23 lutego 2010

Rumunia: Raj utracony

Rimetea. (Fot. Luiza Poreda)

Tuż przed zmrokiem docieram do wioski Rimetea, której również nie ma na mojej mapie. Na obrzeżach dostrzegam ogrodzony trawnik otoczony drewnianymi domkami. Tu chcę poprosić o możliwość rozstawienia namiotu za, mam nadzieję, symboliczną opłatą. Właściciel najpierw gorąco namawia mnie i mojego chłopaka na pokój niewiele większy od postawionego w nim łóżka – za 50 lei. Dogadujemy się w końcu w kwestii namiotu – płacimy 20 lei za noc, niestety, kiedy pytamy o prysznic, słyszymy, że to będzie nas kosztować dodatkowe 10. Odmawiamy i postanawiamy, że następnego dnia poszukamy jakiegoś miłego dzikiego, miejsca.

Kolejnego dnia udaję się do centrum pięknej Rimetei, będącej kiedyś górniczym miasteczkiem, teraz zaś rozkwitającej turystycznie, z pięknie odmalowanymi chatami, malowniczym kościołem na rynku i z wieloma prywatnymi pensjonatami. Na szczęście sierpień to nie sezon na wspinaczki górskie, więc turystów jest niewielu.

Kupuję w sklepie świeży, pachnący chleb pszenny i bryndzę, dodaję kupione dzień wcześniej przy drodze pomidory. Zajadam, siedząc na małym placyku zabaw przy rynku. Potem myję się przy miejskim ujściu wody i ruszam w stronę zawieszonej nad Rimeteą góry Piatra Seculuiului.

Góra od strony wioski wygląda dość niewinnie. Wydaje się niewysoka. Ruszam szlakiem niebieskim, trudniejszym, ale wydaje się, że przecież dam radę. I rzeczywiście dałam, ale było zaskakująco ciężko. Szlak bowiem od pewnego momentu prowadzi prawie pionowo góry. Kiedy wyczerpana docieram na szczyt, moim oczom ukazuje się zielona, tętniąca owadzim życiem polana i wspaniały krajobraz otaczających mnie Karpat. Odpoczywam trochę, leżąc w brzęczącej, pachnącej latem trawie. Potem ruszam po zielonym grzbiecie góry, ponieważ zejście z mojego szlaku jest po drugiej jej stronie – przy wiosce Coltesti. Zejście okazuje się być jeszcze bardziej wyczerpujące, niż wchodzenie – szlak prowadzi po trawiastym, prawie pionowym zboczu, po którym trzeba skakać lub staczać się, żeby nie męczyć zanadto wyczerpanych nóg. Kiedy u podnóża Piatry robi się już mniej stromo, czeka mnie jeszcze kilkadziesiąt olbrzymich schodów, utworzonych przez pola uprawne, a przypominających trochę azjatyckie tarasy ryżowe.

Mamałyga, czyli słońce na stole

Wyczerpana docieram do Rimetei. Jestem bardzo głodna i mam ochotę na duży, ciepły posiłek. Niestety, jedyna w wiosce restauracja o godzinie 17 jest zamknięta. Udaję się do otwartego baru, gdzie łamaną francuszczyzną (właściciel stojący za barem nie mówił po angielsku) pytam o coś do jedzenia. Niestety, w barze są tylko napoje. Wsiadam więc do samochodu i ruszam do sąsiedniej wioski, Coltesti. Tu nie znajduję niestety żadnej restauracji. Wtedy dostrzegam strzałkę z napisem „kuria”. Wcześniej widziałam już takie tabliczki, jednak kojarzyłam to pojęcie z kościołem. Nagle olśniło mnie, że w Rumunii chodzi tu chyba o dom wczasowy. Tam musi być jakaś restauracja – pomyślałam. I nie myliłam się. Bardzo elegancka, urządzona w tradycyjnym stylu, z pięknym widokiem na Piatra Secuiului restauracja miała przystępne ceny i bogate menu. Decyduję się na narodowe, rumuńskie danie, czyli mamałygę, z bryndzą i śmietaną, chociażby z radości, że jakiś w jakimś kraju narodowe danie jest wegetariańskie. Mamałyga, którą pisarz Stanisław Makowiecki nazwał „słońcem na stole”, to miska pełna ugotowanej kukurydzy, pokryta serem i śmietaną. Warto spróbować, ale nie sądzę, żeby tą potrawę ktoś szczerze pokochał.

Karpacka cisza

Po obfitym obiedzie i kawie szukam noclegu. Po krótkiej podróży samochodem, nieopodal Rimetei, znalazłam niewielką polanę nad strumieniem, z miejscem na palenisko. Tu spędziłam noc, najpierw popijając piwo przy ognisku, potem śniąc w namiocie. Podobnie jak noc, poranek w tym miejscu u podnóża gór był cichy i spokojny, idealny na powolne przebudzenie, śniadanie i małą kąpiel w lodowatym strumyku. Po jego drugiej stronie, na która prowadził drewniany mostek, można było wspiąć się na rozległą polanę znów, tak jak na Piatra Secuiului, brzęczącą i dygoczącą od letniego życia. Cykady hałasowały tu cały dzień, ptaki pięknie śpiewały, każde stworzenie wydawało dźwięki, nie niepokojone przez człowieka….no, może poza naszą dwójkę.

Wtedy też odkryłam jeden z sekretów Rumunii. To, że tu znajdę spokój i ciszę, miejsca, gdzie cały dzień nikt nie będzie mnie niepokoił, gdzie cały dzień można wędrować wzgórzami i nikogo nie spotkać. Gdzie wędrując niedaleko wiosek natknę się jedynie na staruszkę z wiązką siana na plecach, która na nasze pozdrowienie odpowie spokojnym uśmiechem.

Bo również w mieszkańcach Karpat odnaleźć można ten spokój, który zewsząd ich otacza. Przejeżdżając przez wioski górskie, zwykle natykałam się na życzliwy, spokojny uśmiech i lekkie zaciekawienie. Kiedyś chcieliśmy nabrać wody z ujęcia na obrzeżach wioski. Jakiś staruszek, który koło nas przechodził zaczął krzyczeć. Pokazywał na migi, żebyśmy nie brali tej wody, że ona jest brudna. Potem zaczął wypytywać: Italiano? Franczeze? Germano? Angleze? Madziary? – Zdążył wymienić wiele narodowości, zanim nieśmiało powiedzieliśmy, skąd przyjechaliśmy. Staruszek pomachał nam przyjaźnie i obdarzył szerokim, szczerym uśmiechem.

Kolejną noc spędziłam znów w karpackiej ciszy, tym razem blisko terenu chronionego Gór Apuseni. I znów brzęczący strumyk, ognisko, gwiazdy i góry. I dzwonki owiec z samego rana. Wyruszyłam na ostatnią górską wyprawę. Ze szczytu góry oglądałam małe z tej odległości domki jakiejś wioski. W Górach Apuseni robi się już chłodniej. Najpierw samochodem jedzie się krętymi drogami pod górę, a dalej, już piechotą wspina się na z pozoru niewysokie góry. W rzeczywistości jest się już na sporej wysokości i zimny, górski wiatr, mimo mocnego słońca, daje się we znaki.

Cluj Napoca. (Fot. Luiza Poreda)

A gdzieś po drodze odwiedziłam dwa piękne miasta: Cluj Napoca i Oradea. Rumunia ma chyba same piękne miasta, z zachwycającą architekturą, po których miło jest się powłóczyć.

W Cluj Napoca szybko znalazłam się na miejskim deptaku, gdzie znów dostałam świetną pizzę. Cóż poradzić, że wszędzie, gdzie jadę, zjadam z reguły pizzę, bądź makaron. Taki los wegetarianina w mięsnym świecie. W drodze powrotnej do samochodu wstąpiłam, zaciekawiona do jednego z kościołów i stanęłam oszołomiona jego wnętrzem. Piękne stare freski na ścianach i olbrzymi, mroczny żyrandol na środku tworzyły wyjątkowy klimat.

Oradea była moim ostatnim przystankiem przed przekroczeniem granicy rumuńsko-węgierskiej. I tutaj również przeszłam się centralną częścią miasta i zjadłam obiad w jednej z knajpek. „Wegetariański talerz” brzmiał dobrze (menu było również po angielsku) i okazał się pieczonymi warzywami – a był tam bakłażan, pomidory, papryka, cebula, i nie pamiętam co jeszcze. Po posiłku ruszyłam w drogę do domu.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Luiza Poreda

Luiza Poreda

Dziennikarka, malarka i rysowniczka. Miłośniczka krajów północnych, takich jak Norwegia, Szkocja, Mongolia i Rosja. Fascynuje ją szamanizm i ludzie o umysłach otwartych i ciekawych świata.
Podobne artykuły
Własnym oczom nie wierzę, czyli Top 10 WTF* momentów z moich podróży

Własnym oczom nie wierzę, czyli Top 10 WTF* momentów z moich podróży

Ilu ludzi może powiedzieć, że było na Wielkim Murze? Pewnie z miliard, ty durna pało! Ten mur stoi tu od 2,5 tysiąca lat! Ten mur ma ponad 6 tys. km długości! To nie jest południowa ściana Lhotse zimą, palancie! Od redakcji: No tak, Jasiek debiutuje ...
Jak wygląda wielki, grecki kryzys

Jak wygląda wielki, grecki kryzys

Jadąc do Salonik, drugiego co do wielkości miasta Grecji, przez cały czas zastanawiałam się, jak tam będzie wyglądać kryzys, o którym tak trąbią wszelakie media. Na czym on polega? I gdzie właściwie można go tak namacalnie zobaczyć?...
Przepraszam, czy tu biją?

Przepraszam, czy tu biją?

Nazwa Kosowo kojarzy się wszystkim jednoznacznie – z wojną, czystkami etnicznymi i konfliktem, który się jeszcze nie zakończył. Dlatego też nic dziwnego, że turystykę w regionie trudno nazwać kwitnącą. ...
Albania – jeden z najmniej europejskich krajów Europy

Albania – jeden z najmniej europejskich krajów Europy

Od paru lat chodził mi po głowie pomysł na dłuższy wyjazd na Bałkany. Miałem potrzebę poznania czegoś mniej europejskiego, trochę oddalonego od zachodniej cywilizacji, ale leżącego w zasięgu krótkiej podróży autostopem. Znalazłem towarzyszkę podróży ...

Komentarze: 1 »

  • Maciek C.

    Piękny kraj, chociaż mam wrażenie, że niedoceniany przez polskich turystów. A szkoda, bo robi się tam coraz bardziej „europejsko”. Więc radzę się pospieszyć, nie jest daleko.

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele