Oswoić sakwy


Ania i Marcin Sowińscy


Rowerem nie zwiedziłem dotychczas całego świata i z pewnością nie grozi mi to niewątpliwie imponujące osiągnięcie. Z dopiętymi do niego sakwami nie podróżuję też na tyle długo, by nazywać się w tej materii ekspertem, a raczej entuzjastą. Mam jednak wystarczającą bazę doświadczeń, by móc porozważać na ich podstawie czym rzecz pachnie i czy warto je „oswoić”. Czy aby na tyle wystarczającą, by nie wpisać się w modne ostatnimi czasy „nie znam się, więc się wypowiem”? Sądzę, że tak, ale przecież mam pełne prawo by się mylić lub odczuwać to nieco inaczej.

Zapewne u wielu pasjonatów rowerowych wypraw, premierowe dopięcie sakw było nagłe, nieoczekiwane i nieco przypadkowe. Dosłownie kilka dni po miesięcznym rozbracie z domem odbieram telefon i po drugiej stronie słuchawki (a ściślej komórki) pada pytanie:

Sowa (od podstawówki ze stuprocentową skutecznością honorowano mnie tą samą ksywą i to bez żadnych sugestii), jedziesz z nami rowerem na arbuza?
– Jadę – odpowiadam, – ale gdzie?
– Do Tokaju!

Rowerem przez Rumunię

Szutrowe drogi wśród łąk i lasów w południowej części Gór Fogaraskich, Rumunia. (Fot. Ania i Marcin Sowinscy)

Podróż rowerem przez Albanię

Podążając w górę doliny rzecznej u podnóża Gór Północnoalbańskich. (Fot. Ania i Marcin Sowinscy)

W rzeczywistości pytania te miały inny kształt, lecz tak prozaiczne ich ujęcie najlepiej oddaje uczucie absurdu jakie zrodziło się w moich zmieszanych w tym momencie myślach. Zmartwiłem się mocno o moją szosówkę i już słyszałem dźwięk szprych pękających w jej biednych kołach pod wpływem tobołka, który miałby utknąć na niedostosowanym jeszcze do tego sprzętu bagażniku… Cóż było robić. Pełen nadziei potwierdziłem swój udział. Myśl o Furmincie i soczystym arbuzie znacznie skurczyła rozmiary potencjalnych utrudnień i niepewność.

Jeden dzień, młotek i szlifierka przekształciły od lat nieużywany bagażnik w sprzęt segmentu Tour de France gotowy na przyjęcie „aerodynamicznej” starej sakwy. Wyścig, którego Alpami stał się Beskid Niski, a Polami Elizejskimi Rakoczi utca, ruszył mozolnie po dwóch dniach od telefonu i nowe zasady gry panoszyły się odważnie i szybko. Ba! Natychmiastowo!

Rowerowa podróż na Bałkany

Malownicza górska droga u wschodnich krańców Jeziora Szkoderskiego, prowadzaca z Virpazaru do Rijeki Crnojevicy. (Fot. Ania i Marcin Sowinscy)

Rower przekształcony w szerpę nie toleruje dotychczas stosowanego podejścia do równowagi. Udowodnił to po dystansie nieco tylko większym od rekordu w rzucie beretem, ciskając mną na drugą stronę szosy, po zbyt gwałtownym oglądnięciu się za siebie i zaczepieniu o kompana. Nieco większy ruch na podkarpackiej drodze i mielibyśmy jednego sakwiarza mniej. Przetarty bagaż i zakrwawiony łokieć podziałały jednak jak ukłucia zadawane bykowi przez pikadora – jeszcze mocniej zdeterminowały do walki.

Ta pierwsza rowerowa „wyprawa”, bo tak to czuliśmy, trwała pięć dni i dobiła do pięćset dwudziestu kilometrów. Odkryliśmy w niej zupełnie inne oblicze roweru i inny styl jazdy. Szarpanie i ściganie się zwolniły miejsce spokojnemu kręceniu, poznawaniu otoczenia i samych siebie. Tak stosunkowo krótka, a już wskazała na cierpliwość i pokorę jako cnoty absolutnie niezbędne. Zasugerowała ona zarówno pierwsze brakujące elementy jak i niepotrzebny ekwipunek. Udowadniała jak niewiele potrzeba do satysfakcji. Pierwsze złowione na dziko noclegi, pierwsze słowackie domostwa nieprzychylne rozbiciu namiotu z powodu „brehających” psów, pierwsza podróż w deszczu i po zmroku. Uczyliśmy się nowych zasad, emocji, trików i mankamentów, a ponad wszystko nowego stylu podróży, który od pierwszych kilometrów wchodził z biegiem krwi coraz głębiej.

Mówiąc krótko i trafnie – oswajaliśmy sakwy. Bez zbędnych sugestii pojęliśmy, iż są one nieodłącznym atrybutem jeśli za środek transportu ma w podróży służyć rower. Są pasożytem żerującym podczas podróży na naszej energii, szprychach i hamulcach. Problem w tym, że są złem koniecznym, bo gdy tego pasożyta odciąć od pożywienia, to nasze eksploracyjne możliwości drastycznie się kurczą.

Droga Transfogaraska w Rumunii na rowerze

Szosa ukazująca spektakularne widoki i ucząca pokory – Droga Transfogaraska od strony południowej. (Fot. Ania i Marcin Sowinscy)

Gdzie wyruszamy następnym razem? – padło nieuniknione pytanie. Spośród rzuconych pomysłów to Bornholm zaintrygował nas najmocniej. Ostatecznie właśnie tam udaliśmy się w nieco zmienionym składzie i zmodyfikowanym oraz usprawnionym sprzętem. Ponownie podróż obdarzyła nas nowymi doświadczeniami jak i kolejnymi gafami. Kto z nas pomyślałby, że na bałtyckiej wyspie, która rzekomo jest w stanie zrodzić mandarynki, weekend majowy zaatakuje nas takim chłodem! Ubiór w pełnej wersji, a do szczytu komfortu termicznego nadal trzeba mocno pedałować. Woda wprowadzona w ciągu nocy w stan stały to tylko jeden z nieznacznych epizodów, które wręcz potęgowały nasze przeżycia i ekscytację.

Polecamy: Na Bornholm oczywiście rowerem

Kolejny kierunek oczywiście został zasugerowany na Bornholmie. Przeprawa Szosą Transfogaraską przez Karpaty i magiczna rumuńska Transylwania musiały poczekać ponad rok. Ta właśnie obsuwa została zasponsorowana przez Jurka, a dokładniej kość w jego łokciu, która zdecydowała się ordynarnie pęknąć… na rowerze podczas ostatnich przygotowań! Nasze ciężkie rowery i plany uzbroiły nas jednak w upór i cierpliwość.

Po roku stanęliśmy w pełni gotowości na linii startu. Tym razem parami. Obecni od pierwszych naszych wypraw przyjaciele Jurek i Agata oraz ja z Anią. Tak, kolejna osoba, która podjęła wyzwanie, z początku powodujące zadyszkę na samą myśl o pokonywaniu przewyższeń, a co dopiero z bagażem.

– Nie jadę do żadnej Rumunii! – krzyczała podczas treningowego, majowego okrążania Tatr.

– Za wcześnie by o tym rozmawiać – odpowiadałem spokojnie. – Zakończymy tatrzańską pętlę to wtedy pomyślimy.

Rowerem przez góry Czarnogóry

Słoneczny, kręty zjazd do Njegusi, Czarnogóra. (Fot. Ania i Marcin Sowinscy)

Przez Rumuńskie góry rowerem

Napawanie się widokiem, a następnie zjazdem po serpentynach Drogi Transfogaraskiej. (Fot. Ania i Marcin Sowinscy)

Piękny i będący znakomitym wprowadzeniem w rzemiosło weekend majowy pozwolił spojrzeć z większym optymizmem na Rumunię. Wypaliła. Następnie Balaton, Czarnogóra i Albania skutecznie oswoiły kolejną osobę z siedzeniem na twardym siodełku, rozbijaniem namiotu w krzakach, a przede wszystkim z sakwą. Od momentu gdy zaczynamy akceptować to brzemię, a jednocześnie doceniać jego obecność i skarbów jakie w nim wieziemy, pozornie tak niewielu ale tak ważnych i zarazem wystarczających do szczęścia, otwiera się nowy rozdział i nowe możliwości.

Jak bardzo wchodzi to w krew? Bez wątpienia na różną głębokość i powoduje nieprzewidywane amplitudy ciśnienia. Skoro mowa o Nas, to po wybraniu Kanady za cel kolejnej podróży bez żywszych negocjacji za środek transportu wybraliśmy rowery. Po raz kolejny we znaki da się nam brak jakiegoś elementu lub niepotrzebny balast, mnożące się nieprzewidziane okoliczności będą ćwiczyły nasze nerwy i kreatywność, a awarie będą chciały zniechęcić do dalszej jazdy.

Czy przypadkiem nie znamy tego z poprzednich tras? Czy mimo przeciwności nie docieraliśmy do celu, omijały nas przygody i niezapomniane spotkania z tubylcami? Każda podróż poprzez swoje niedoskonałości i początkowe braki doświadczenia tworzyła niezapomniane historie, a elementem spajającym były cele i determinacja.

Sakwy nie dla każdego są atrybutem do zaakceptowania, jednak nie można się ich bać! A ileż nowych doświadczeń i cnót możemy nabyć! Jeśli podróż jest pasją, oswoić da się wszystko, nawet przyciągające nas do ziemi i napawające Newtona dumą ciężkie i wypchane po brzegi sakwy. Po pierwszej podróży każdy sam może dać sobie odpowiedź, czy było warto.

Ania i Marcin Sowińscy


Komentarze: (1)

Fasola 20 maja 2014 o 13:37

Świetny tekst. O drodze do drogi;)

Odpowiedz