O tym jak niektórzy, w drodze na Zwrotnik, raka rollowali


Dominika Lis


Jesień zbliżała się już wielkimi krokami, gdy parę osób, zaangażowanych wokół działań niebanalnej Fundacji Rak & Roll, kombinowało… jak by tutaj wyrollować raka. I padło hasło, które wszystkim się spodobało – jedziemy na Zwrotnik Raka, robimy sztafetę rowerową!

Niech każdy jej etap będzie naszym małym symbolicznym zwycięstwem nad rakiem, powiedzieli sobie. I robią to! Ruszyli w połowie października, a sztafeta wciąż trwa. Mamy dla Was relację z pierwszych kilku etapów. Powstała ona dzięki współpracy z Elizą Czyżewską na podstawie relacji osób, które na rowerowym siodełku pokonywały kolejne kilometry. Opowieści dłuższe lub krótsze, w zależności od wylewności :) Szykujcie się na ciary na plecach!

Ekipa żegnająca startujących z Warszawy. Po prostu pokazują rakowi FAKA :). (fot. nieznany)

Ekipa żegnająca startujących z Warszawy. Po prostu pokazują rakowi FAKA :). (fot. nieznany)

Jesień zbliżała się już wielkimi krokami, gdy parę osób, zaangażowanych wokół działań niebanalnej Fundacji Rak & Roll, kombinowało… jak by tutaj wyrollować raka. I padło hasło, które wszystkim się spodobało – jedziemy na Zwrotnik Raka, robimy sztafetę rowerową!

Niech każdy jej etap będzie naszym małym symbolicznym zwycięstwem nad rakiem, powiedzieli sobie. I robią to! Ruszyli w połowie października, a sztafeta wciąż trwa. Mamy dla Was relację z pierwszych kilku etapów. Powstała ona dzięki współpracy z Elizą Czyżewską na podstawie relacji osób, które na rowerowym siodełku pokonywały kolejne kilometry. Opowieści dłuższe lub krótsze, w zależności od wylewności :) Szykujcie się na ciary na plecach!

Do biegu, gotowi… START!

Etap 1 – Warszawa – Kraków (ok. 290 km). Tekst powstał przy współpracy z Łukaszem Pałką

Przecięcie wstęgi – na zdjęciu Piotr Pogon. (Fot. Magda Węglarz)

13 października, sobota, godzina 4:00 – pierwsza ekipa zwarta i gotowa wyrusza w kierunku Zwrotnika Raka. Chłopaki planują dotrzeć do Krakowa… na kolację! Takie tam „przeciętne” założenie. Przy tym termometry pokazują niewiele ponad zero stopni Celsjusza i siąpi deszcz ze śniegiem. Pamiętacie kawałek zimy wczesną jesienią? To było dokładnie wtedy:) Co zrobić – ciepłe czapki, rękawiczki i w drogę!

Pierwsze sto kilometrów, przez większość czasu w ciemności, pokonane w niespełna cztery godziny. Jak to podczas podróży wszelakich, włączają się różne tematy konwersacji – od głupich żartów po filozoficzne rozmowy o sensie rowerowej podróży w deszczu. No i zero narzekania.

– W końcu każdy z nas znalazł się tu i teraz z własnej woli – tłumaczy Łukasz.

Kolejne kilometry to „trochę” większe zmęczenie.

– Sięgając granicy dwustu kilometrów zastanawiałem się już tylko, w jaki sposób w ogóle zsiądę z roweru. O totalnym zmęczeniu świadczyło to, że już bez skrępowania zacząłem smarkać w rękawiczkę rowerową- wspomina Łukasz Pałka.

A do Krakowa jeszcze kawałek. Na szczęście deszcz przestał padać. Na tym etapie Łukasz  postanowił odłączyć się od ekipy i spokojnie zjechać z trasy. Radek i Piotrek napierali dalej – by zgodnie z założeniami, w pięknym stylu, dotrzeć wieczorem do Krakowa.  Cel osiągnięty – rak wyrollowany! A co lepsze – to dopiero początek przygód!

Pierwsza granica… przekroczona

Etap 1 – Kraków – Cieszyn (ok. 130 km). Tekst powstał przy współpracy z Konradem Pędziwiatrem

 14 października, niedziela, godzina 7:00. Pogoda jakby upierała się przy byciu nam przeszkodą i utrudnieniem – zaczyna lać. Pół godziny oczekiwania. Niestety bez zmian. Szybki telefon do Piotrka.

A może się rozmyślił i przełożymy przekazanie pałeczki na 9:30. Niestety Piotr informuje mnie, że już jest gotowy do drogi. Nie pozostaje więc nic innego niż ruszać, wspomina Konrad Pędziwiatr.

Uroczyste przekazanie pałeczki jest umówione pod Wawelem. Na miejscu jest tylko Smok, Piotr i deszcz. Leje jak z cebra. Szybka sztafetowa wymiana, pamiątkowe grupowe zdjęcie i w drogę.

Pierwsze 20 kilometrów upływa pod znakiem rzęsistego deszczu, kolejne 20 we mgle (na szczęście deszcz odpuścił).

– Przez trzecie 20 kilometrów byliśmy świadkami wysychających dróg, a czwarte 20 upłynęło przy coraz mniejszym zachmurzeniu i nieśmiało przebijających się tu i ówdzie promieniach słonecznych.

Jest nagroda – kolejna dwudziestka to pełne słońce! Ale nie ma lekko – ostatnie 40 kilometrów to jazda w ostrym wietrze. Wszelkie przeciwności wynagradzają przepiękne widoki na zalew Goczałkowicki. Po wielu trudach – w pełnym słońcu Konrad i Piotrek docierają do Cieszyna. Pierwsza granica – puściła! Nie było łatwo, za to uśmiechy na fotografiach pokazują ile radości jest, kiedy się uda. Rak numer dwa – wyrollowany – pięknie i klasycznie.

Kolejne dni sztafety to poszukiwania chętnych, którzy pokonają trasę do Mediolanu. Trasa piękna,  co tam, że pada i wieje. Kilka dni rozważań i zatrybiło. Są odważni – 1,5 dnia i zwarci i gotowi mają stawić się na posterunku. Ufff, jedziemy dalej …

PESI ZONA! Nie można rowerem! Jak nie można?

Etap 1 – Cieszyn – Czeskie Budziejowice (ok. 450 km). Tekst: Ewa Czyżewska, Dominik Fonrobert

Poranki na trasie do Czeskich Budziejowic. (Fot. Dominik Fonrobert)

20 października, sobota 7:30 – Cieszyn. Przygodę czas zacząć. Ewa i Dominik udają się w ustalone miejsce po oczekującą na nich „książeczkę-pałeczkę”. Do tej pory dzielnie opiekowała się nią Pani Irena Kwaśny.

Szybkie przekazanie pałeczki i w drogę do Mediolanu. Pierwszy dzień i od razu 120 kilometrów do Ołomuńca. Słońce widać chce jechać z nami, a pogoda jak na zamówienie – to chyba za sprawą naszych dobrych duchów.

Po kilku kilometrach pojawiają się i góreczki… pierwsza, druga, trzecia… potem już trudno je zliczyć. Jest mooooc! Twarze uśmiechnięte. Dlaczego?  Bo nasza trasa jest jedna i słuszna. Na ZWROTNIK RAKA! Do samego Ołomuńca wiedzie przepiękny szlak przez zabytkowe, malownicze wsie i miasteczka, lasy, szlaki winnic i zakładów piwowarskich.

Kolejny dzień to ponad 130 kilometrów. Ale damy radę. Przed informacją spotykamy panią, która chce nam jednak uzmysłowić że nie:

– Ile chcecie przejechać? 130 kilometrów? Na „kole”? Nie dacie rady.

– Za dużo. Jak to nie damy rady?????!!!! Oczywiście że damy. Ojjjjjj zagotowało się w Nas! Miłego dnia dla Pani… i jeszcze milszego dla nas.

Pędzimy  przez łąki i pola, przez lasy w ciemną noc. Uwaga! Sarny! Ależ napędziły stracha. Nie ma czasu na strachy. Nogi już drętwieją. I po co na koniec to wzniesienie???? Ale my wiemy… jak jest pod górkę, to gdzieś musi być z górki. Dziewięć ostatnich kilometrów mkniemy w dół. Byleby wyhamować i jesteśmy u celu – Czeskie Budziejowice. Poranek jest zimniejszy niż zwykle. Zakładamy kilka warstw na siebie… zapalamy czołówki i czekamy aż z mgły wyłoni się zmiana.  Podobno Eliza już się zbliża.

Nie zawsze jest kawior

Etap 1 – Czeskie Budziejowice – Mediolan (ok. 830 km). Tekst: Eliza Czyżewska

Wydawało mi się, że przeżyłam już na wyprawach wszystko i żadne warunki mnie nie zaskoczą. A już od początku nie zapowiadało się łatwo. Do Czeskich Budziejowic po wielu perturbacjach docieram  przed 3:00 nad ranem. Miasto wita mnie wszechogarniającym zmrokiem, wilgocią i ulewnym deszczem. A to dopiero początek atrakcji.

Następnego dnia na deser dostaję – zepsuty rower, który zmusza mnie do powrotu do punktu wyjścia i poszukiwania serwisu celem wymiany korby. Ostatecznie w pełnym deszczu, pełna obaw,  ruszam ok. godziny 14 w drogę do Linz – bagatela lekko pod stówkę. Na zmianę otrzymuję deszcz, śnieg, deszcz, śnieg, wiatr, deszcz, górkę i w dół, 20 procent w górę i kilka procent w dół, i wiatr, i śnieg.

Muszę jechać, każda próba zatrzymania się i odpoczynku kończy się dygotami i powolnym zamarzaniem. Po drodze jeszcze tunel samochodowy, policja, cudem uniknięty mandat… i w końcu zmrok. Tego wolałam uniknąć, a do celu jeszcze jakieś trzydzieści kilometrów. Niby nic – a tu ciągle pod górę. Zmęczona, przemoknięta, przemrożona na wszystkie strony docieram do Linz. Podobno ładne miasto – ale nie chcę go oglądać – chcę do ciepła!

Następny dzień wita mnie śniegiem i Kubą, który dołącza do sztafety. Szybki przepak i znowu po 14:00 wyjeżdżamy na trasę. Mamy co robić – według przeliczeń codziennie musimy przejechać ok. 150 kilometrów. A jak się okazało, nie zależy to tylko od nas.

Tym razem udało się bez deszczu, ale wilgoć w powietrzu była jeszcze gorsza. W trzech warstwach staraliśmy się poruszać jak najszybciej. Przemykaliśmy najruchliwszą drogą pomiędzy tirami i busami. Noc zastaje nas na przedmieściach Insbrucka. Na liczniku 121 kilometrów, a my rozglądamy się z rozmarzeniem za miłym miejscem na biwak. W końcu trafiamy na ładne krzaczki przy drodze. Marzenie! Ja stawiam dom, Kuba warzy strawę. Po 30 minutach siedzimy w cieplutkich śpiworach i zajadamy gorący makaron. To tyle na dziś.

Kolejny dzień to szybka przeprawa do Insbrucka. Mamy szczęście, może jest zimno i wilgotno, ale nadal nie pada. Droga też staje się przyjemna, bo kolejny cel – Salzburg – dobrze nam się kojarzy, więc pedałujemy z wielką chęcią. Jednak miny szybko nam rzedną, zimno staje się nie do wytrzymania, staramy się nie zatrzymywać, żeby nie wychładzać organizmu. Ale ileż można jechać.

Znowu zastaje nas noc – tym razem będzie sporo podjazdów i długich zjazdów – oboje „leciutko” dygoczemy z zimna. Nie damy rady w namiocie – po wczorajszej nocy jest cały mokry, nasze śpiwory też. Pokonujemy 136 kilometrów i szukamy czegokolwiek gdzie jest ciepło. Biorę prysznic i padam jak nieżywa. Kuba podejmuje jeszcze próby reanimacji… na marne – chcę spać.

Kolejny dzień to ciągle droga do Salzburga – czy my kiedyś tam dojedziemy? Oficjalnie ogłaszam kryzys dnia trzeciego – nie chce mi się jechać! Tyłek boli, noga strzyka. Czy to wszystko ma sens? Ma! Okazuje się, że wystarczył porządny sznycel z kawałkiem chleba i życie odzyskało barwy, a my siły i zapał. Jedziemy dalej. Rozpoczynamy wspinaczkę na odcinku ok. 20 kilometrów – jest miło, ciepło, podoba nam się. Powoli zapada zmrok, a my pniemy się na „tylko 1300 metrów”. Noc wspaniała. Na chwilę zatrzymujemy się na dworcu kolejowym – jest ciepło i mają automat z kawą – ekstra!

Dzielnie wspinamy się dalej. Im wyżej tym zimniej i trudniej. I jest! Kilka minut po 20:00 przekraczamy kolejną granicę. Jesteśmy we Włoszech! Viva Italia. Teraz już tylko słońce, plaża. Jest MOC! Przed nami delikatne 60 kilometrów w dół – jest już ciemno,  ale nie przeszkadza nam to. Zakładamy na siebie wszystkie ubrania przed dłuższym zjazdem w dół – będzie zimno. Po drodze zahaczamy na pizzę. Posileni szarpiemy się na kolejne z trzydzieści kilometrów… nie da się – jest mega zimno – wolimy zrobić ten zjazd o świcie – za zakrętem rozbijamy nasz namiot – podskakując zziębnięci wbijamy do śpiworów. Dobranoc.

O dziwo Italia niewiele różni się od Austrii – tu też jest zimno. Od rana kilometry wchodzą nam jak szalone. Jest moc, jest radość, a mój licznik odmierza kolejne dziesiątki. Jest dobrze, zaczynamy wierzyć w to, że dotrzemy na czas do Mediolanu. Po zmroku robi się średnio, zaczyna mżyć, a temperatura spada dziwnie nisko. Wjechaliśmy w góry i zaczęło lać. Jedziemy – grunt to nie zatrzymywać się. Woda wypływa nam uszami, butami… jest wszędzie.

Około 21:00 podejmujemy odważną decyzję – zatrzymujemy się na szybką szamę i jedziemy do oporu dalej. Siadamy w pizzerii – wokół nas szybko tworzą się kałuże wody, a my zaczynamy dygotać. Zjadamy szybko, wybiegamy na dwór, pierwsze kilkanaście metrów pokonujemy biegnąc – musimy się rozgrzać. Podbiegamy pod górę – jest dobrze, jest ciepło. Jedziemy. Dziś musimy dojechać nad jezioro Garda.

Polecamy: Mediolan – kościoły i krew

Mamy trochę szczęścia trafiamy na ukrytą przy drodze jaskinię. Jest sucho, ale czy bezpiecznie? Ja się zastanawiam, a Kuba wbija do jaskini – chyba go już stąd nie wyciągnę. Ryzykujemy i rozstawiamy w niej nasz namiot. Cudownie – w końcu nie pada nam na głowy. Szybciutko zasypiamy w ciepłych – chociaż mokrych śpiworach. Przed nami ostateczne starcie.

Wstajemy wcześnie rano. Pakujemy się szybko i na głodnego ruszamy. Musimy dotrzeć do Mediolanu, a to ponad 200 kilometrów. Pogoda średnia, ciągle pada, a do tego mój rower postanowił odmówić posłuszeństwa. Jakby tego było mało wybrana przez nas droga, okazała się z drogą z zakazem jazdy rowerów… wbijamy na górski szlak. Jednak po kilku kilometrach wspinaczki po szutrze wycofujemy się – okolica piękna, ale nie mamy czasu, musimy jechać szybciej niż 7 km/h.

Ryzykujemy i wbijamy na trasę szybkiego ruchu. Niedługo czekaliśmy żeby pożałować tej decyzji. Trasa poprzecinana była tunelami o długości 200, 800, 150, 2500, 3800, 1500 metrów… tego już za dużo. Po każdym większym tunelu zatrzymywaliśmy się na chwilę oddechu świeżym powietrzem i odstresowanie. Wiedzieliśmy, że im szybciej pojedziemy, tym szybciej się skończą.

Ufff, po 30 kilometrach było już z głowy. Pogoda też jakby lepsza. Nie wierzyliśmy – po 760 przejechanych kilometrach wyszło słońce i jest błękitne niebo – dawno się tak nie cieszyłam. Co za moc. Zrzuciliśmy po dwie warstwy i pomknęliśmy do przodu.

Znowu zmrok, nic nowego. Zaczęliśmy trochę przysypiać na rowerach. I siup – znak „Mediolan 20 km” – jesteśmy! Już prawie jesteśmy!… a jednak nie jesteśmy. Do miasta prowadzą same autostrady. Godzina kręcenia się po okolicy w poszukiwaniu innej drogi wjazdowej do miasta. Czas ucieka, a z nim nasze humory. Na lotnisko docieramy ok. 3:00 – zmęczeni, zziębnięci, w nogach tego dnia 212 kilometrów (rekord życiowy z sakwami pobity!). Jesteśmy z siebie dumni. Niemrawo – przekazujemy pałeczkę Adze i Ani. Trochę nie ogarniamy tego co się dzieje. A sztafeta jedzie dalej…

Dominika Lis


Komentarze: Bądź pierwsza/y