26 kwietnia 2010

W górę Nilu (2): Chodź, postrzelamy do krokodyli

Miasteczko Bor wita nas malowniczym widokiem. Miejska rzeźnia ulokowana jest tuż przy przystani. (Fot. Grzegorz Król)

11 III – dzień ósmy: Faceci od garów

Od rana wielkie budowanie. Żeby przetrwać trzeba osłonić się przed palącym słońcem. Wiadomo, że cienia którego w marnych ilościach dostarczają nadbudówki na barkach, nie wystarczy dla wszystkich. Więc powstają wymyślne konstrukcje. Stelaże z bambusów, daszki z brezentu, zasłony z kobiecych ubrań. Jeśli chodzi o ostatni budulec, to jest w czym przebierać. Większość pań na łajbie czuje się jak u siebie w domu. Chodzą po pokładzie tylko w czymś co przypomina koszule nocne. Reszta jest do wzięcia.

Z kobietami szybko łapiemy kontakt. W pokładowej kuchni. (Fot. Grzegorz Król)

Z kobietami szybko łapiemy kontakt. Spotykamy się w kuchni, znaczy na pokładzie barki, tej jedynej, która akurat nie jest wypełniona paliwem. One gotują na rozżarzonych węglach, my na ruskim „szmelcu”, który przy rozpalaniu za każdym razem sprawia wrażenie jakby miał eksplodować. Garnki za to mamy identyczne. Z lichej blachy, z powyginanym dnem i pokrywkami, które żeby je domknąć, trzeba docisnąć z łokcia.

Dziś znowu soczewica – osiem garści na trzy podsmażone na oleju cebule. Do tego brązowa woda z Nilu, dwie papryczki, trochę przypraw i przecieru z pomidorów. Pożywnie i zdrowo. Słowa monotonnie nie chciałbym nadużywać w tej historii.

Poza kucharzem jesteśmy jedynymi facetami na statku, którzy sami sobie gotują. Dla Murzynów to zajęcie wydaje się niegodne. Jak wiele innych zresztą. Może nawet jak wszystkie, poza grą w remika, której oddają się z wielką namiętnością.

14 III – dzień jedenasty: Krwawy sport

Jest godzina 13.28. Stanęliśmy. W ciągu ostatnich trzech godzin pokonaliśmy niespełna sześć kilometrów. Gdzie te czasy, kiedy narzekaliśmy na średnią prędkość 8 km/h, jaką „Africa” rozwijała w ciągu pierwszych dni rejsu.

Jeden z silników odmówił posłuszeństwa. Adam mówi, że chiński, a wszystko co chińskie to złom. Jedziemy więc na jednym. Choć teraz to raczej na jednym stoimy.

Nie piszę od trzech dni. Tak gorąco i wilgotno, że się po prostu nie chce. Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Teraz już leje się z człowieka bez przerwy. Jak na chwilę przestanie, znaczy, że wylało się wszystko. Wystarczą wtedy dwa łyki i sytuacja wraca do normy. Płyn po chwili jest już na zewnątrz i grubą warstwą potu rozlewa się równomiernie po całym ciele. Niestety nie pić się nie da, trzeba przywyknąć.

Godz. 13.41. Problem jest chyba spory. Kapitan pyta czy mamy telefon satelitarny. Chyba chce wysłać S.O.S.

Późny wieczór. „Africa” poczuła się tak kiepsko, że trzeba było zostawić dwie barki. Z pozostałymi dwoma rozwijaliśmy zawrotną prędkość 3 km/h. I to tylko na prostej. Nową rozrywką stało się pokonywanie zakrętów. Rekord – wąski, 90-stopniowy łuk w półtorej godziny.

Rozwaliłem nogę podczas gry w piłkę. Piłki oczywiście nie było, tylko stara, metalowa puszka po ananasach. Przy dośrodkowaniu na sąsiednią barkę wbiła się w wielkiego palca. Krew lała się gęstym strumieniem. Na pocieszenie żołnierz z legowiska obok wyciągnął kałasznikowa i obiecał, że jak zobaczymy kolejnego krokodyla, będę mógł go pociągnąć całą serią.

Kukurydza za cebulę. Taki handel wymienny. (Fot. Grzegorz Król)

15 III – dzień dwunasty: Handel wymienny

Koper już nie dominuje, innego zielska sporo. Czasem tuż przy brzegu pojawiają się szerokie na parę metrów poletka kukurydzy. Obok nich co jakiś czas stoi prymitywna chatka. Z miejscowymi prowadzimy ciekawą grę. Oni w nas ciskają kolbami kukurydzy, my rzucamy na brzeg pociskami z cebuli. Taki rzeczny handel wymienny.

Wczoraj mieliśmy być w Bor, stolicy stanu Junglei. Chociaż zostało tam zaledwie 30 kilometrów, nie dopłyniemy nawet dzisiaj. Od kilku dni pusher zatrzymuje się na noc. Za płytko, żeby płynąć. Siedzimy więc na dachu i nasłuchujemy baraszkujących w wodzie hipopotamów. Słychać tylko porykiwanie i fontanny rozbryzgującej się wody. Nie widać nic, bo niebo zasnuły gęste chmury – znak zbliżającej się pory deszczowej.

16 III – dzień trzynasty: To jeszcze nie koniec

Dochodzi południe. Coraz więcej konstrukcji z blachy falistej zapowiada, że zbliżamy się do celu.

W końcu dobijamy do przystani. Miejsce jest wyjątkowo malownicze. Nad barkami krążą sępy i inni wielbiciele padliny. Tuż obok wybetonowany plac ogrodzony kilkudziesięciocentymetrowym murkiem, z którego wąska rynna odprowadza krew prosto do Nilu. Obrazu dopełnia sterta krowich łbów leżących na ziemi. Specyficzna miejska rzeźnia…

Tak po prawie dwóch tygodniach dotarliśmy do miasta Bor. „Africa” zakończyła tu trasę, więc skorzystaliśmy z gościny w obozie Polskiej Akcji Humanitarnej. Myśleliśmy, że to koniec podróży Nilem. Splot zdarzeń sprawił, że po kilku dniach musieliśmy znowu wsiąść na barkę. 180-kilometrowy odcinek do Juby zajął nam kolejne 7 dni. Ale to już zupełnie inna historia…

Pierwsza część relacji z barki: W górę Nilu (I)

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Grzegorz Król

Grzegorz Król

Pod koniec ubiegłego stulecia pojechał lądem z Rzeszowa do Kathmandu. Tak mu zostało. Czasem pstryka zdjęcia, które wrzuca tu: crullu.com
Podobne artykuły
Kujawiak w środku Afryki

Kujawiak w środku Afryki

Sudan Południowy to kraj, w którym turystów po prostu nie ma. Tym ciekawiej się po nim podróżuje. Zapraszamy do najdziwniejszej stolicy - Juby, na afrykański wrestling i butelkę zimnego piwa Łomża....
W górę Nilu, czyli pamiętnik znaleziony na sudańskiej barce (I)

W górę Nilu, czyli pamiętnik znaleziony na sudańskiej barce (I)

Pot, brud i śmierdzące ryby. Nieustanne poszukiwanie cienia i wygodnej pozycji umożliwiającej przetrwanie. Jeśli wydaje się wam, że podróżowanie to same przyjemności, zapraszam na barkę z paliwem płynącą w górę Nilu. ...
Sudan Południowy: Misyjne ślady Kazimierza Nowaka

Sudan Południowy: Misyjne ślady Kazimierza Nowaka

Na przełomie roku 1932 i 1933 Kazimierz Nowak spędził około miesiąca w okolicach Juba. Przemieszczał się pomiędzy trzema misjami, działającymi wówczas w tym rejonie: Juba, Rejaf oraz Torit. Rejony te odwiedziła ekipa projektu Afryka Nowaka....
Kiwi na szlaku Afryki Nowaka, czyli… Najdziksza Wielkanoc Ever!

Kiwi na szlaku Afryki Nowaka, czyli… Najdziksza Wielkanoc Ever!

Pola minowe, spanie w buszu, miasto pijanych Acholi, muchy Tse-Tse, wódka w plastikowym woreczku o smaku ananasa i przygód innych cała masa – to w megaskrócie opis Wielkanocy 2010. Serwuje go nam Kiwi, która w Południowym Sudanie przyłączyła się do e...

Komentarze: 1 »

  • kama

    Świetnie napisane, przepiękne zdjęcia – chce się więcej takich reportaży:)

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele