Z Bangkoku do Ayutthaya


Tagi:

Przed podróżą do Tajlandii, zdając sobie sprawę, że moim miejscem zamieszkania przez trzy tygodnie będzie Bangkok, starałam się jak najwięcej czytać, zarówno o samym mieście, jak i jego okolicach. W momencie, w którym zobaczyłam zdjęcia z prowincji Ayutthaya, już wiedziałam, że będzie to jeden z głównych celów moich wycieczek.

Początki miasta sięgają XIV wieku. W 1350 roku król Ramathibodi I ze względu na dogodną lokalizację uczynił z Ayutthaya stolicę niewielkiego, nowo powstałego państwa wywodzącego się z królestwa Suphan Buri, wcześniej podległego Sukhothai (tajskiemu mocarstwu położonemu w dolinie Mekongu). Mieszkańcy Suphan Buri zostali zmuszeni do opuszczenia swojej poprzedniej stolicy ze względu na panoszącą się w regionie epidemię cholery.

Państwo Ayutthaya szybko zaczęło się rozrastać, wchłaniając coraz to nowe terytoria. Dwór królewski zaadoptował khmerskie obyczaje (w tym system polityczny czyli monarchię absolutną z królem-bóstwem na czele), religią państwową natomiast został buddyzm. Stolica imperium prosperowała sprawnie pod rządami kolejnych trzydziestu trzech królów, a obcokrajowców zadziwiała swoją potęgą i wspaniałą architekturą (zwłaszcza dziesiątkami świątyń). W 1767 roku miasto zostało jednak najechane przez Birmańczyków i doszczętnie splądrowane. Nigdy nie podniosło się z ruin, a Praya Taksin, który przejął władzę po najeździe birmańskim, przeniósł stolicę do dzisiejszego Bangkoku.

Uciekając z miasta

Każdy, kto kiedykolwiek podróżował po Azji Południowo-Wschodniej, zapewne przynajmniej raz znalazł się w Bangkoku. To miasto zaskakuje różnorodnością, jest pełne kontrastów. Na dłuższą metę jednak uliczny zgiełk, hałas samochodów (od którego tak trudno w Bangkoku uciec), tłumy przechodniów i tony kurzu stają się męczące. W stolicy Tajlandii warto pomieszkać nieco dłużej, żeby móc powiedzieć, że naprawdę poznało się to miasto, jednak gwarantuję wam, że już po kilku dniach będziecie chcieli stąd uciekać. Ayutthaya to doskonałe miejsce na taką właśnie ucieczkę, leży bowiem zaledwie osiemdziesiąt siedem kilometrów od Bangkoku.

Polecamy: Bangkok – azjatycki koktajl powitalny

Do prowincji dojechać można na kilka sposobów – wycieczki zorganizowane są oczywiście najdroższe, warto więc wybrać się na własną rękę – busikiem lub pociągiem. Osobiście polecam tę drugą opcję, ze względu na fantastyczne doświadczenia, jakie ze sobą niesie.

Pomiędzy Bangkokiem i Ayutthaya kursują dwa rodzaje pociągów – ekspresowe (klimatyzowane wagony, wygodne siedzenia itp.) oraz tzw. pociągi trzeciej klasy. Przejazd tym drugim kosztuje jedynie dwadzieścia bahtów w jedną stronę (równowartość mniej więcej trzech złotych). Co ciekawe w Tajlandii podróż takim pociągiem przeznaczonym głównie dla „tubylców” jest tańsza od biletów na przejazd metrem (odległości natomiast zupełnie niewspółmierne).

– Pociągi trzeciej klasy są wyjątkowo specyficzne – powiedział mi Philip, inny farang (obcokrajowiec), który zamieszkał w tym samym hostelu co ja. – Siedzenia są bardzo niewygodne, nie da się przespać, bywa tłoczno – tłumaczył dalej.

Postanowiłam się jednak nie zrażać i muszę przyznać, że nie żałuję swojej decyzji. Zresztą na stacji nie dano mi nawet wyboru zakupu droższego biletu. Czyżby dlatego, że zamiast w specjalnej kasie dla turystów ustawiłam się w jednej ze zwyczajnych kolejek? Niestety nie miałam czasu tego sprawdzić.

Już sam dworzec okazał się interesujący. Przede wszystkim obowiązuje tam całkowity zakaz sprzedaży alkoholu, przed wejściem do budynku ewentualne butelki czy puszki z piwem należy po prostu wyrzucić. Po drugie dworzec w Bangkoku patroluje niezliczona ilość policjantów. Po trzecie – na stacji kolejowej (podobnie jak w metrze i właściwie gdziekolwiek nie spojrzeć) ustawiono specjalny ołtarz służący oddawaniu czci pamięci zmarłego niedawno króla. I wreszcie po czwarte – ciekawostką jest rząd ławek w poczekalni, wyznaczonych specjalnie dla osób niepełnosprawnych, kobiet w ciąży, ale także i… mnichów, którzy w Tajlandii cieszą się wysokim poważaniem i specjalnymi przywilejami.

Kiedy kupiłam bilety wybiła godzina ósma. Weszłam do jednego ze sklepów, żeby zaopatrzyć się w butelkę wody na drogę (rzecz niezbędna!), a kiedy wyszłam zawieszone pod sufitem megafony odgrywały właśnie hymn państwowy. Na krótką chwilę życie na stacji zamarło, Tajowie stanęli na baczność, turyści również, zapewne w wyrazie szacunku. Kiedy hymn ucichł wszyscy z nich ruszyli w swoją stronę.

Po chwili czekania przyszedł czas, żeby wsiąść do pociągu. Wagony – rzeczywiście stare. Wszystkie okna pootwierane ze względu na panujący na zewnątrz skwar.

– Będzie problem, kiedy pociąg ruszy – pomyślałam oczami wyobraźni widząc już jeden wielki przeciąg. Otóż problemu nie było żadnego, bo pojazd poruszał się ze średnią prędkością około dwudziestu kilometrów na godzinę.

Ławki w pociągach wykonane są z plastiku (aczkolwiek widziałam również zdjęcia ławek drewnianych). Rolę klimatyzatorów pełnią staroświeckie (w większości niedziałające) wiatraki zawieszone pod sufitem. I najważniejsze – wagony rzeczywiście pełne są Tajów, turystów jak na lekarstwo, aczkolwiek jednak się trafiają (mój przypadek).

Obserwacje z drogi

W przeciwieństwie do Europy, w Azji życie toczy się często przy torach lub wręcz na nich. Po torowiskach chodzą ludzie, biegają dzieci, dookoła torów tuż za stacją porozkładane są stragany, domy mieszkalne z kolei stoją niewiele ponad metr dalej. Sytuacja zmienia się dopiero, kiedy wyjeżdżamy na prowincję (chyba, że przejeżdżamy przez wioski i miasteczka), zanim to jednak nastąpi, w pociągu do Ayutthaya czeka nas godzinna przeprawa przez Bangkok (tak, to ogromne miasto!).

Podróżując po Azji siłą rzeczy człowiekowi nasuwa się myśl – czy aby my, Europejczycy, nie jesteśmy czasami zbyt ostrożni? Nie przesadzamy z przezornością? Tutaj standardy higieny są właściwie nijakie, jedzenie gotuje się w przydrożnych wózkach wśród spalin, przez drogę przebiega się na zasadzie „kto bardziej uparty, ja czy kierowca”, niemowlęta matki przewożą na motorach, umieszczając je pomiędzy sobą i osobą z przodu, a na oraz przy torach toczy się normalne życie, bez względu na rozkład kolei…

Zwiedzając dawną stolicę

W Ayutthaya, aby zwiedzić najważniejsze świątynie, postanowiłam poruszać się rowerem (uznałam, że pomimo upału będzie to przyjemniejszy środek transportu niż tuk tuk). Przyznam, że budowle świątynne wraz z całą ich egzotyką zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Udało mi się zwiedzić m.in. Wat Mahathat i zobaczyć słynną kamienną głowę Buddy wrośniętą w korzenie drzewa, Wat Rachaburana z imponującą prang (kamienną wieżą), Wihan Phra Mongkhon Bophit (niestety nie mogłam zobaczyć ogromnego, najstarszego w Tajlandii posągu Buddy), Wat Chai Watthanaram (tutaj podziwiałam promienie zachodzącego słońca odbijające się od ceglanych murów).

Polecamy: Kuchnia tajska. Pierwsze starcie

Podobnie samo miasteczko i życie toczące się dookoła ruin podziałało na mnie hipnotyzująco. Jeżeli w Tajlandii planuje się pobyt jedynie w Bangkoku, warto się wybrać właśnie do Ayutthaya, chociażby po to, żeby zobaczyć, jak wygląda zwyczajne życie nie-mieszkańców stolicy. Fascynujące są domy w tym kraju, w małym mieście można zobaczyć najrozmaitsze konstrukcje – od drewnianych, przypominających raczej nieco większe baraki, przez domostwa na palach, pod którymi suszy się pranie i biegają kury, po małe drewniane wille i zwykłe, kamienne budowle na modłę zachodnią, z dużymi balkonami. Wszystko – od podwórek, przez ganki, tarasy, ogródki – zazwyczaj wygląda niezwykle chaotycznie, jednak po pewnym czasie w tym bałaganie zaczyna się dostrzegać metodę i co zadziwiające niezwykłą funkcjonalność.

My, Europejczycy, jesteśmy nauczeni chować się w naszych domach, zasłaniać zasłony, zamykać drzwi, tymczasem w Azji, być może ze względu na temperatury, codzienne życie toczy się raczej na zewnątrz lub przy szeroko otwartych oknach. Handluje się tutaj dosłownie wszystkim i wszędzie – wózki, stragany poustawiane są przed domami, na podwórzach, na chodnikach, poboczach, ulicach. Jeden wielki chaos, którego każda najmniejsza cząstka stworzona jest po to, żeby czemuś służyć.

Ayutthaya zachwyca jako pomnik wielkości niegdysiejszego imperium, tętniące życiem targowisko, prowincjonalne (aczkolwiek ruchliwe!) tajskie miasteczko i miejsce, gdzie ludzie służą ci pomocą i nawet nie znając angielskiego zrobią wszystko, żebyś trafił do celu. (Tak, oczywiście nie posiadając telefonu z dostępem do google maps musiałam się pogubić!).

Pociągi powrotne do Bangkoku kursują mniej więcej do godziny dwudziestej, w przypadku trzeciej klasy droga powrotna może zająć jednak nawet do trzech godzin, a wagony wypełnią się Tajami zajadającymi rozmaite potrawy z foliowych woreczków.

I jeszcze jedno – to nieprawda, że na plastikowym siedzeniu nie da się zasnąć. Po całym dniu ostrego słońca, pedałowania na rowerze, kurzu (który w Tajlandii wydaje się być wszechobecny o tej porze roku!), nie wiem jak wy, ale ja potrafię się pogrążyć w błogim śnie nawet w najdziwniejszej pozycji i najrozmaitszym hałasie.

Bangkok, grudzień 2016


Komentarze: Bądź pierwsza/y



W poszukiwaniu trolli na drugim końcu tęczy

Anna i Jakub Ciężadło, 10-07-2013

W poszukiwaniu trolli i drugiego końca tęczy przejechaliśmy blisko 8000 kilometrów. Dopiero po przekroczeniu koła podbiegunowego Norwegia odsłoniła zasłonę chmur i deszczu ukazując niezapomniane...


76 dni przez pustynne góry Iranu

Łukasz Supergan, 30-01-2015

Pamiętam dobrze co było pierwszym impulsem do tej wyprawy. Zimą 2011 roku przechadzałem się ulicami irańskiego miasta Qom. W pewnej chwili podszedł do mnie...


Islandia – można się zakopać, czyli tygodniowy tour...

Łukasz Czubak, 27-01-2014

Góry, to góry. Cóż może je różnić? Wszystkie są do siebie podobne... Ileż razy słyszałem takie biadolenie. Ileż razy przyszło odpierać argumenty miłośników płaskich...


Jak zostać Travelbrytą? Przewodnik postturysty

, 19-10-2015

Wystarczy pięćdziesiąt tysięcy złotych, aby w dwanaście miesięcy przemienić zwykłego turystę w podróżnika-bohatera. Podziwianego przez twoich wujków i ciotki, sąsiadów, dzieci, znajomych i psa.