Oaxaca, góry i Zapotekowie, czyli wolontariat w Meksyku


Sebastian Szczawiński


– Wiecie jak dojść do domu Anishy? – spytaliśmy kilka dzieciaków bawiących się koło drogi, przy której zostawiła nas colectivo – zbiorowa taksówka, odjeżdżająca z położonego godzinę drogi stąd Miahuatlanu w określonych godzinach, niczym autobus. Przynajmniej w teorii, bo w rzeczywistości miała około półtorej godziny obsuwy. Dzieciak tylko pokazał ręką pod górę i w lewo. Dziwne, nie było tam żadnej drogi. Podeszliśmy kilka metrów wyżej i spytaliśmy o to samo na oko czterdziestoletniej indiańskiej praczki z dzieckiem na plecach. Wskazała ten sam kierunek.

Wieć w Meksyku, stan Oaxaca

Piękny dzień w San Sebastian Rio Hondo. Robota wre. (Fot. Sebastian Szczawiński)

Po przyjrzeniu się okazywało się, że we wskazanym kierunku faktycznie biegła droga, a raczej ścieżka. Wtłoczona między stary, czerwonawy dom a kilkumetrową skarpę, pokryta bobkami dróżka wiodła dalej obok kolejnych gospodarstw, a raczej bezpośrednie przez nie, w kierunku poszukiwanego przez nas domu. Jak się później dowiedzieliśmy, to jedna z dziesiątek takich dróżek w wiosce, które, mimo że przebiegają niemal w całości przez gospodarstwa, mają raczej charakter dróg publicznych, choć wątpię by ktokolwiek słyszał tam o prawie przejścia i służebności gruntowej.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów doszliśmy do domu Anishy. Sąsiad Anishy tnący jej drewno – bo akurat posiadał piłę łańcuchową – z radością wygrzebał z trocin wielką i obleśną białą larwę jakiegoś chrząszcza, po czym schował ją do kieszeni koszuli.

– Będzie do kolacji, usmażę i zjem – powiedział z dumą i entuzjazmem.

Myślałem, że robi sobie jaja z dwójki onieśmielonych gringo. Dzień później dowiedziałem się, że faktycznie ją zjadł. W sumie sami jedliśmy chapulines w leżącej bardziej na północ Puebli, co to za różnica?

* * * * *

Tak zaczął się nasz pobyt w zapoteckiej wiosce San Sebastian Rio Hondo w południowej Oaxace w Meksyku. Mieliśmy pomagać wspominanej już Anishy w rozkręcaniu jej ekofarmy, a wolnych chwilach podglądać życie Indian, kręcić się po okolicznych górach i generalnie opierdalać.

Anisha, trzydziestoletnia brytyjska hinduska jest bardzo miła, bardzo mądra i bardzo ładna. Brzmi to durnie, ale tak jest w istocie. Po skończeniu studiów weterynaryjnych w Liverpoolu kręciła się trochę po świecie, po czym osiadła w San Sebastian, początkowo jako wolontariusza w projekcie innego ekspaty w wiosce. Po jakimś czasie odpaliła swoją farmę z warzywami i zieleniną, zajmując się także ziołolecznictwem ludzi i zwierząt oraz robieniem kosmetyków. I jakoś się to wszystko toczy. Przyjmuje też wolontariuszy takich jak my i wszystko u niej jest ładnie zorganizowane, kilka godzin pracy, reszta dla nas, spanie i wspólne posiłki. Nam pasuje, mamy też sporo czasu na obserwowanie tego co dookoła, a po to w sumie przyjechaliśmy.

Anisha, jak dziewięćdziesiąt procent mieszkańców wioski mieszka w domu z gówna, a gwoli ścisłości z wysuszonego i przesianego łajna oślego zmieszanego z wysuszoną ziemią, trocinami i wodą w odpowiedniej proporcji. Domki te przyjmują ładny, beżowo-czerwonawy kolor, są dużo szczelniejsze od drewnianych, co istotne w wiosce położonej na wysokości ok. dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Nasz domek jest niestety drewniany i mniej szczelny, więc codziennie wieczorem trzeba przed pójściem spać rozpalić w piecyku, zrobionym zresztą z takiej samej mieszanki kupy, piachu i trocin co domek Anishy. Potem przyodziać kurtkę, czapkę, dwie pary skarpetek, w śpiwór i można spać. Nocami temperatura czasami spada w okolice zera, mimo że w dzień zazwyczaj jest powyżej dwudziestu pięciu stopni. Taki górski klimat, podobny zresztą jak w Beskidach czy Sudetach.

Wioska zamieszkała jest w zdecydowanej większości przez Indian z grupy Zapoteków, zamieszkujących doliny i góry stanu Oaxaca. Pozostały procent stanowi kilkunastu białych, głównie Amerykanów, którzy z różnych powodów zamieszkali w wiosce, nierzadko próbując animować jej mieszkańców, ale starając się nie zakłócać tempa ich życia. Generalnie im się to udaje.

Nieformalnym przywódcą białych w wiosce jest ok. pięćdziesięcioletni Marcos, realizujący w San Sebastian niezliczoną ilość projektów, nazwijmy je, non-profit, typu zarządzenie procesem wytwarzania tradycyjnych, indiańskich ciuchów i pośredniczenie w ich sprzedaży. W ten sposób pomaga podtrzymywać tradycyjne zwyczaje i umiejętności mieszkańców wioski i dając im przy okazji zarobić.

Mieszkańcy bowiem, mimo silnego poczucia bycia Zapotekami, w coraz większym stopniu zmieniają swoje zwyczaje. Z jednej strony część z nich wciąż nie ma prądu i kanalizacji, jednak komórki ma większość. Nie mają pojęcia gdzie leży Europa, mają za to konto na Facebooku. Generalnie nie jest jednak źle i życie San Sebastian, poza tym, że zakłócone odgłosem silników wszędobylskich tuk-tuków, jest raczej spokojne i takie jak dawniej. Ludzie oglądają w kawiarence filmiki na youtube, a następnego dnia orają pole kukurydzy o wielkości czterech arów za pomocą byków.

Całkowicie tradycyjnie żyją mieszkający na ranchos czyli gospodarstwach oddalonych o kilka godzin, czy czasami wręcz dni, od wioski. Nierzadko są niezależni żywieniowo, z własnym poletkiem kukurydzy i fasoli, będącymi tu jak i w całym Meksyku, podstawą egzystencji, kilkoma grządkami warzyw, kurami i krowami. Często posługują się swoim rdzennym językiem, który generalnie w tej części Meksyku powoli niestety wymiera, i są niezwykle dumni z tej swojej małej autarkii.

Handlarze z San Cristobal

Nazywanie San Sebastian wioską nie jest do końca adekwatne, bardziej odpowiednie byłoby słowo miasteczko. W San Sebastian są ze trzy szkoły z boiskami, mieszka w nim kilka tysięcy osób, jest nawet jedna czy dwie kawiarenki z cholernie wolnym Internetem. Tempo życia jest natomiast wioskowe, prowincjonalne. Najwięcej w wiosce jest bodaj stolarzy, bo to już nie te czasy, żeby każdy mógł wyżyć ze swojego poletka. Ci którzy wciąż uprawiają ziemię są z nią zazwyczaj bardzo związani, ale to cechuje chyba większość rolników na świecie.

Rodzinę zakłada się młodo, dzieci posiada się dużo. Piątka, szóstka to norma, dziesięć czy dwanaście dzieciaków też nikogo nie dziwi. W wielu aspektach funkcjonuje tam jeszcze zasada selekcji naturalnej; matka dziecka cierpiącego na ciężką biegunkę dopiero po pięciu dniach przychodzi do Anishy po pomoc. Z drugiej strony dzieci do ok. drugiego roku życia są cały czas przy mamie, w chuście na plecach, niezależnie od tego czy matka pierze czy mieli kukurydze na masę. To musi budować więź, choć nam czasami ciężko to wszystko zrozumieć. Dziecko po osiągnięciu wieku jakichś czterech lat zaczyna już pomagać mamie i np. prać samo.

* * * * *

Nasza praca na farmie jest różnorodna, czasami coś pielimy, czasami kładziemy ostatnią warstwę gównianego tynku albo stawiamy drewniany płot. W weekend wybieramy się do leżącego o dwie godziny marszu lasem San Jose del Pacifico, bardziej turystycznego i znanego, może dlatego że leży przy głównej trasie z Oaxaki na wybrzeże.

W porze deszczowej San Jose staje się grzybową stolicą Meksyku i ściągają tam hipisi, mistycy i fani odlotu z całego świata, żeby popłynąć na psychodelicznych grzybach, zwanych tu maestros. Teraz pora sucha, jest spokojniej, ale wchodząc do San Jose w przeciągu dziesięciu sekund widać, że to trochę inny świat. Kręci się tam sporo wydziaranych, wykolczykowanych backpackerów, koniecznie w materiałowych spodniach w indyjskie wzory, popijających mojito i palących jointy przed jedyną kawiarnią w San Jose posiadającą wi-fi. Dwa czy trzy hostele, kilka domków do wynajęcia. Niby tak samo, a jednak inaczej.

Mieszkaliśmy tam dwa tygodnie. Dla nas ten czas wydawał się wypełniony tyloma atrakcjami, nowymi odkryciami, przeżyciami. Dla ludzi stamtąd to kolejne tygodnie w kolejnym roku. Bo poza obniżką jakości jedzenia w wioskowych sklepach i nowymi odmianami kukurydzy niewiele się tu zmienia. Oby tak zostało jak najdłużej.

Sebastian Szczawiński


Komentarze: Bądź pierwsza/y