Harcerz i/vs podróżnik


Agata Roszczka


W podróży nie zawsze jest zajebiście. Nie zawsze świeci słońce, a po deszczu wychodzi piękna tęcza. Takie rzeczy można sobie załatwić tylko w all inclusive. Ale to nie o to chodzi.

Długo siedziałam i zastanawiałam się, co tu napisać o tej wycieczce.

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że słowa rosną razem z człowiekiem. Ja bym dodała, że razem z przebytą drogą. Dlatego trudno napisać głęboki i przekonywujący tekst w jeden wieczór, po trzech tygodniach na rowerze w jakiejś tam części Europy. Za mało czasu, żeby zapleść myśli w coś porządnego. No chyba, że ktoś potrafi być jednorazowym specjalistą od danego regionu już w momencie, kiedy jego stopa dotyka danej ziemi. Jak tak, to zapraszam do kontaktu.

Trzy tygodnie wycieczki nie dają zbyt dużego pola do popisu, więc spróbuję porównać głównych bohaterów wyjazdu pod nazwą Rowerowe Jamboree: harcerza i podróżnika.

Od razu zaznaczam, że pewnie słaby ze mnie psycholog i socjolog, a zdanie o bohaterach jest jak najbardziej subiektywne i nie dotyczy wszystkich a większości.

Podróżowanie na własną rękę to prawdziwy hit wśród sposobów „na życie”. Jak spotkasz po drodze takiego podróżnika, to usłyszysz, że to zawsze autorski pomysł. Niestety, choćby ktoś się uparł i bardzo chciał, to i tak jest duże prawdopodobieństwo, że nie jest pionierem, bo właśnie „jego” najlepszą ścieżką już pewnie ktoś podróżował. Ulubione stwierdzenie „off the beaten track”, w dzisiejszych czasach już nie jest „off” a jedynie „beaten track”, po którym pielgrzymują turyści z plecakami albo rowerami. No ale ta wydumana wyjątkowość nie pozwala zasnąć. Jeśli nie jest się pierwszym, to chce się jak najlepiej, najdalej, najbardziej ekstremalnie, po prostu najbardziej. Każdy wybiera sobie to swoje naj, dokłada do zdjęć i sprzedaje w ładnej formie dopasowanej do polskiej rzeczywistości, gdzie zimno i pada. Taki podróżnik to nie będzie się bratał z harcerzem. Tylko tego brakowało! Praca zespołowa to przecież jakiś relikt z czasów, kiedy komputer zajmował cały pokój albo i może go nie było. Poza tym harcerz jest zorganizowany i przygotowany na wszystko. Czuje i czuwa! Ma książkę, która mówi mu jak żyć i po co. Ma ustaloną hierarchię w grupie i przyporządkowane zadanie. Wszystko wspólne i bezpiecznie niebezpieczne, bo w granicach kodeksu, etyki i pozwolenia. Czyli nuda? Podróżnik włóczykij potrafi zabić (no, nie tak dosłownie ;)) za spontaniczność i niezależność i tylko rozgląda się za lichem, co go poniesie nie wiadomo gdzie i po co, a przy okazji pokaże dobry kadr i podrzuci ciekawą historyjkę. Nigdy nie zaszkodzi.

I chyba jedyne, co łączy harcerza i podróżnika to wiara w jego własną rację i zasady. Jak to wszystko wychodzi w praktyce?

* * * * *

Wyjechałyśmy z Czerniowców pożegnane szampanem. Dlaczego by nie szampan? Media też tam były. Ogólnie dużo ludzi i słońca. Zimno miało być, więc nawet nie zwracałyśmy na to uwagi. Plan był taki: miałyśmy pedałować po rumuńskich bezdrożach w śniegu i mrozie. Odgłos trzeszczącego pod kołami śniegu i nasze myśli. Mili ludzie mieli nas witać herbatą (albo wódką, palinką czy czym tam się da… Wróć! harcerze nie piją podobno, więc zostańmy przy herbacie). Nutka zajebistości miała dodawać nam otuchy i tak oto w glorii i chwale przemknęłybyśmy przez Rumunię, Bułgarię aż do granic Stambułu, gdzie w świetle fleszy przekazałybyśmy pałeczkę sztafetową następnej grupie.

Czy tak zapamiętałam ten wyjazd?

Może dyplomatycznie opowiem o tym, co zapamiętałam najbardziej z tych tysiąca czterystu trzydziestu kilometrów. Przede wszystkim mgłę (nie, nie śnieg). Pogoda w Rumunii i Bułgarii pod koniec zimy była tak samo nieprzyjemna jak w Polsce. Duet w postaci błota i deszczu sprawiał, że odechciewało się wszystkiego. I jeszcze ten zapach dymu palonego węgla z kominów, który towarzyszył nam przez całą drogę. To taki zapach, który przenika wraz z zimnem przez całe ciało i zostaje na długo, przypominając Ci, że zima się nie skończyła.

W II etapie Rowerowego Jamboree nie było harcerzy: mieli czuć i czuwać na odległość. Jako, że w grupie ich nie miałyśmy, to stali się oni naszymi wrogami numer jeden. Było zimno, ciemno, obrzydliwie, więc kto był temu winien? Przecież nie my! To harcerze, których może i nie było, ale mogliby być i coś zrobić. A jakby byli to pewnie i tak by nic nie zrobili. Wkurzało nas to, że musimy odbierać telefony odpowiadać na pytania. Było szaro i ponuro. Ktoś nam „kazał” jechać a to wcale nie było przyjemne. Wkurzało nas też to, że to wszystko takie zorganizowane a z drugiej strony mało dopracowane. To był początek sztafety, wszyscy żyli w swoim kosmosie i na bieżąco rozwiązywali problemy, kleili jakiś obraz tego całego projektu.

Okutane jechałyśmy smętnie wzdłuż jakichś tam dróg, wcale nie podziwiając widoków. Była przecież mgła. Główny pierwiastek podróży, czyli to, co możesz zobaczyć i dotknąć, który dodaje Ci skrzydeł i motywuje, wpadł do wszech otaczającego nas błota. Drugi pierwiastek to ludzie spotykani po drodze. Zimą w Rumunii i Bułgarii to wszyscy chyba zapadają w sen zimowy. W każdym razie w styczniu raczej umarli. Zaspane twarze odprowadzały nas tępym wzrokiem do pierwszego zakrętu, myślami pewnie niewiele dalej. No tak, ale czego spodziewać się o tej porze roku? Punktem kulminacyjnym rumuńskiej ignorancji był nasz nocleg na korytarzu w akademiku sportowym, gdzie nikt nie zwrócił na nas uwagi przez całą noc. Czyli nici z zajebistości.

Słowo „okutane”, które pojawiło się w moim słowniku całkiem niedawno (ależ ze mnie ignorantka!), najbardziej oddaje ten odcinek sztafety. My same byłyśmy okutane nie tylko w ciepłe rzeczy, ale także własne myśli. I tak nasza mała grupa nieszczególnie zajmowała się komunikacją. Może to przez pogodę, może przez to, ze każda była myślami w innym miejscu, jakoś nie miałyśmy ochoty na wspólną integrację.

Dobrze, że nie było z nami harcerzy, bo byłybyśmy zmuszone do tego. A może niedobrze. Podróżowanie w gronie samych dziewczyn ma to do siebie, że oprócz pokonywania drogi trzeba przemierzać bezkresne oceany domysłów i nierozwianych wątpliwości. Jak się dołoży do tego zimno i deszcz, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. I nie wychodziło. Dopiero pod koniec wyjazdu, kiedy zmęczyłyśmy się pokonywanymi kilometrami, zaczęłyśmy funkcjonować w grupie i żyć tym wyjazdem. Bo każda z dziewczyn była i jest niesamowita na swój sposób. A może po prostu przyzwyczaiłyśmy się do siebie?

Wróćmy na chwilę do harcerzy. Gdzie byli harcerze w naszym etapie Rowerowego Jamboree? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie było ich wcale. Przyjęli nas w kilku miejscach ciepłym słowem i miejscem do spania. I to ich zorganizowanie i grupowe działanie wcale już nas tak nie wkurzało, kiedy okazało się, że to bardzo przyjemni ludzie. Czyli jednak można się dogadać?

Harcerze mają wypracowany model grupy. Pozostali muszą sami sobie wypracowywać jakiś model działania. Więc może jednak warto brać z nich przykład, gdy się podróżuje w grupie, żeby czerpać z niej jak najwięcej, zamiast tracić czas na własne fanaberie. Czy może właśnie to takie docieranie się jest najciekawsze po drodze? Niestety nie dam jasnej odpowiedzi na to pytanie.

I wcale nie było tak źle. Tylko w Turcji był jeszcze huragan a potem słodka baklawa i ten taki pozytywny stan zmęczenia i ciszy w głowie, która ciszą nie jest. A gdzie gloria i chwała?

* * * * *

Dojechałyśmy do Stambułu. Przekazałyśmy sztafetową pałeczkę. Później wróciłyśmy, przemilczałyśmy parę rzeczy i jakoś teraz idzie. Powiedziałabym, że więcej nie pojadę nigdzie z samymi dziewczynami, zimą, wzdłuż wyznaczonej trasy, w grupie podróżników i harcerzy. Bzdura. Pewnie, że pojadę. Będę pluła sobie w brodę później, że głupia byłam zgadzając się na to, tak jak po etapie Rowerowego Jamboree. Dlaczego pojadę? Bo to ciekawe doświadczenie, gdy się zabierze na jedną wycieczkę kilku podróżników, co to zwą siebie indywidualistami (i ja też pewnie do nich należę), dorzuci do tego zwartą grupę ludzi nastawionych na pracę zespołową (harcerze?), jedną misje do spełnienia (może być jakiś odcinek na rowerze do wspólnego pokonania). Najlepiej dołożyć do tego trudne warunki atmosferyczne i trochę gór i zobaczyć, co się będzie działo. A będzie się działo, to wam mogę obiecać, moi drodzy czytelnicy.

I jeszcze dlaczego? Bo w podróży nie zawsze jest zajebiście. Nie zawsze świeci słońce, a po deszczu wychodzi piękna tęcza. Takie rzeczy można sobie załatwić tylko w all inclusive. Ale to nie o to chodzi.

Do Rumunii i Bułgarii wrócę jeszcze kiedyś, jak będzie ciepło. Po arbuzy i po historie tamtejszych ludzi, które są pewnie ciekawsze od relacji sztafetowych.

Mimo wszystko, bez podróżujących włóczykijów świat byłby nudny, bez harcerzy nieuporządkowany i bez wartości. Żeby nawiązać jakąś nić porozumienia, musiałyśmy się zmęczyć kilometrami, zimnem i deszczem. Ciekawe, jakie sposoby na współpracę znajdą kolejne etapy.

 

Agata Roszczka


Komentarze: Bądź pierwsza/y