31 sierpnia 2010

Gringos wśród Asháninka – dziennik z wyprawy do Selva Central

Rytuał Ashaninka przygotowujący do wejścia w dżunglę. (Fot. Joanna M. Chrzanowska)

Dzień 3

Wczesnym rankiem opuszczamy wioskę i zagłębiamy się w dżunglę. Naszym przewodnikiem jest Leo, człowiek z Asháninka. Całe życie spędził w Betanii i doskonale zna topografię okolicznych terenów. Leo zabiera ze sobą maczetę, strzelbę, ryby i żywą kurę. Kurczak będzie naszą kolacją i jutrzejszym śniadaniem.

Już po kilku minutach drogi dopada nas skwar i duchota. Z każdym krokiem rośnie temperatura i coraz trudniej jest oddychać. Pomimo, że zabraliśmy tylko najistotniejsze rzeczy (namiot, przeciwdeszczowe kurtki, apteczkę i tabletki do oczyszczania wody), plecaki wydają się być coraz cięższe.

Pierwszy idzie Leo i toruje nam przejście swoją wysłużoną kolumbijską maczetą. Co jakiś czas zatrzymuje się, słucha odgłosów dżungli i mówi jaki ptak śpiewa w danym momencie lub pokazuje świeże ślady jaguara. Leo uczy nas także z jakich roślin Asháninka produkują lekarstwa. Bogactwo dżungli jest przeogromne i przy odpowiedniej wiedzy można tu znaleźć lek na praktycznie każdą chorobę.

Piscina - naturalnie wydrążony basen nieopodal Betanii. (Fot. Joanna M. Chrzanowska)

Po kilku kilometrach docieramy do miejsca zwanego piscina (basen). To kilkunastometrowy „wąwóz” w korycie rzeki Samayreni, w którym gromadzi się turkusowa woda. Tutaj odpoczywamy i zjadamy przyniesione z wioski ryby, przyrządzone z pieczoną juką (yucca asada).

Czujemy, że jesteśmy w centrum ziemskiego raju. Nad nami wznoszą się strome stoki pokryte potężnymi cedrami, strzelistymi palmami i bujną vilcacorą. Z drzew zwisają splecione liany, które tworzą powietrzne mosty nad całym korytem rzeki. Wieczorami przysiadają na nich małpy i znużone upałem papugi.

Dochodzi popołudnie i musimy ruszać dalej, by jeszcze przed zmrokiem rozbić obóz. Idziemy teraz korytem rzeki, przeskakując z kamienia na kamień. Zasada jest prosta: te czarne i zielone są bardzo śliskie. Dlatego musimy wybierać te najjaśniejsze. Najważniejsze by nie wpaść do wody i nie zamoczyć plecaka!

Obiad w dżungli. (Fot. Joanna M. Chrzanowska)

Po godzinie marszu docieramy do miejsca gdzie rozbijemy obóz. Trzymamy się blisko rzeki, by mieć dostęp do wody. Leo zabiera kurę w busz, co oznacza smaczną kolację. Drewno jest co prawda przemoczone po wczorajszym deszczu, ale Leo nie poddaje się i w końcu udaje mu się rozpalić ogień.

Słońce już zaszło, choć jest dopiero szósta po południu. Caldo de gallina (rosół z kury) zjadamy więc w ciemnościach. Staramy się nie używać latarek, gdyż każde źródło światła natychmiast przyciąga rzesze moskitów, ciem i gigantycznych robaków. W końcu ciekawość wygrywa z obrzydzeniem i z premedytacją zapalamy latarki, by zobaczyć to co słyszymy i czujemy na skórze. Rozmiary niektórych robaków są imponujące, jednak ich ilość szybko każe nam zgasić światło.

Selva Central. Przez gęste poszycie przedzierają się ostatnie promienie słońca. (Fot. Joanna M. Chrzanowska)

Po kolacji decydujemy się na trekking w ciemnościach. Wyposażeni w lampki czołowe, maczetę i strzelbę zagłębiamy się w czarną noc. Słyszymy odgłosy tysięcy otaczających nas istot. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach i emocje stają się jeszcze większe. By nie zgubić drogi idziemy gęsiego, bardzo blisko siebie. Ścieżka prowadzi nas w górę, skrajem skarpy. Najważniejsze by pewnie stawiać kroki i utrzymać równowagę. Gałęzie drzew są w większości spróchniałe a liany zbyć cienkie by wytrzymać ciężar człowieka.

Po przejściu kilometra docieramy do otwartej przestrzeni. To miejsce nazywane jest amfiteatro i składa się z naturalnie wyżłobionych kamiennych półek przypominających antyczną scenę i audytorium. Dalej maszerujemy korytem rzeki, gdyż prąd jest w tym miejscu bardzo słaby. Czołowe lampki pozwalają zobaczyć to po czym stąpamy, ale ich światło nie wystarcza by oświetlić drogę przed nami. Zdarza nam się ześlizgnąć z kamienia i nabić kolejne siniaki. Trekking w nocy jest trudny i męczący, ale daje olbrzymią satysfakcję. Czujemy potęgę natury i wiemy, że musimy uważać. Jesteśmy tutaj zupełnie sami, a najbliższa wioska oddalona jest o dzień marszu.

Kiedy lekko sfatygowani i poturbowani docieramy do kolejnego basenu, postanawiamy odpocząć przed drogą powrotną. Całodniowe zmęczenie daje o sobie znać i wszyscy szybko zasypiamy na wielkich głazach. Budzi nas zimno i orientujemy się, że już dawno powinniśmy być w obozie. Dochodzi północ. Temperatura zaczyna spadać i dużo łatwiej niż w dzień można natknąć się na jaguara czy ocelota. Zmotywowani możliwością odgrodzenia się w namiocie od wszędobylskich moskitów ruszamy do obozu.

Wyschnięte koryto Río Samayreni. (Fot. Joanna M. Chrzanowska)

Dzień 4

Zwijamy namioty, pakujemy plecaki i chowamy je w oznaczonym miejscu. Za chwilę ruszymy w dalszą drogę i każde obciążenie będzie dodatkową przeszkodą. Naszą ambicją jest dojść jak najdalej w głąb dżungli, ale przed zmrokiem musimy wrócić do Betanii. Skończyła nam się żywność i nie możemy pozwolić sobie na kolejny nocleg poza wspólnotą.

Staramy się iść szybko, jednak śliskie kamienie i rzeka bardzo nas spowalniają. Często upadki i ogólne zmęczenie biorą górę i Asia postanawia zaczekać na nas przy trzecim basenie. Jedna osoba nie może zostać sama w środku dżungli, więc Kasper postanawia dotrzymać jej towarzystwa. Dla bezpieczeństwa, Leo oddaje im swoją maczetę.

Przeprawa przez Río Samayreni. (Fot. Marco Jurado)

Idziemy dalej w trójkę. Nurt rzeki staje się coraz bardziej rwący, więc postanawiamy przeprawić się buszem. Leo gołymi rękoma wyrywa kolczaste liany i toruje nam przejście. To nasz ostatni dzień w dżungli i chcemy wyeksplorować jak najwięcej. Niestety jest po drugiej, a nas czeka jeszcze długa droga do wioski. Wracamy więc, zabierając po drodze Asię i Kaspra. Gdy przeprawiamy się wąską półką nad zboczem rzeki, Leo każe nam się natychmiast zatrzymać i zawrócić. Tuż przed jego twarzą, z gałęzi opuścił się loro machaco, jeden z najjadowitszych węży w całej dżungli. Ten jest jeszcze młody, ale nawet jego ugryzienie powoduje szybką śmierć. Cofamy się o kilka metrów, a nasz przewodnik sprawnie strąca węża do rzeki. To było dziecko, więc gdzieś nieopodal czai się jego matka, a spotkanie z nią mogłoby zakończyć się mniej szczęśliwie.

Odnajdujemy plecaki i ruszamy dalej. Jest duszno, gorąco i jesteśmy zmęczeni. Nie możemy się jednak zatrzymać póki nie dojdziemy do wioski. Wysiłek przynosi rezultaty – z zachodem słońca wkraczamy do Betanii. Mama Luisa przygotowała nam typowy regionalny posiłek, ryż z jajkiem zawinięty i zapieczony w liściu banana. Niestety bez kury. Jedną zjedliśmy w dżungli, a druga musi żyć, by znosić jajka.

Kuchnia Mamy Luisy. (Fot. Joanna M. Chrzanowska)

Leo i jego brat Abdiasem przynoszą nam papaje, banany i kokosy. Orzeźwiamy się soczystymi owocami i udajemy się na ostatni spacer po wiosce. W lokalnym sklepie kupujemy ciepłe piwo.

Najczęściej zadawanym nam pytaniem jest „Skąd jesteście?”. Na słowo Polska, Asháninka reagują głębokim chrząknięciem i skinieniem głowy. Próbujemy tłumaczyć, że to kraj w Europie, między Niemcami i Rosją. Żona właściciela sklepu przyznaje jednak z rozbrajającą szczerością, że żyją w dżungli i nie wiedzą co znajduje się poza nią. Obecni przy sklepie mieszkańcy stwierdzają, że w Betanii nigdy wcześniej nie było Polaków. Czujemy, że dotarliśmy w naprawdę wyjątkowe, niedostępne dla innych miejsce.

Mieszkańcy wspólnoty rozmawiają z nami uproszczonym dialektem hiszpańskiego. Między sobą – wyłącznie w języku Asháninka. Nic nie rozumiemy, jednak samo jego brzmienie jest bardzo przyjemne i uspokajające. To język pokoju, nieskażony nienawiścią i wulgaryzmami. Niestety jest to nasza ostatnia noc w dżungli. Jutro opuścimy wspólnotę i wrócimy do cywilizacji.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Kamil Kaczmarek

Kamil Kaczmarek

Niezależny filmowiec i zapalony globtroter. Zafascynowany krajami iberoamerykańskimi, terenami pustynnymi i dżunglą. Obecnie realizuje projekt Transandino.
Teksty autora:
Podobne artykuły
Qoyllur Rit’i znaczy „gwiaździsty śnieg”

Qoyllur Rit’i znaczy „gwiaździsty śnieg”

Wyprawa do wysoko położonej, górskiej doliny w Andach Peruwiańskich. Co roku, podczas pełni księżyca przed Bożym Ciałem, odbywa się tu tajemniczy festiwal religijny Qoyllur Rit’i....
Explore Apolobamba 2011 (cz. 2) – Do ataku!

Explore Apolobamba 2011 (cz. 2) – Do ataku!

Baza rozbita. Rano, kiedy się budzimy señor Juan już jest w ferworze przygotowań. Nie sądziłem, że lamy to takie dobre zwierzęta juczne. Juan ładuje na każde zwierzę po 20 kilogramów, a lamy lekko sobie narzekając dziarsko prą do przodu. ...
Explore Apolobamba 2011 (cz. 1) – Powrót do Boliwii

Explore Apolobamba 2011 (cz. 1) – Powrót do Boliwii

W 2009 roku odbyła się wyprawa Explore Apolobamba 2009, której sukcesem było zdobycie czterech dziewiczych szczytów oraz wierzchołka FAE 3 w boliwijskich Andach. Dwa lata później, wyrusza ekspedycja Explore Apolobamba 2011 z niemniej ambitnymi planam...
Kolej Malinowskiego. Pociągiem do nieba

Kolej Malinowskiego. Pociągiem do nieba

Podróż pociągiem Malinowskiego w Peru gwarantuje niezapomniane widoki. Nic dziwnego - jeszcze do niedawna Centralna Kolej Transandyjska, była najwyżej położoną kolejową linią na świecie....

Komentarze: 1 »

  • Gosia S.

    pozazdrościć i pogratulować mi pozostaje :)

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele