22 czerwca 2010

Kujawiak w środku Afryki

W sudańskim wrestlingu zasady są proste - przeciwnika trzeba rozłożyć na łopatkach. (Fot. Jakub Pająk)

W sudańskim wrestlingu zasady są proste. Przeciwnika trzeba rozłożyć na łopatkach. Najlepiej rzucić go plecami o ziemię tak, żeby lekko grzmotnęło, a z klepiska uniosła się chmura kurzu. Im efektowniej tym lepiej, w końcu obie wsie przyglądają się brutalnemu widowisku. A dwie setki chłopa uzbrojonych w kije, dzidy i bóg wie co jeszcze, tylko czeka na jakiś niesportowy ruch przeciwnika.

Jesteśmy w Południowym Sudanie. W Czarnej Afryce, którą rządzą zupełnie inne prawa niż na arabskiej, podporządkowanej słowom Koranu północy. Czasem aż ciężko uwierzyć, że to ten sam kraj. Ciężko też uwierzyć, że w przyszłorocznym referendum Sudan nadal pozostanie największym państwem w Afryce. Południe decydować będzie wtedy o swojej niezależności. Miejscowi mówią, że za wszelką cenę będą chcieli wyzwolić się spod panowania Chartumu.

Najwyższy budynek w mieście

Polsko-kenijska firma Tricomp buduje najwyższy budynek w Jubie. Będzie to pięciokondakcyjna siedziba Ministerstwa Telekomunikacji. (Fot. Grzegorz Król)

Słowo stolica brzmi dumnie. Brzmienie wyrazów nie zawsze jednak w pełni oddaje ich sens. Tak właśnie jest w przypadku Juby.

Bo cóż to za stolica, której większą część zajmują okrągłe, ulepione z gliny i krowich odchodów mieszkalne tukule. Reszty dopełniają pobudowane z blachy falistej konstrukcje, które mogą być w zasadzie wszystkim – posterunkiem policji, sklepem z papierosami albo przydrożną restauracją.

Murowane budowle, nawet jeśli już nadarzy się taka, nie mają więcej niż dwa, trzy piętra wysokości. Do obozu firmy Tricomp trafiliśmy więc bez problemu. Polacy, którzy wysłali nam namiary na siebie określili swoje położenie wyjątkowo jasno. „Najwyższy konstrukcja w mieście, betonowy szkielet wysoki na pięć kondygnacji. Na niego się kierujcie” – mniej więcej tak brzmiała ich wiadomość.

Basen pełen zimnej wody w samym środku Afryki - tylko w Tricompie. (Fot. Grzegorz Król)

W Południowym Sudanie nie ma turystów, a goszczący tu biali to głównie misjonarze, pracownicy organizacji pozarządowych i biznesmeni. Ci pierwsi mają rozsiane po misjach plebanie, reszta ma własne, strzeżone obozowiska albo sporą kasę. Dlatego pewnie nocleg w najtańszym miejscu kosztuje kilkadziesiąt dolarów. Tyle, ile my wydajemy w tydzień.

Nic dziwnego, że Polacy spadli nam jak z nieba. Choć, po półtoramiesięcznej tułaczce, w ich klimatyzowanych namiotach i postawionym na środku campu basenie czuliśmy się z początku nieswojo, szybko przywykliśmy do luksusów. Zwłaszcza, że miejscowa kucharka na obiad podawała ziemniaki, pieczone kurczaki i kotlety. A przede wszystkim dlatego, że 15-osobowa ekipa rodaków kierowała budową najwyższego budynku w mieście – pięciopiętrowej siedziby Ministerstwa Telekomunikacji.

Trochę odwagi i dwa mikrofony

O godz. 23 w Sudanie zaczyna się godzina policyjna. W Chartumie oznacza to ciemne i puste ulice, pozamykane sklepy, restauracje i bary, zero życia. W Jubie, trzeba się tylko na chwilę zatrzymać przy jednym z nielicznych w kraju mostów, tak strategicznym, że pilnowanym z obu stron przez zbrojne posterunki.

Nawet ściemniać nie musimy pijanemu żołnierzowi. Objawy malarii to wystarczający powód, by przepuścił nas do szpitala w znajdującym się na zachodnim brzegu Nilu centrum. Najpierw więc szybki test – kropla krwi i 10 minut wystarczą. Później, choć w moim przypadku wynik okazał się pozytywny, szukamy rozrywki.

Jest plakat, jest koncert. W burżujskiej restauracji nad Nilem, takiej należącej do hotelu, i to nie do jednego z tych najtańszych. Wstęp za piątkę, drugą trzeba dać za piwo, ale się opłaca. Słowo koncert, szybko dołącza bowiem do słownika wyrazów, które w Afryce znaczą zupełnie co innego.

Przed częścią właściwą tradycyjnie mamy support. Tyle, że tu zamiast zespołu, albo chociaż DJ-a, gwiazdę poprzedzić może każdy. Leci kawałek z głośników, są dwa mikrofony do dyspozycji, wystarczy trochę odwagi i dobrych chęci. Plus spory talent do naśladowania gwiazd z amerykańskich teledysków.

Dwóch młodzieniaszków właśnie je dopadło. Wiją się po scenie jak nienormalni, robiąc równocześnie za Michaelów Jacksonów i 50 Centów. Szurają nogami, machają rękami i robią przy tym takie miny, jakby występowali w kastingu. Przez chwile myślę, ze to może wykryta właśnie malaria objawia się jakimiś zwidami. Nic z tego – reszta ekipy widzi ten sam cyrk.

Ciężko powiedzieć czy kulminacja jest lepsza. Ubrany w śmieszny garnitur facet, na którego wszyscy tu przyszli, ma bowiem dodatkowo włączony mikrofon.

Nie ma to jak łyk zimnego piwa Łomża do obiadu z kozy. (Fot. Jakub Pająk)

Piwo Łomża poproszę

Wiedziony niezawodnym instynktem, który w Afryce od razu kieruje człowieka na poszukiwanie płynów, w przydrożnym supermarkecie bez problemu trafiam na pełna lodówkę. Wydaje mi się, że wiem co w niej będzie – butelki coca-coli, która jest przecież wszędzie, puszki heinekena i butelki kenijskiego piwa o dziwnie znajomo brzmiącej nazwie Tusker.

Tymczasem szok całkowity. Zielona Łomża. Z przyodzianą w ludowe stroje parą splątaną w jakimś kujawiaku na etykiecie. Cieszę się z niespodziewanego odkrycia, jakbym znalazł ze sto tysięcy dolarów.

- Człowieku, to jest polskie piwo. Skąd to wziąłeś? – pytam zaskoczonego nie mniej ode mnie sprzedawcę. Ten grzecznie wyjaśnia, że raz w miesiącu sprowadzają tu kontener z Polski.

Później w bazie dowiaduje się, że jeszcze niedawno mieli też mocne Karpackie, ale skończyło się szybko, bo miejscowym bardziej smakuje browar w wersji strong. Działa trochę gorzej. Już po jednej puszce spora część Sudańczyków ledwo trzyma się na nogach. Widok śpiącego w rowie Murzyna, któremu od nadmiaru procentów nie udało się dotrzeć do domu, jest tu niestety dość częsty.

I pomyśleć, że jeszcze niedawno byliśmy na ogarniętej całkowitą prohibicją północy, gdzie oficjalnie alkoholu nie pije się wcale. Nieoficjalnie, trzeba mieć gruby portfel i telefon do dilera, nie wystarczy zajrzeć do pierwszej, lepszej lodówki.

Ostre dzidy i bambusowe pały

Dobrze, że moda na mocne piwo nie dotarła jeszcze w okolice wioski Malek w pobliżu Bor. Wyobraźcie sobie dwustu uzbrojonych w dzidy i bambusowe pałki facetów w stanie upojenia alkoholowego. Nawet dwa zaparkowane pod baobabem ambulanse na niewiele by się zdały.

Takich atrakcji nikt nie planował. Wypuściliśmy się na cały dzień w okolicę, żeby sprawdzić jak rowery będą sprawować się na rozmokłym po deszczu gliniastym podłożu. Jadąc tak przed siebie dotarliśmy do wioski trędowatych, a wracając do miasta zatrzymaliśmy się w jakiejś mieścinie na przepyszną fasolę z ziemniakami.

Tam ich dostrzegliśmy – poubieranych w biodrowe przepaski nagich wojowników, tańczących w rytm bębnów i skaczących z miejsca w powietrze na wysokość kilkudziesięciu centymetrów. Na początku widząc trzech wariatów na rowerach w środku niczego, lekko przystopowali, szybko jednak dostrzegli w naszym przybyciu jakiś dobry znak.

Ostatni rzut przeciwnikiem o glebę. (Fot. Grzegorz Król)

Kwadrans później otoczeni miejscowymi tempem żwawego piechura pedałujemy w kierunku wielkiego placu ukrytego gdzieś w buszu pomiędzy wioskami. To tam mają się odbyć cotygodniowe zawody w wrestlingu, czyli lokalnych zapasach.

Z każdą minutą na placu robi się coraz gęściej. Nasza drużyna smaruje się pyłem i popiołem, chwilę później pojawiają się zawodnicy z „wrogiej” wioski. Na plac zajeżdżają też dwa ambulanse. I nie jest w tym momencie najważniejszym pytaniem – co w ogóle robią w środku buszu dwie karetki? Ja się pytam – po co one się tu zjawiły? Nie jesteśmy przecież na piłkarskich derbach w kraju pod tytułem Polska.

Wyjaśnia się jakoś po trzecim starciu. W wielkim okręgu utworzonym przez dziesiątki widzów walka toczy się fair play. Jeden na jeden, na otwarte dłonie. Przeciwnika trzeba rzucić na łopatki, najlepiej widowiskowo, grunt byle w myśl zasad nad którymi czuwają sędzia i sekundanci. Tyle, ze czasem ktoś może się pomylić. Wtedy tłum żąda sprawiedliwości. Albo jeden z jego przedstawicieli. Taki jak ten chudy, niewielki szaleniec, który z wyposażoną w ostry, metalowy szpikulec dzidą rzuca się nagle na zapaśników z obcej wioski. Dziesięciu chłopa po szamotaninie przygwożdża go w końcu do ziemi. Panowie od noszy tym razem nie będą potrzebni…

* * * * *

Przez południowy Sudan przejechałem z ekipą sztafety Afryka Nowaka. To dwuletnia wyprawa, która ma przypomnieć postać polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka, który jako pierwszy człowiek na świecie, w latach 1931 – 1936, samotnie przejechał Czarny Ląd.

  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Grzegorz Król

Grzegorz Król

Pod koniec ubiegłego stulecia pojechał lądem z Rzeszowa do Kathmandu. Tak mu zostało. Czasem pstryka zdjęcia, które wrzuca tu: crullu.com
Podobne artykuły
W górę Nilu (2): Chodź, postrzelamy do krokodyli

W górę Nilu (2): Chodź, postrzelamy do krokodyli

Już prawie tydzień płyniemy Nilem do Juby - stolicy Południowego Sudanu. Wszystko po to, by upamiętnić imię Kazimierza Nowaka – Polaka, który jako pierwszy człowiek na świecie samotnie pokonał Afrykę. ...
W górę Nilu, czyli pamiętnik znaleziony na sudańskiej barce (I)

W górę Nilu, czyli pamiętnik znaleziony na sudańskiej barce (I)

Pot, brud i śmierdzące ryby. Nieustanne poszukiwanie cienia i wygodnej pozycji umożliwiającej przetrwanie. Jeśli wydaje się wam, że podróżowanie to same przyjemności, zapraszam na barkę z paliwem płynącą w górę Nilu. ...
Kiwi na szlaku Afryki Nowaka, czyli… ciąg dalszy przygód w Południowym Sudanie

Kiwi na szlaku Afryki Nowaka, czyli… ciąg dalszy przygód w Południowym Sudanie

Południowy Sudan i wyprawa śladami Kazimierza Nowaka widziana oczami Kiwi, która dołączyła do sztafety w Jubie. Tym razem m.in. przejedziemy się stopem na workach z kaszą i skosztujemy ananasowej wódki z plastikowego woreczka....
Kiwi na szlaku Afryki Nowaka, czyli… Najdziksza Wielkanoc Ever!

Kiwi na szlaku Afryki Nowaka, czyli… Najdziksza Wielkanoc Ever!

Pola minowe, spanie w buszu, miasto pijanych Acholi, muchy Tse-Tse, wódka w plastikowym woreczku o smaku ananasa i przygód innych cała masa – to w megaskrócie opis Wielkanocy 2010. Serwuje go nam Kiwi, która w Południowym Sudanie przyłączyła się do e...

Komentarze: 4 »

  • Kiwi

    Ależ piękny ten nasz budynek :)

  • pjk

    Nie mogę się doczekać, kiedy się do niego przytulę:)… no i kujawiaka na 6 piętrze

  • Qwerty

    Od kiedy Łomża leży na Kujawach?

  • Czekist_78

    Piwo Łomża tzw:” Kurpiowskie laleczki”

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele