Odkryć rorbu


Piotr Pazoła


Drewniana chatka rybacka miała być dla mnie schronieniem przed zimnem i nocą, ot noclegownią na trasie kolejnej podróży. Takich miejsc w większości przypadków nie zapamiętuje. Miałem ważniejszy cel i przy odrobinie szczęścia chciałem go osiągnąć. Nie jechałem tam napawać się jakąś starą, nieco odrestaurowaną chałupą po rybakach.

Rorbu stoi ona frontowym oknem na palach w wodzie i na skałach. Otwierasz to okno i głową jesteś na wodach zatoki. To moje ulubione okno. Plusk wody jakby był w środku salonu, a stado mew o poranku tylko czeka na twój szczodry gest. Po dłuższej chwili nawet ten smród ryb suszonych nieopodal nabiera quasi-perfumowanej jakości. Zakochałem się w drewnie chaty, jej atmosferze i otoczeniu. Nocne „polowania” na zorzę polarną, eksplodujące zielenią niebo dodawały temu miejscu szczypty tajemniczej magii.

Czy jest tu Piuter?

– Piuter! Czy jest tu z Wami Piuter? – krzyczał kierowca busa zatrzymującego się tuż przy kei w Moskenes. Owy Piuter był tak daleki od Pitera, Petera, czy tym bardziej Piotra, że dopiero po chwili skojarzyłem, że to może chodzić o mnie.

Za kierownicą siedział Steinar. Sędziwy jegomość z siwą brodą, dość barczystej budowy, właściciel hostelu i kilku innych przybytków w Å. Jego wizyta w porcie po mnie i moich przyjaciół była nadzwyczaj niespodziewana. Zapowiadał w końcu, że o tak późnej porze jego już nie będzie, zostawi nasze miejsca noclegowe otwarte i musimy radzić sobie sami, aby tam dotrzeć. Byliśmy mentalnie przygotowani na kilkukilometrowy, spokojny marsz po zaśnieżonych, krętych drogach wyspy Moskenesøya. Nasza zdolność rychłej piechurki była jednak dość ograniczona. Dobrze zaopatrzeni w Bodø, z prowiantem na kilka dni nie bylibyśmy w stanie rozwinąć zawrotnych prędkości. Szacowałem, że po półtorej godzinie powinniśmy dojść na miejsce.

– Tak, to ja! Dziękujemy, że po nas przyjechałeś! – wydusiłem z siebie jednym tchem, z ulgą, spowodowaną już projekcją zapakowania tych tobołów do bagażnika.

Odwracając głowę spostrzegłem kobietę, która przyjechała za Steinarem. To Elin, jego żona. Wybrała się drugim samochodem, aby wspomóc transport z portu ośmiorga Polaków i jednej, samotnie podróżującej Francuzki.

– Wsiadajcie szybciej i ruszamy. Chciałbym zdążyć dziś jeszcze wypić trochę wina! – zarządził kierowca.

Ostatnia litera alfabetu

Pędzimy. Tak należy opisać styl jazdy po tych nieodśnieżonych drogach. Doświadczyłem już tego kunsztu kilkanaście godzin wcześniej w autobusie zastępczym z Mo i Rana w kierunku Bodø. Musieliśmy przesiąść się na ten pojazd z pociągu, na granicy koła podbiegunowego w środku nocy z powodu obfitych opadów śniegu. Brodziliśmy w białym puchu niemal po kolana idąc z peronu na parking przed dworcem. Dalej trakcja od Mo i Rana na trasie Trondheim – Bodø okazała się nieprzejezdna.

Kierowca szalał pełnym ludzi autobusem nad nieogrodzonymi krawędziami drogi ku przepaści. Nie inaczej prowadzi Steinar, choć te drogi na Moskenesøya wydają się nieco bardziej przyjazne. Nie grozi nam tym razem roztrzaskanie się w otchłani urwiska, co najwyżej kąpiel w lodowatej wodzie zatoki.

– To skąd Wy jesteście? – zadał to pytanie. – Z Polski?! Wszyscy? – rozpromienił się.

Wyglądało na to, że ma z nami, Polakami dobre wspomnienia.

– Pracował u mnie jeden Polak. Miał na imię… – zamyślił się. – Stefan! Tak. On najpierw malował, potem naprawiał. Pomagał mi odrestaurować domy rybackie. Takie w jakich będziecie mieszkać. Właściwie to on umiał zrobić wszystko! To tak jak ja, Norweg, a to nie zdarza się często!

To była dobra wiadomość dodająca pozytywnych wibracji między nami. Wiking i Polak dwa bratanki!

– Czy mamy szansę zobaczyć zorzę? – dopytujemy, po to tutaj przyjechaliśmy.

– Aurora Borealis! Światła północy! – roześmiał się. – Widziałem zaledwie parę razy w życiu… – odpowiedział całkiem poważnie. Trochę mi mina zrzedła. Co prawda dopływając do wyspy i w samym porcie widziałem zieloną poświatę, co wprawiało mnie już w ogromną ekscytację, jednak na Steinarze to nie robiło żadnego wrażenia.

– Zobaczcie, tutaj jest znak z nazwą miejscowości – Å – powiedział kierowca, gdy dojeżdżaliśmy do wioski. – Macie szczęście, że tu jest. Czasami przyjezdni nie wiedzą, czy dobrze dotarli, bo znak jest notorycznie kradziony.

Å to ostatnia litera norweskiego alfabetu, tak jak położenie wsi – ostatniej na archipelagu.

Izby Toklebua i Thuvbua

Pierwotnie mieliśmy nocować w hostelu prowadzonym przez Elin i Steinara. Po wymianie kilku wiadomości z Norwegami przed wyjazdem zaproponowali mi, że w ten samej cenie możemy zatrzymać się w dwóch drewnianych domkach, wyremontowanych chatach rybackich. Dla obu stron było to świetne rozwiązanie. Steinar nie musiał uruchamiać hostelu, w którym poza nami nie miało być innych gości, a mnie i moim kompanom dawało to zupełnie inną perspektywę trzech nocy na Lofotach. Zgodziłem się bez namysłu.

Sąsiadujące ze sobą domy nazwane Toklebua i Thuvbua czekały na nas. Podjechaliśmy z właścicielami do małej recepcji, aby dopełnić formalności, uregulować płatności. Byłem jednych z pierwszych, którzy tego dokonali i z uwagi na bardzo małe pomieszczenie wyszedłem poczekać na pozostałych na mrozie. Oddaliłem się kawałek, w ciemność. Na północnym niebie, zza stromych szczytów zaczęła wyłaniać się zielona poświata, falowała, tańczyła. Niesamowicie niestałe, dynamiczne zjawisko! Zdałem sobie sprawę, że słowa Steinara o zorzy polarnej były sarkazmem i nieco z nas drwił, przyjezdnych mieszczuchów ze środkowej Europy.

Polecamy galerię zdjęć z Norwegii: W poszukiwaniu trolli na drugim końcu tęczy

Toklebua jest nieco większa od Thuvbua. Układ domu i pokoje są takie same, jednak główna izba w tej pierwszej chacie to znacznie przestronniejsze miejsce. Wybraliśmy je jako główny punkt spotkań kulinarnych i towarzyskich naszej ósemki. Aneks kuchenny, kominek, sofa, stoły. Ten niezapomniany zapach drewna.

– Wow! Tu jest pięknie! – mówił każdy na przemian do Steinara, który oprowadzał nas po swojej własności.

– W przedpokoju znajduje się pościel. Gdy za trzy dni będziecie wyjeżdżać to złóżcie prześcieradła i poszwy tam z powrotem. Ja już uciekam. Gdybyście mieli jakieś pytania to dzwońcie do mojej żony, jutro rano wychodzę w góry nad jezioro łowić ryby. Nie będzie mnie cały dzień. Która to godzina? 21! Idę na lampkę wina! Cześć! – kończył wypowiedź będąc jedną nogą już na zewnątrz.

Poza salonem w każdym domu do dyspozycji mieliśmy dwa pokoje, w jednym z nich łóżko piętrowe, w drugim małżeńskie. Ciekawostką były także miejsca do spania nad pokojami. Wchodziło się na nie po drabinie z przedpokoju domu, tuż przy drzwiach łazienki frontalnie umiejscowionych do drzwi wyjściowych. W chatach było bardzo ciepło, mimo kilkunastostopniowego mrozu na zewnątrz. Ogrzewanie elektryczne musieliśmy wielokrotnie skręcać, bo pracowało zdecydowanie za mocno.

Pasta z kawioru i mrożone krewetki

Każdy z nas wybrał sobie odpowiednie łóżko do spania i mogliśmy spotkać się w dużej izbie Toklebua, aby zjeść upragnione ciepłe jedzenie. Po ponad czterdziestu godzinach podróży byliśmy w nie najlepszej kondycji, ale nikt nie próbował objawiać oznak zmęczenia. Atmosfera tego miejsca od pierwszych sekund, nieśmiała zorza nad głowami, plan jej dalszych poszukiwań i fotografowania wszystkich stawiał na nogi.

Wyruszyliśmy z Wielkopolski niemal dwa dni temu do Gdańska pociągiem, aby wsiąść na pokład samolotu do Trondheim. Po wylądowaniu i dostaniu się do centrum, kilkugodzinnym, wieczornym spacerze wsiedliśmy w nocny pociąg do Bodø. Jedenaście godzin drogi, z nieprzewidzianymi komplikacjami zasp śnieżnych na granicy koła podbiegunowego i dalszą podróżą autobusem nie kończyła naszej tułaczki. Bodø od godzin porannych dawało nam możliwość zrobienia zakupów w supermarkecie, aby wspólnymi siłami zorganizować prowiant potrzebny podczas pobytu na Lofotach.

Największym hitem w naszym menu okazała się pasta z kawioru oraz mrożone krewetki, które kosztowały mniej niż w Polsce. Pozostałe artykuły staraliśmy się bardzo rozsądnie wybierać – makarony, warzywa, sery, jajka. Ceny alkoholu odstraszyły nas skutecznie. Kupiliśmy kilka piw, z czego większość okazała się bezalkoholowa.

Polowanie

Popołudniowy rejs promem z Bodø do Moskenes wreszcie przybliżał nas namacalnie do celu. Gdy dopływając już o zmroku zauważyłem ledwo widoczny zielony pas światła na niebie, wiedziałem, że jesteśmy we właściwym miejscu. Znaleźliśmy kolejnego dnia odpowiednią lokalizację na wzgórzu, kilka kilometrów za wioską, z dobrze eksponowanym północnym i południowym niebem. Wybraliśmy się tam po zmroku całą grupą, aby spróbować szczęścia. Atmosfera graniczyła z polowaniem na jakąś zwierzynę. Tylko ona była sprytniejsza niż mi się wydawało. Nagle wystrzeliła z taką mocą, że stałem jak wryty. Nie potrafiłem robić zdjęć. Oniemiałem. Dopiero po chwili ocknąłem się i przygotowany sprzęt obsłużyłem tak, aby uwiecznić ten zielony spektakl.

Zorza polarna - foto, Norwegia

Zorza polarna widziana z tarasu rorbu nad zatoką Lofotów. (Fot. Piotr Pazoła)

– To teraz Ty idź spać, a za dwie godziny obudzę Cię i będziesz czuwał – powiedział do mnie Ariel ostatniego wieczoru.

Byliśmy wykończeni po dwudziestokilometrowym marszu tego dnia do Reine i z powrotem, ale mimo to chcieliśmy przypilnować zorzę. Niebo było pochmurne i czekaliśmy na odpowiedni moment, aby spróbować coś dostrzec. Zasnąłem wcześnie, jak nie zwykłem. Zerwałem się z łóżka przepocony. Mój pokój stał się sauną, przesadziłem z ogrzewaniem. Na zegarku była już trzecia. Ach, nie obudził mnie, idę zapalić – pomyślałem z żalem.

Wstałem dość niechętnie, z uwagi na potrzebę przywdziana kilku warstw ubrań, aby wyłonić się na mróz. Zaspany odpaliłem papierosa spoglądając na wodę zatoki. Piękne, rozgwieżdżone niebo. Po chwili do mojego nieuruchomionego w pełni mózgu dotarła informacja, że prawie nie ma chmur. To coś innego, bo pełno przede mną, nade mną, za mną białych obłoków, zmieniających kształty w ciągu kilkunastu sekund. Mogły być nawet nieco zielone, ale o tej godzinie, wyrwany z łóżka temperaturą w pokoju nie wierzyłem sam sobie.

Natychmiast wyrzuciłem papierosa, wróciłem ekspresowo po statyw z aparatem. Pierwsza klatka, 30 sekund naświetlania. Niemożliwe! Nieprawdopodobne! – brzmiało w mojej głowie. Jeszcze jedna, teraz na drugą część nieba.

– To jest słaba, ale jednak piękna zorza! – mówiłem do siebie biegnąc budzić wszystkich odpoczywających w nieświadomości, w ciepłych pieleszach rorbu Toklebua i Thuvbua.

Marzec 2013

Piotr Pazoła


Komentarze: Bądź pierwsza/y