20 lutego 2010

Pakistan: Na podbój Karakorum

Po niespełna 2 godzinach marszu dotarliśmy na wzgórze, z którego było widać już malutki budynek bazy. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Po niespełna 2 godzinach marszu dotarliśmy na wzgórze, z którego było widać już malutki budynek bazy. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Tym razem prawie nam się udało. Po niespełna 2 godzinach marszu dotarliśmy na wzgórze, z którego było widać już malutki budynek bazy. Dzielił nas od niego tylko dość szeroki jęzor lodowca, pokryty skałami. Wg opisu w przewodniku należało przejść przez lodowiec po ścieżce oznaczonej kernami (kopczyki z kamieni). Takich kopczyków jednak nie było widać. Andrzej stwierdził, że trzeba zejść na dół do lodowca, a ja pomyślałam, że może lepiej zejść zboczem wzdłuż lodowca i w ten sposób go ominąć. Każde z nas postanowiło sprawdzić swoją opcję. Okazało się, że rację miał Andrzej, ale kiedy to stwierdziłam, było już za późno, bo udało mi się już zejść do miejsca gdzie jęzor się kończył, ale nie można było go ominąć… Wściekła na siebie z powrotem zaczęłam się wspinać do miejsca, w którym się rozdzieliliśmy, ale Andrzeja już tam nie było… Po trzech godzinach od rozstania zjawił się cały zdyszany. Okazało się, że znalazł ścieżkę oznaczoną kernami i gdy przeszedł po lodowcu czekał, aż ja przejdę dołem. Mnie się to jednak nie udało, więc się mnie nie doczekał i postanowił zejść w dół jęzora lodowca. Tam też mnie nie było, bo w tym czasie już wspinałam się z powrotem… Ale Andrzej pomyślał, że nie chciało mi się z powrotem wspinać, bo to kawał drogi i pewnie wróciłam do wioski. Postanowił to sprawdzić, ale w wiosce mnie też nie było, bo czekałam na niego w miejscu gdzie się rozdzieliliśmy! Gdy stwierdził, że nie ma mnie w wiosce, zorganizował całą grupę poszukiwawczą w liczbie osób 6 i zaczęli wspinać się w górę do moreny i dalej lodowca, gdzie się rozstaliśmy. Spotkaliśmy się, gdy stwierdziłam, że czas schodzić na dół, bo niedługo zrobi się ciemno. Człowiek uczy się całe życie i mimo tego, że oboje mamy doświadczenie w chodzeniu po górach, zrobiliśmy podstawowy błąd – rozdzieliliśmy się. To się nie powinno zdarzyć. Na szczęście to był błąd bez konsekwencji.

Domki w Fairy Meadows. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Domki w Fairy Meadows. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Po jeszcze jednej nocy spędzonej w Beyal, a potem ponownie w Fairy Meadows wróciliśmy do Gligit, ale też nie bez przygód… Najpierw czekało nas zejście krętą górską drogą do Raikot Bridge. Stwierdziliśmy, że skoro nią wjechaliśmy jeepem to z powrotem musimy ją pokonać pieszo. Przeszło 4 godziny szliśmy w dół w skwarze. Końca nie było widać, a buty zaczęły obcierać moje stopy. Trochę dlatego, że schodząc w dół ścigaliśmy się z lokalsami – chłopcami udającymi się do miasta. Mieli nadzieję, że wynajmiemy jeepa i zabiorą się z nami, ale nam nawet nie przeszło to przez myśl i dziarsko maszerowaliśmy przed siebie. Gdy wreszcie dotarliśmy do Raikot Bridge (oczywiście przed nimi :) ), trzeba było zorganizować sobie jakiś transport to Gilgit. W ciągu kilku minut zjawił się jakiś pusty bus, który podwiózł nas, za drobną opłatą, do wsi znajdującej się w połowie drogi do Gilgit. Kiedy wysiedliśmy z pojazdu, jakiś Pakistańczyk zaczął nam coś mówić o autobusach do Gilgit, ale właśnie przejeżdżała drogą ustrojona jak choinka pakistańska ciężarówka i do głowy wpadł nam diabelski pomysł: a może złapiemy ciężarówkę na stopa?!

Nie wiele myśląc, zamachaliśmy na ciężarówkę, a ta z piskiem, sykiem, zgrzytem i podnosząc tuman kurzu zatrzymała się tuż przed nami! Nagle jakiś mężczyzna zaczął wypytywać o coś naszego kierowcę, a potem po angielsku zapytał nas dokąd jedziemy, skąd jesteśmy, jak się nazywamy… mięliśmy ochotę zapytać: „A Ty co, z policji?!” Dobrze, że tego nie zrobiliśmy, bo ten Pan, rzeczywiście był z policji, tylko był już po pracy i ubrany po cywilnemu. Zobaczył, że zagraniczni turyści wsiadają do pakistańskiej ciężarówki na blachach z Peshawaru i chciał się upewnić, że nasz kierowca to porządny człowiek i dowiezie nas na miejsce zgodnie z obietnicą. Podziękowaliśmy policjantowi za okazanie troski, a kiedy ten upewnił się, że wszystko jest w porządku dał znak kierowcy, że może jechać. Ciężarówka ruszyła, i wszystkie ruchome dekoracje w kabinie zaczęły radośnie podskakiwać i pobrzękiwać. Bardzo nam się to wszystko podobało, ale po 30 minutach jazdy ciężarówką po KKH stwierdziliśmy, że do Gilgit dojedziemy już po 19:30. Oznaczało to, że nie będziemy mogli skorzystać z restauracji w naszym hostelu „Madina” ani z innej jadłodajni, bo o tej porze wszyscy wszystko zamykają i udają się na oczekiwany przez cały dzień posiłek. W końcu trwa Ramadan.

Nanga Parbat. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Nanga Parbat. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Ja już pogodziłam się z tym faktem, ale Andrzej kręcił się niecierpliwie, bo miał wielką ochotę na jego ulubioną w „Madinie” chicken noodle soup (rosół z makaronem). Widać było jednak wyraźnie, ze przegramy ten wyścig z czasem, bo załadowana ciężarówka jechała bardzo wolno, a beznadziejny stan KKH jeszcze bardziej utrudniał jazdę. Andrzej do ostatniej chwili miał jednak nadzieję, że zdąży zamówić swoją ulubioną zupę, ale nie udało się. W hostelu znów zostaliśmy bardzo miło przyjęci, a po wysłuchaniu naszej opowieści o gonitwie z czasem, Habib – prawa ręka szefa hostelu, poczęstował nas zupą, którą kucharz ugotował specjalnie dla personelu na wieczorny posiłek. Tak w pewnym sensie zostaliśmy zaliczeni do stałej ekipy „Madina Guest House”. Cały czas jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy jak wielkie to będzie miało dla nas znaczenie…

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Alicja Rapsiewicz

Alicja Rapsiewicz

Kocha góry i wszystko, co z nimi związane. Od 1 lipca 2009 roku w podróży dookoła świata - LosWiaheros.
Podobne artykuły
Pakistan: Karakorum Highway – skąd ta „wygórowana” nazwa?

Pakistan: Karakorum Highway – skąd ta „wygórowana” nazwa?

Wreszcie jedziemy w upragnione góry. Już nie możemy doczekać się kiedy będziemy w Karakorum. Jednak nie wiedzieliśmy, że spełnienie tego marzenia będzie okupione ciężkimi przeżyciami... ...
W Pakistanie prawie jak w domu

W Pakistanie prawie jak w domu

Kolejna wiadomość z wyprawy Za Horyzont, tym razem od drugiej części ekipy - Miłki i Mikołaja. Kto by się spodziewał, że w Pakistanie można się poczuć jak w Polsce?...
Pełna przygód wyprawa w góry Karakorum

Pełna przygód wyprawa w góry Karakorum

Marcin, Kuba i Wojtek postanowili zdobyć szczyt Purian Sar North w górach Karakorum. Wyprawa obfitowała w wiele przygód: złodzieje z karabinami, rozstroje żołądka i linie lotnicze, które nie dostarczyły sprzętu. Jednak było warto!...
Pakistan: wirujący trans w mieście Lahore

Pakistan: wirujący trans w mieście Lahore

Będąc w pakistańskim Lahore, oprócz zwiedzania zabytków, włóczenia się po uliczkach i bogatych doznań kulinarnych, można doświadczyć czegoś bardzo niespotykanego: można zobaczyć wpadających w trans wirujących sufistów i obserwować jak pieniądze lecą ...

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele