My policja. No problem
Pustynia zmienia perspektywę. Sposób patrzenia na własne życie i potrzeby. Nagle. Jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko zmienia sens.
Kilka kropel wody.
Batonik.
Zapomniana na dnie sakwy pomarańcza.
Kawałek cienia.
Lekki powiew wiatru.
Bezinteresowna gościnność ludzi pustyni onieśmiela i zaskakuje Europejczyka. Dla niego to coś już dawno zapomniane. Coś, co zna z opowiadań, ale nie z codziennego życia dlatego czasem, na własne nieszczęście podchodzi do niej z podejrzliwością. Do czasu, gdy się z nią oswaja i staje się dla niego czymś niemal oczywistym i… tak bardzo pasującego do tej pustki. Każdy zna każdego, więc podróżny to nowe historie, nowe spotkania, nowa rozrywka i poszanowanie jego potrzeb. Pytania są jak zawsze te same. O rodzinę, o kraj, oto skąd i dokąd więc i nie trudno się porozumieć. Nawet bez znajomości Arabskiego czy Angielskiego.
Ta właśnie gościnność i życzliwość ratowała nas na całej trasie z Palmyrii do Deir Ez Zor gdy brakowało nam wody, lub odrobiny cienia. Syryjska pustynia to nie wydmy Sahary a gliniano-kamieniste równiny gdzie oprócz sukulentów i (miejscami) coś jakby pów nic nie rośnie.
Gdzie oprócz drobnych ptaków, wszechobecnych mrówek, jakiś żuków i wypasanych kóz i owiec niemal nic innego nie żyje.
Dzięki tej pustce mamy więcej czasu dla siebie. Nie musimy uważać na samochody, bo albo ich nie ma (czasem tylko przejedzie autobus, ciężarówka lub traktor ciągnący cysternę z wodą do osiedla Beduinów) albo trąbią już z daleka. Możemy jechać obok siebie i rozmawiać, wspólnie się czymś zachwycać LUB wręcz przeciwnie – jechać samemu i skupić się na własnych myślach.
***
Świat nie jest jednak doskonały i nawet w tak gościnnym kraju jak Syria nie każdy jest miły i przyjazny.
Zajechaliśmy do As Suknet. Mieliśmy za sobą ponad 70 kilometrów pustkowia i upału i potrzebowaliśmy wody, czegoś do jedzenia i odrobiny wytchnienia. Tymczasem nasz przyjazd obudził w miasteczku coś dzikiego. Nieprzyjemnie intensywnego. Zaczęły gonić nas dzieci, poleciał jakiś kamień, jakieś okrzyki i dziwne śmiechy. W centrum wsi, na targu, sprzedawca falafel kazał nam uważać „na tych w czarnym”, czyli młodych chłopaków ubranych w długie, czarne kurty, którzy zaczęli zbierać się wokół rowerów i siedzącej obok Ani. Znów otoczyły nas dziwne śmiechy i nieprzyjemna intensywność ich wzroku.
Zrobiliśmy zakupy, nabraliśmy w meczecie jak najwięcej wody i pod kolejną rozkrzyczaną „eskortą” grupy dzieciaków (przeganianych kilkakrotnie przez dorosłych) próbowaliśmy wyjechać z miasteczka.
Na szczęście wyprowadził nas jeden z mężczyzn spotkanych w meczecie. Wsiadł na swój motor i kazał nam za sobą jechać.
„Na szczęście” bo musieliśmy kluczyć między domami i gdyby nie on, pewnie zajęłoby nam to dużo więcej czasu i kosztowało wiele nerwów.
Pożegnaliśmy go bardzo serdecznie, on życzył nam szczęścia. Ruszyliśmy w kolejny pustynny etap. Zdani na łaskawość drogi, wiatru, butelki i bukłaki pełne wody i (znów) gościnność i życzliwość.
***
Zawsze chciałem zobaczyć Eufrat. Już od dziecka. W „planach syryjskich”, obok Aleppo, Damaszku i Palmirii było oczywiście miejsce na Al Furat jak nazywają go miejscowi.
Tymczasem, ziemia leżąca po obu jego brzegach jest zbyt wartościowa, zbyt ważna by budować na niej drogę. Trzeba ją nawadniać i siać na niej zboże by przeżyć. Wydzierać pustyni każdy jej kawałek. Ruszyliśmy w stronę Al Bukamal… rozczarowani. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam „po lewej” płynie rzeka, którą tak bardzo chciałem zobaczyć i nijak nie mogłem jej dostrzec. Żeby pogorszyć nam humory, między polami pszenicy a drogą wybudowano wysoki na jakieś 3 metry kanał rozprowadzający wodę z Eufratu.
Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy wciśnięci pomiędzy pustynię a mur. Jechaliśmy wzdłuż rzeki ujarzmionej w betonie.
Do Al Bukamal ostatecznie nie dojechaliśmy. Odradziła nam to policja, która „dla naszego bezpieczeństwa” nie spuszczała nas z oka. Trochę podłamani, ruszyliśmy na północ w stronę tureckiej granicy.
Po dwóch dniach znów zbliżyliśmy się do granicy z Irakiem i pól naftowych i znów pojawiła się policja. Znów bez mundurów, znów w nieoznakowanym samochodzie i znów chcieli od nas paszporty.
Zapytaliśmy grzecznie czy mogą pokazać nam jakieś SWOJE dokumenty, ale odpowiedzieli tylko „My Policja. No Problem”. No tak, ale tak na słowo to trudno zawsze wierzyć, więc Ben jeszcze raz powiedział, że i tak chciałby zobaczyć jakiś dokument. Na to wszystko kierowca, z uśmiechem, wyciągnął spod siedzenia… kałasznikowa i zapytał czy wystarczy.
Naszą reakcją była… salwa śmiechu połączona z głośnym” Jak tak to ok!” i policjanci zaczęli śmiać się razem z nami. Spisali nasze paszporty, dali nam butelkę zmrożonej wody i życzyli szczęśliwej podróży.
***
Pragnienie wcale nie doskwiera najbardziej, gdy jedziesz w pełnym słońcu. Ani gdy suche powietrze wywołuje chrypę a rozgrzany asfalt opala tak bardzo chronioną pod kapeluszem twarz.
Najbardziej chce się pić, gdy rozbijesz już namiot i usiądziesz by odpocząć. Wtedy właśnie o wodę krzyczy każdy kawałek twojego ciała. Pijesz litr. Czasem nawet dwa. Masz nieprzyjemnie ciężki żołądek i czujesz, że jeszcze łyk a zrobi ci się niedobrze.
A każdy kawałek twojego ciała prosi o jeszcze.
Skóra, język, oczy, nos, nerki.
Potrwa dłuższą chwilę zanim to, co wypiłeś rozejdzie się po całym tobie. Musisz siedzieć, czekać i czymś się zająć.
Od wjazdu do Syrii minęły dokładnie 3 tygodnie. 21 dni pełnych dobrych przygód, gościnności i wspaniałych wspomnień.
Niemal każdy dzień był swojego rodzaju zwycięstwem. Dniem wartym zapamiętania. Co wieczór szliśmy spać z poczuciem spełnienia i zwykłej radości. Gdybym następnego dnia musiał nagle wracać do domu byłby to dobry powrót pełen wspomnień a nie „przegrana”.
4 tygodnie w drodze. 1600 kilometrów i wciąż wielki niedosyt.
Przed nami kolejny kawałek Turcji i niedaleki Iran.
Kolejne kilometry i kolejne spotkania.
Insh Allah!
Więcej o wyprawie Ani i Robba: Jedwabnym Szlakiem










Show me your way - w poszukiwaniu znaczeń szczęścia
Poland Trek - Belg przemierza Polskę od Tatr po Bałtyk
Pamir Bikeway 2012 - Azja Centralna rowerem i koleją
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Tańce wśród piratów - Magda i Marcin tanecznym krokiem szukają skarbu
Pomiędzy Oceanami - Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej
Gap year in Kunming - chińska przerwa w życiorysie
Z tatą na Igrzyska - rowerami do Londynu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Na Własne Oczy - zobaczyć, co świat ma do zaoferowania
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Oblicza Gruzji - niesamowita różnorodność kraju
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika



Dodaj komentarz