
Zamek w Hunedoarze. (Fot. Luiza Poreda)
Po niestety krótkim pobycie w Rumunii kraj ten zachowa się w mojej pamięci jako raj utracony, miejsce przepełnione spokojem, ciszą i słońcem. Tydzień spędzony na górskich spacerach, przyglądaniu się życiu małych wiosek i wędrówkach po sennych uliczkach pięknych, starych miast Transylwanii oraz Banat i Kriszany, był tym, czego zmęczony wielkomiejskim życiem umysł najbardziej potrzebował.
Moje tegoroczne wakacje, jako świeżo upieczonego pracownika pełnoetatowego, skurczyły się do zaledwie dwóch tygodni. Była to również moja pierwsza wakacyjna podróż odbyta samochodem. Tydzień miałam poświęcić na szaleństwa festiwalowe, a po nich – odpoczywać w Rumunii. Plan był zwięzły – byle dalej od hałasu, najlepiej tylko w górach. Mimo takiego założenia, trudno było się oprzeć zwiedzaniu kilku uroczych miast, które, notabene, okazały się ciche, senne i spokojne, zatopione we wszędobylskim, sierpniowym słońcu.
Co warto wiedzieć?
Wyruszając w podróż samochodem do Rumunii, warto wiedzieć, że na granicy należy kupić obowiązkową winietę (koszt tygodniowej winiety to 5 euro). Wszystkie istniejące mapy GPS Rumunii są kiepskie i prędzej czy później dojdzie do sytuacji, że w poszukiwaniu jakiegoś miejsca nasz GPS po prostu się zgubi i zaniemówi. Warto zatem, już na miejscu, nabyć papierową, aktualną mapę kraju. Warto zabrać ze sobą namiot, ponieważ w Rumunii w wielu miejscach można go rozstawić za darmo, na dziko – trzeba się jedynie upewnić, że nie jest to czyjeś pole. Hotele i pensjonaty są drogie – ich ceny porównywalne są do tych w Polsce (np. w Hunedoarze tani pokój dwuosobowy w hotelu kosztował 140 złotych). Z kolei restauracje są dość tanie i warto ich poszukać w eleganckich „kuriach” (domach wypoczynkowych) w górskich wioskach – czasem jest to jedyna opcja na ciepły posiłek w górach. Sporo Rumunów mówi po angielsku, jeszcze więcej – po niemiecku i francusku. Większość (przynajmniej w Transylwanii oraz Banat i Kriszanie) posługuje się językiem węgierskim. Historie o tragicznych rumuńskich drogach to mit – krajówki są w lepszym stanie niż te polskie. Jedynie w górach można napotkać na zrujnowane, jeszcze nie wyremontowane wąskie drogi.

Timisoara. (Fot. Luiza Poreda)
Według planu w Timisoarze miałam spędzić zaledwie kilka godzin, poszwendać się po starówce, zjeść obiad, zrobić jakieś zakupy i następną noc spędzić gdzieś po drodze do Hunedoary. Samochód został na parkingu supermarketu Billa, który znajduje się 10 minut na piechotę od serca miasta. Wokół Starego Miasta parkingi są płatne. Potem jeszcze tylko bankomat (zgodnie ze wskazówkami w przewodniku nie kupowaliśmy lei w Polsce, ponieważ to się nie opłaca), jeden z wielu wokół nas, i ruszamy spacerkiem na starówkę.
Timisoara to jedno z najwspanialszych rumuńskich miast. Zauracza ono swoją wspaniałą, lecz zaniedbaną, architekturą. Mnie zachwyciły przede wszystkim budynki reprezentujące architekturę fin du siecle, które spotkać można i w innych miastach Rumunii.
Jest gorące, niedzielne popołudnie, więc spodziewamy się tłumu turystów…i tu wielkie zdziwienie: ulice są zupełnie puste, a rynek, zastawiony kafejkami, cichy, jakbym trafiła tu poza sezonem turystycznym. Pod klimatyzowanymi parasolami kafejek siedzi zaledwie parę osób. Nie narzekam, w ciszy kontempluje się Timisoarę z wielką przyjemnością.
Sporym problemem (!) było znalezienie otwartej knajpki, w której, poza wypiciem kawy, można byłoby coś zjeść. Po półgodzinnych poszukiwaniach trafiłam do pizzerii. I tu spotykają mnie dwie miłe niespodzianki, które będą się w Rumunii powtarzać: po pierwsze pizza jest pyszna, przygotowana na cienkim cieście. Po drugie, kelnerka wie, że wegetarianin, nie je również ryb (w porównaniu z polskimi pracownikami gastronomii jest to duży postęp), co więcej, myśli, że każdy wegetarianin nie je również nabiału i chce nam zaproponować pizzę bez sera. Nie wysilam się , żeby wytłumaczyć jej różnicę między wegetarianinem a weganinem, ale jestem bardzo miło zaskoczona. Aha, zapomniałam o trzeciej miłej niespodziance: ceny, jak na restaurację na starówce turystycznego miasta, są zaskakująco niskie.
Po zaspokojeniu żołądka i zrobieniu skromnych zakupów w Billi, wyruszam w dalszą drogę.

Zamek w Hunedoarze. (Fot. Luiza Poreda)
W przewodniku czytam, że hunedoarski zamek jest nieco zapomniany i rzadko odwiedzany przez turystów. Chciałabym, żeby to było prawdą…na parkingu pod zamkiem widzę szkolne wycieczki i sporo innych turystów. Mina trochę mi rzednie – będzie tłoczno. Nie jest to jednak powód, aby rezygnować ze zwiedzania tego olbrzymiego, pięknego zamku transylwańskiego. Jest on położony bardzo malowniczo, a efektu nie psuje nawet położony niedaleko zakład metalurgiczny, który Rosjanie podobno postawili tutaj celowo, aby pomniejszyć wielkość średniowiecznego obiektu, świadczącego o pięknej, arystokratycznej historii kraju.
Wstęp do zamku kosztuje 8 lei (więc mniej więcej tyle samo złotych). Za fotografowanie trzeba dopłacić kolejne 5. Dla zwiedzających udostępniona jest jedynie część zamku, a już na dziedzińcu widać, że prace renowacyjne trwają i są bardzo intensywne. W kilku komnatach przygotowano ekspozycje średniowiecznych narzędzi, naczyń, broni i biżuterii. W głównej, olbrzymiej sali obejrzeć można piękny strop, meble oraz tron, który mi skojarzył się z hrabią Drakulą. Cóż, ciężko zapomnieć o tej postaci, wędrując po starym, mrocznym zamku rumuńskim…Z tarasu zamkowego można podziwiać krajobraz otaczający zamek, na który składa się przede wszystkim miasto Hunedoara i wspomniane zakłady metalurgiczne. O dziwo, nie psują one krajobrazu tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Później kilka razy widzimy jeszcze stare, rozsypujące się pozostałości fabryk, w górach i na wyżynach Rumunii, które nadawały krajobrazowy specyficzny, wyjątkowy industrialny klimat.
Zobacz imitację trupa w wąwozie Turda
Prosto z pięknego zamku ruszyłam pod miasto Turda, do wąwozu o tej samej nazwie. I tu zaczęły się małe problemy. Wiedziałam z przewodnika, że mam się kierować na Cornesti. Jednak mapa GPS nie znała takiego miejsca, w tamtym kierunku była na mapie jedynie biała plama. Trochę pokrążyłam po mieście w poszukiwaniu tablic informacyjnych i w końcu zapytałam o drogę. W ten sposób szczęśliwie dotarłam na miejsce, niedługo przed zachodem słońca. Miałam jeszcze dwie godziny do zmroku, aby udać się na szlak prowadzący wąwozem (wstęp – 3 leje). Wąwóz jest chłodny, zacieniony, nad głowami unoszą się kilkusetmetrowej wysokości skały. Co chwila trzeba było przeskakiwać mostkiem to na jedną, to na drugą stronę rzeki płynącej środkiem wąwozu. Po drodze spotykam ciekawy okaz rumuńskiego poczucia humoru – kalosze ułożone na ziemi, przy skale tak, jakby były kończynami przygniecionego skałą ciała.
Przy wejściu do wąwozu znajduje się schronisko oraz darmowe, dzikie pole namiotowe.
Po wyjściu z wąwozu samochód wspina się nad dolinę, skąd widać zachód słońca nad tą sporą górską szczeliną. Kiedy słońce znika, ruszam dalej. I ku wielkiemu mojemu zdziwieniu słońce znów jest tuż nad górami i powoli zachodzi.









Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



Piękny kraj, chociaż mam wrażenie, że niedoceniany przez polskich turystów. A szkoda, bo robi się tam coraz bardziej „europejsko”. Więc radzę się pospieszyć, nie jest daleko.