoro zna z autopsji Iberoamerykę spędziwszy tam kawałek swego życia to niech podejmie się napisania jakiegoś dzieła. Przecież na krajowym rynku bardzo krucho z pozycjami traktującymi o tym regionie więc z pewnością kupcy się znajdą.

Odpowiedz

M. 27 kwietnia 2017 o 17:46

Brawa dla recenzenta za wypunktowanie merytorycznych błędów. Nauczka na przyszłość dla autorów. Co do Wenezueli to naprawdę trzeba być wielce uważnym w pisaniu o tym państwie bo szczególnie pod chaotyczymi rządami Chaveza działo się tyle,nieraz w sprzeczności ze sobą, iż łatwo o pomyłki. Znacjonalizowane to były na jego rządanie jeno pojedyncze firmy eksploatujące ropę dzięki rządowej koncesji, a większą kampanie quasi nacjonalizacyjną przeprowadził w pasie rzeki Orinoko gdzie pozyskano przymusowo udziały dające większość władzy nad spółkami tam działającymi.Nie można jednak,jak słusznie zauwazył recenzent ,pisać o Hugo jako tym, który znacjonalizował przemysł naftowy. To się stało w latah 70 i odkręcono w 90.Pomimo tego Hawranek i Opryszeknapisali bardzo ciekawą książkę, którą się połyka.Życzę im by kolejne były jeszcze lepsze.

Odpowiedz