Transylwania dla początkujących


Łukasz Czubak


Rumunia. Dziki kraj, trzeci świat w środku Europy. Cyganie, żebrzące dzieci i złodzieje. Dziurawe drogi, walące się budynki, brudne latryny i jedzenie, po którym dostaniecie rozwolnienia…

… Definicja zaczerpnięta z Wielkiego Słownika Polskich Stereotypów i Uprzedzeń pod redakcją każdego z nas. Już czas napisać to hasło od nowa. Konfrontację z rzeczywistością zaczynamy od Transylwanii.

Drum bun: szczęśliwej podróży

– Do you speak english?­ – Na twarzy mężczyzny, którego spytałem o drogę odmalował się wyraz paniki. Błagalnie spojrzał na małżonkę. Małżonka błagalnie spojrzała na mnie. Ja błagalnie spuściłem wzrok na rozłożoną mapę.

– No, no. No english – odpowiedzieli zgodnie. Po czym kontynuując owocny dialog, zaczęli odradzać wskazaną przeze mnie trasę. A przecież widzę, że żółty pasek szosy kusi kilkudziesięciokilometrowym skrótem, wije się między nazwami wiosek, których nie sposób spamiętać.

Dopiero kiedy clio schował się w dziurze, która mogłaby pomieścić ciągnik wraz z wozem, zrozumiałem, że mieli dobre intencje. W Rumunii po prostu nie ma skrótów. Albo główna droga, albo urwane podwozie. Poza tym jeździ się naprawdę dobrze. No i te serpentyny.

Bună seara: dobry wieczór

Cluż-Napoka. Stolica Transylwanii. Pierwszy punkt na trasie dwutygodniowego wypadu śladami Drakuli. Miasto z rzymsko-dacką przeszłością, piłkarską przyszłością w Lidze Mistrzów i prawdziwie europejskim klimatem. Chłoniemy go (klimat) wszystkim zmysłami. Szczególnie wzrokiem. Rumuńsko-węgierska mieszanka kulturowa, nie pozwala pozostać obojętnym na piękno. Zarówno zabytków, jak i kobiet.

Czasu na zwiedzanie niewiele. Godzina późna, zmęczenie wielkie. Miasto ledwie muskamy, nie mieści się w kadrze. Pstryk, pstryk: rynek, cerkiew, uliczki. Zabytki rozmywają się pod powiekami, jak światło w migawce. W pamięci zostaje obraz nasycony kolorami. Pełen barw i ruchu. Zupełnie inny, niż czarno-białe stereotypy.

Bună ziua: dzień dobry

Przed południem docieramy do Sighisoary. Miasta, które żyje historią i wysysa pieniądze z turystów. Tu przyszedł na świat najbardziej znany Rumun świata. Vlad Tepes, zwany również Drakulą. Jego podobizna szczerzy zęby z setek pamiątek i szyldów. Z przyjemnością dajemy się kąsać turystycznym atrakcjom. Założony przez Sasów gród, to 1:1 scenografia do historycznego filmu. Z tą różnicą, że zabytki są z kamienia a nie dykty.

Podróż w czasie zaczynamy od przejścia przez obronną bramę. Średniowieczna muzyka odbija się echem od kolorowych kamieniczek. Rynek wypełniony turystami. Między śpiewny rumuński i giętki jankeski, wbija się klinem niemiecki.

Na 64 metrowej wieży zegar wybija południe. Sierpniowe słońce podkręca temperaturę. Chłód znajdujemy pod zadaszonymi schodami, prowadzącymi na zamkowe wzgórze, w zacienionych bramach kamieniczek, kościołach i przy miejskich murach. Tu Ursus ma idealną temperaturę. Obiad, ze względu na rozgrzewające ceny, lepiej zjeść na nowym mieście. Za to warto rozważyć nocleg. Najlepiej w lipcu. Wtedy historia ożywa i wychodzi na ulice, w trakcie Festiwalu Średniowiecznego.

Poftă bună!: smacznego!

Mówisz Karpaty, myślisz… Rumunia? Prawie 55% ich powierzchni leży właśnie tu. A Transylwania jest nimi otoczona. Jedno pasmo przechodzi w drugie.

To które rośnie przed nami, układa się w kształt białego, postrzępionego grzebienia. Wapienne skały wznoszą się na wysokość ponad 2200 metrów. To Królewska Skała – Piatra Craiului. Jedno z pasm Alp Transylwańskich. Nasza rozgrzewka przed dachem Rumunii. Góry mniej znane, a warte poznania.

Najlepiej prezentują się z tarasu cabany Plauil Foii. Przegryzając tochiturę moldoveneasca z mamałygą albo siorbiąc ciorbę, sycą oczy wyjątkowymi widokami. W promieniach zachodzącego słońca postrzępiona grań wydaje się landszaftem nakreślonym przez szalonego malarza. Góry do podziwiania, a nie przemierzania. I faktycznie są tu szlaki, na które nie każdy powinien się wybierać. La Zaplaz z malowniczymi łukami skalnymi, należy ponoć do jednych z trudniejszych w Rumunii. Ostrzega nas przed nim Cipriano, ratownik tutejszego pogotowia górskiego.

Pierwszego dnia wybieramy trasę w południowej części, prowadzi przy krawędzi pionowych skał. Towarzyszy nam pięć psiaków i podziw nad górami. Drugiego dnia, wędrujemy w okolicach schroniska Curmatura i wąwozu Zarnesti. Towarzyszy nam pogoda w kratkę i niedosyt. Te góry trzeba przejść od podejścia do zejścia. Całe. A spać najlepiej w schronach górskich, które przypominają gigantyczne futbolówki.

Cât costă aceasta?: ile to kosztuje?

Za górami, za skałami, był sobie zamek. Całkiem niedaleko Piatry. Dawno, dawno temu, żył w nim żądny krwi władca – Drakula. Bajka? Niestety tak. Bran, najbardziej popularny obiekt turystyczny Rumunii, to nic więcej jak cepelia w objęciach komercji. Marketingowa wydmuszka, w barwnej skorupce. Vlad Palownik nigdy tu nie mieszkał. Owszem, sama architektura przyjemna dla oka żądnego zabytków – rzekłbym romantyczna pocztóweczka – jednak trudno złapać tu oddech. Człowiek ociera się o człowieka, stragan przy straganie, ceny po kursie masowego turysty. Błyskawicznie się teleportowaliśmy.

Trzy dni później zwiedzamy cytadelę Rasnov. Odbiór zupełnie inny. Kremowe mury oplatają wzgórze, z którego roztacza się widok na okoliczne góry. Turystów niewielu. Można zajrzeć w każdy kąt, wsłuchać się w historię kolejnych nacji, które zamieszkiwały ten gród: Rzymian, Krzyżaków, Sasów. W spokoju, w podziwie, w rozsądnej cenie. A przecież w Transylwanii są jeszcze chłopskie zamki, pałac w Sinai, malownicze zamczysko w Hunedoarze, ruiny prawdziwego zamku Drakuli w Poenari… No i jeszcze więcej gór.

Noroc!: na zdrowie!

Bucegi, w których wędrowaliśmy pomiędzy wspomnianymi twierdzami, należą do jednych z najbardziej zatłoczonych gór w Rumuni. Do Tatr ciągle im daleko, ale jak na Rumunię jest dość tłumnie. Wszystko przez położenie (góry najbliższe stolicy), dwie kolejki linowe (wwożą turystów na ponad 2000 m n.p.m.), drogę wżynającą się w południowe stoki (można skorzystać z oferty 4×4) i działające na wyobraźnię formy skalne (Sfinks, Babele). Mimo to, są tu również miejsca, które przywołują zapominanego ducha Karpat. Wciąż można tu doświadczyć ciszy, spotkać pasterzy wypasających stada, poczuć majestat natury. Bo Bucegi, to góry obfite w różnorodność i tajemnice.

Rumuńskie góry Bucegi

Góry Bucegi. Dolina Iolomitei w promieniach zachodzącego słońca. (Fot. Łukasz Czubak)

Kiedy spoglądamy na nie stojąc w wężyku do kolejki, ostra grań przypomina wyrośnięte Pieniny. Gdy wędrujemy płaskowyżem na wysokości 2200 metrów czujemy się jak na mongolskim stepie. Kiedy po upale nadchodzi ulewa, znajdujemy dach nad głową w skromnym schronisku Cabana Omu (2507 m n.p.m.). Gdy zza chmur wyłania się błękit, otacza nas niewypowiedziana cisza i widoki, które powodują gęsią skórkę.

Wieczorem znajdujemy rumuńskich towarzyszy do kieliszka. Rano uciekamy przed masowym turystą z zatłoczonej kotliny. Wprost w deszcz, wprost w rwącą nie do przejścia rzekę, wprost w objęcia luksusu z czasów Nicolae Ceausescu. Kaloryfer, prysznic i ciepły posiłek – tylko dlatego nocujemy w turystycznym molochu zwanym Cabana Piatra Arsa, pięciopiętrowym hotelu na wysokości 1950 metrów.

Cum vă numiţi?: jak Ci na imię?

Po tygodniu podróży, ubrania błagają o pranie, nogi o odpoczynek, żołądek o odmianę od konserwy tyrolskiej. Wszystkie zachcianki mamy nadzieję spełnić w Braszowie, zwanym w rodzimych katalogach turystycznych „rumuńskim Krakowem”.

Ale czy w mieście Kraka można przespacerować się najwęższą ulicą Europy? Zobaczyć jak południowy temperament wpada w objęcia zimnej północy? Przepłukać usta palinką po wybornej mamałydze? No, powiedzcie, można? Nie, żebym ujmował Krakowi uroku. O, nie! Braszow jest po prostu miastem, które ma do opowiedzenia zupełnie inną historię.

Założony przez Krzyżaków, zasiedlony przez Sasów, zamieszkiwany przez Rumunów. Od setek lat łączy dwie nacje i dwie religie. Wypełniony zabytkami, otoczony Karpatami, stanowi idealny punkt wypadowy zarówno do trekkingu, jak i do churchingu.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Największy katolicki kościół między Wiedniem a Stambułem, fortyfikacje miejskie, setki knajpek i kawiarni, uliczne koncerty, wzgórze Tampa, z panoramą starego miasta. Braszow wymaga czasu. Pierwszego dnia nas onieśmielił. Drugiego zaciekawił. Trzeciego wciągnął na dobre. Z objęć miasta wyzwoliły nas góry. Najwyższe.

De unde sunteţi?: skąd pochodzisz?

Kiedy dojeżdżamy do Cartisoary, niewielkiej wioski u podnóży Fogaraszy, nad szczytami gromadzą się ciężkie chmury. Z każdym kolejnym zakrętem szosy transfogaraskiej, robi się mroczniej i mroczniej. 10-letni clio powoli pnie się w górę, a ja liczę kolejne zakręty. 41… 42… 43… Dochodzimy do 2042… metrów nad poziomem morza.

Jezioro Balea, to dobry punkt wyjścia w najwyższe partie. Jest mglisto i zimno, chyba z 10 stopni. Parkujemy samochód i ruszamy w góry. Dziś Cabana Podragu. Jutro Moldoveanu, trapezowaty dach Rumunii (2544 m n.p.m).

Jednak najpierw trasa. Sześć godzin w górę i w dół, w górę i w dół. Prawie jak na górskim rollercoasterze. Alpejski charakter pasma to sprawdzian dla kondycji i balsam na spragnioną gór duszę. Widoki urzekające i surowe. Do przodu pcha nie tylko ciekawość, ale i niepewność o nocleg. Każdy mijany turysta to potencjalny kandydat do zgarnięcia pryczy.

Ruszam przodem. W schronisku jestem na czas. Tuż przed dwudziestoosobową wycieczką Francuzów, którzy muszą zadowolić się „glebą” w świetlicy. Cabana Podragu to spory, budynek, ale ma swoje limity. Wieczorem przy stołach rozbrzmiewa: rumuński, polski, niemiecki, angielski, francuski, czeski… Międzynarodowe dyskusje rozgrzewa lana prosto z plastikowej butelki palinka.

Ruszamy o poranku. Przez całą drogę mam nadzieję, że spod mleka, przez które się przedzieramy, w końcu wyłonią się góry. Tak jak miało to miejsce wczoraj. Dziesiąta, jedenasta, dwunasta… Ciągle nic, biało. Tracę nadzieję na widoki. O tym, że zdobyliśmy Moldoveanu świadczy tabliczka, trójkolorowa flaga i turyści proszący o zdjęcie. Wracamy. I nagle, tuż po zejściu, ktoś u góry nabiera powietrza w płuca. Robi nas w balona. Mgła rozwiewa się jak teatralna zasłona dymna. Górski krajobraz ostry jak w HD. Przełykam gorzką pigułę. Z górami nie wygrasz. Za to nauczysz się pokory.

Schronisko Cabana Podragu w rumuńskich Fogaraszach

Fogarasze: Cabana Podragu, 2136 m n.p.m. (Fot. Łukasz Czubak)

La revedere: do zobaczenia

Na pożegnanie zostaje nam Sybin. Miasto, które w 2007 roku pełniło honory Europejskiej Stolicy Kultury. Najważniejszy z siedmiu grodów założonych przez Sasów, które dały początek nazwie Siedmiogród. Wisienka na torcie.

Każde z odwiedzonych w Transylwanii miast wryło się mocno w pamięć, zaskoczyło, oczarowało. Tylko w Sybinie mógłbym zamieszkać. A już na pewno muszę tam wrócić. Nie wiem czy to kwestia ciepłego sierpniowego wieczoru, spędzonego na jednym z dwóch rynków, wyśmienite jedzenie, czy fakt, że miasto pojawiło się w napisach końcowych naszego tourne po Transylwanii. Ale ten epizod musi mieć ciąg dalszy.

Sybin to esencja Transylwanii, miasto wielu imion. Mieszanka spreparowana z tego, co w Rumunii najlepsze: różnych kultur, średniowiecznych zabytków, dzikich gór i uśmiechniętych ludzi. Urzekająca architektura, to jedynie pretekst by odwiedzić, to miejsce. Dużo większe wrażenie robi klimat. A tego nie da się opisać, tak łatwo jak zabytków. Trzeba go poczuć na własnej skórze. Najlepiej letnim wieczorem, na jednym z dwóch rynków.

Łukasz Czubak


Komentarze: 10

Dorota 7 maja 2013 o 11:33

Bardzo dobrze się czytało tą relację! Piękne zdjęcia

Odpowiedz

leszek 10 maja 2013 o 8:09

10 lat temu zrobiłem podobną trasę, plus jeszcze trochę Bukowiny i Maramureszu z dwójką dzieci, których jedno miało rok. Myślałem, że od tego czasu stereotyp Rumunii zmienił się – czytam nagłówek – 10 lat minęło, a wszystko jak dawniej… Dziki kraj, Cyganie, żebrzące dzieci…

Odpowiedz

Ania 19 czerwca 2013 o 10:51

Po Twojej relacji jeszcze bardziej nie mogę doczekać się wakacji :) Mam prośbę czy mógłbyś opisać nieco dokładniej wejście na Omul. Wybieram się tam a niewiele informacji o samym szlaku znalazłam. Jaki jest stopień trudności? Jakim szlakiem iść? Podobno na pewnym odcinku są dwa żółte szlaki trudniejszy i łatwiejszy… Będę wdzięczna za informację.

Odpowiedz

Czuły 19 czerwca 2013 o 11:20

Hej, W lipcowym numerze NPM-u jest mój artykuł na ten temat Bucegów. Odezwij się, na maila: tubab22@gmail.com, to napiszę co i jak. Pozdrowionka.

Odpowiedz

Europcar Polska 3 lipca 2013 o 9:55

Cudo i wielkie zdziwienie dla mnie. Jako dziecko często przejeżdżaliśmy przez Rumunie jadąc do Bułgarii, Grecji, Jugosławii. I wspomnienia mam inne. Pamiętam dzieci proszące o papierosy na ulicy, chatki oklejone mozaika i biedę. A tu widzę tak pięknie zadbane miejscowości i te twierdze. Drakuli trochę przypomina twierdze Kamieńca Podolskiego na Ukrainie.

Odpowiedz

liston 7 sierpnia 2013 o 7:53

Ciekawe, tylko dlaczego tyle w tym grafomanii ? Niektóre określenia ocierają się kicz. Pracuj kolego nad jezykiem, często odlatujesz.

Odpowiedz

Robert 16 marca 2014 o 12:08

Byłem w Rumuni w Brasov troszke zwiedzilismy nie za duzo bo bylem z pracy w delegacji ale widoki niezapomniane zdjec tez posiadam mase polecil bym kazdemu wyprawe w to miejsce jakim jest Rumunia :)

Odpowiedz

HubertS 18 stycznia 2015 o 18:45

Taką „grafomanię” lubię – od suchych konkretów są przewodniki, ale tych przecież dla samej frajdy czytania się nie czyta. Sam ruszam do Rumunii za kilka miesięcy i po takich opowieściach (nawet jeśli jest to tylko mały wycinek tego, co autor widział) serce bije szybciej!

Odpowiedz

Nakhoda 16 lipca 2016 o 12:23

W zeszłym roku z rodziną zrobiliśmy sobie 2 tyg wycieczkę po Rumunii. Wjeżdżając od zachodu (Arad), przez południową część Siedmiogrodu. Nocowaliśmy w przydrożnym hotelu w pobliżu stolicy Transylwanii – Alba Iulia. Standard 3* za 90zł/os = wypasiony pokój, basen, śniadanie w cenie i przemiła obsługa mówiąca po angielsku. Po drodze piękne i malownicze wioski Banatu przy granicy. Dzień następny – obowiązkowy punkt – trasa transfogarska. Polecam!!!. Następnie autostrada przez Bukareszt na wybrzeże. Rumuńskie autostrady w niczym nie ustępują naszym a ruch 3 x mniejszy (powód to winieta a nie bramki). Zwiedzanie Constancy – przepiękne miasto z tradycją i historią miasta – państwa greckiego. Zabytkowy budynek kasyna i niestety psujące obraz postkomunistyczne kwadratowe „plomby” w samym rynku. Następna część wycieczki to historyczna kraina Miłdawii, Bukowina, Maramuresz (tura zgadzam się z autorem co do skrótów ( 6 godz przez 100km w górach :)) Ludzie bardzo ciepli, bez uprzedzeń. W samej Suczawie mam rodzinę więc chyba inaczej podchodzę do tego kraju ale mimo wszystko polecam ze względu na krajobrazy, różnorodność i wycieczkę trochę czasami w czasie…

Odpowiedz

Beata 10 listopada 2016 o 9:45

Dziękuję za tą piękną opowieść. Zaostrzyła mój apetyt na Transylwanię :)

Odpowiedz