Pakistan: Na podbój Karakorum

Alicja Rapsiewicz 20 lutego 2010
Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w kierunku Base Camp pod Nanga Parbat. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w kierunku Base Camp pod Nanga Parbat. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Po kilku dniach spędzonych w Gilgit wreszcie udało nam się wybrać w góry do miejsca, którym wszyscy podróżnicy tak się zachwycają, czyli do Fairy Meadows i do Base Camp pod Nanga Parbat. Miała to być wycieczka lekka, łatwa i przyjemna, a okazała się sporym sprawdzianem…

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z naszego ulubionego hostelu „Madina” na dworzec autobusowy, żeby złapać transport do Raikot Bridge (most łączący brzegi rzeki Indus), skąd można rozpocząć trekking do Fairy Meadows. Na dworcu był co prawda bus udający się w tamtym kierunku, ale na jego odjazd trzeba było poczekać do momentu aż się zapełni. Trwało to niecałą godzinę, więc trochę czasu straciliśmy, ale dowiedzieliśmy się, że należy być cierpliwym, bo w tej części Pakistanu autobus nie odjedzie, jeśli nie jest pełny. Doświadczyliśmy tego jeszcze kilka razy.

Kiedy dotarliśmy wreszcie do Raikot Bridge, zaczęliśmy się przygotowywać do wędrówki. Wiedzieliśmy, że do Fairy Meadows z tego miejsca idzie się ok 6 godzin. Przy czym 4 godziny to mozolna wędrówka po utwardzonej drodze w pełnym słońcu, bez możliwości uzupełnienia zapasu wody. Właśnie dlatego, miejscowi zwietrzyli interes i oferują przejazd jeepem do miejsca, z którego można iść już szlakiem prowadzącym do Fairy Meadows. My jednak twardo zakładamy buty, smarujemy się kremem z filtrem zakładamy na głowy chustki i mamy zamiar dotrzeć tam o własnych siłach. Oczywiście kierowcy jeepów napadają na nas jak sępy i oferują podwiezienie za bajońską sumę. Śmiejemy im się w nos i pewnym krokiem ruszamy w stronę drogi. Jest samo południe, gorąco, czujemy jak słońce pali skórę mimo filtra 50, ale nic to, idziemy przed siebie. Wreszcie podbiega do nas jeden z kierowców i oferuje niższą cenę. Na to liczyliśmy, tylko udawaliśmy nasze zdecydowanie, żeby skutecznie wytargować niższą stawkę. Po chwili jechaliśmy jeepem, który podskakiwał jak szalony na wybojach, a tych tu nie brakuje. Droga ta zbudowana została przez mieszkańców wsi, do której ona prowadzi. Zbudowali ją sami, za własne pieniądze i sami też ją utrzymują, żeby była cały czas przejezdna. Nic więc dziwnego, że tyle kasują, jeśli chce się nią przejechać.

Zdążyliśmy rozstawić nasz namiocik i zrobiło się już ciemno i chłodno. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Zdążyliśmy rozstawić nasz namiocik i zrobiło się już ciemno i chłodno. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Jeep dotarł na miejsce po ok. godzinie jazdy. Za żadne skarby nie przeszlibyśmy tej drogi w 4 godziny… tym bardziej, że byłam trochę osłabiona po niestrawności, która męczyła mnie dnia poprzedniego. Do dzisiejszego celu zostało nam jeszcze około półtorej godziny podejścia. Dziarsko więc ruszyliśmy wąską ścieżką górską. Kiedy dotarliśmy na miejsce było już dosyć późno i nie mogliśmy w pełni podziwiać walorów Fairy Meadows, czyli Magicznych Łąk. Zdążyliśmy rozstawić nasz namiocik i zrobiło się już ciemno i chłodno. Wydawało się, że jesteśmy dziś jedynymi klientami, w każdym razie czuło się, że sezon dawno się skończył.

Szef campingu zaprosił nas do pomieszczenia socjalnego, gdzie stał kominek, w którym błyskały już płomienie ognia dające ciepło. Wkrótce do pomieszczenia wparowała z hukiem grupka obcokrajowców. Okazało się, że to Hiszpanie, grupa zapaleńców-miłośników motolotniarstwa. Dwóch z nich miało zamiar pobić rekord świata w wysokości lotu motolotnią. Postanowili dokonać tego właśnie w górach Karakorum, a my mieliśmy szczęście ich tu spotkać. Oprócz motolotniarza-pilota, na sukces pracowała cała grupa. Każdy był specjalistą w swojej dziedzinie, ale wiadomo, że główny splendor spływał na osobę, która pilotowała motolotnię i bije rekord świata. Hiszpan o imieniu Ramon i jego przyjaciel z Belgii – Thomas, codziennie odbywali loty ćwiczeniowe. Ogólnie rzecz biorąc motolotniarze okazali się bardzo sympatyczni i spędziliśmy z nimi miły wieczór.

Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Beyal, czyli do wioski, z której dzieli nas już tylko kilka godzin od bazy pod Nanga Parbat. Beyal to właściwie osada – kilka drewnianych chat i zagród, rzeczka i mnóstwo kóz. Zatrzymaliśmy się na jednym z campingów, gdzie można było wynająć sobie mały drewniany domek, ale my wnieśliśmy tu namiot i cały sprzęt po to żeby go użyć, więc rozstawiliśmy nasz zielony przenośny domek. Byliśmy tu zupełnie sami oczywiście oprócz lokalsów, którzy przyglądali się naszemu namiotowi z wielkim zainteresowaniem. Wieczór nastał szybko, a wraz z nim przymrozek. Zapakowaliśmy się więc do namiotu i spędziliśmy chwile pełne emocji, grając w kości.

Nie da się też iść główną ścieżką, bo kozy i owce wydeptały tu ich dziesiątki. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Nie da się też iść główną ścieżką, bo kozy i owce wydeptały tu ich dziesiątki. (Fot. www.loswiaheros.pl)

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w kierunku Base Camp pod Nanga Parbat. Wcześniej pytaliśmy miejscowych jak tam dojść, bo w tych górach szlaki nie są w żaden sposób oznaczone. Nie da się też iść główną ścieżką, bo kozy i owce wydeptały tu ich dziesiątki. Nie mieliśmy też rzetelnej mapy, bo takie nie są dostępne w Gilgit. Pozostał nam dość lakoniczny opis trasy z przewodniku, ale co to za wskazówka w górach, jeśli każą nam iść pod górę, przejść przez łąkę itp. Taki opis pasował do każdej ścieżki, którą chcieliśmy pójść… No i wybraliśmy zły kierunek, mimo, iż opis pasował jak ulał! Doszliśmy do jakiegoś jęzora lodowcowego i na tym koniec. Nad nami zaczęły zbierać się chmury deszczowe, a w oddali dało się słyszeć pojedyncze, ale zbliżające się grzmoty. Mimo zmęczenia, szybko dokonaliśmy odwrotu, ale i tak złapało nas najpierw gradobicie, a potem deszcz. Przemoczeni wróciliśmy do Beyal. Tam zobaczyliśmy nasz namiot, po którym spływały duże strugi wody. Mimo, że w środku było sucho i nie zapowiadało się na to żeby namiot miał przemoknąć, tę noc postanowiliśmy spędzić w domku. Do tej decyzji ostatecznie przekonały nas grube, ciepłe kołdry. Po prostu chcieliśmy porządnie się wyspać, żeby jutro w pełni sił jeszcze raz wyruszyć do bazy wypadowej pod Nanga Parbat.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Alicja Rapsiewicz

Alicja Rapsiewicz

Kocha góry i wszystko, co z nimi związane. Od 1 lipca 2009 roku w podróży dookoła świata - LosWiaheros.

Dodaj komentarz

PARNTERZY: Travel Channel Klub Podróżnik MK Tramping MK Tramping