19 grudnia 2009

Norwegia i Finlandia: na rowerach za Koło Polarne

norwegia_rower_02Jedną z rzeczy na które trzeba się przygotować przemierzając Lofoty i Vesterålen z zamiarem darmowego noclegu, tzw. „na dziko”, jest to, że czasem trzeba nieźle się natrudzić by znaleźć odpowiednie miejsce na postawienie namiotu, które nie zapadnie się pod naszym ciężarem. Otóż powierzchnia tych archipelagów często pokryta jest grzęzawiskami i torfowiskami lub po prostu litą skałą.

Kolejnym punktem na mapie była Senja. Wysepka ta zapowiadała się jako dość górzysta, co niewprawne rowerzystki przyprawiało o szybsze bicie serca, bynajmniej nie z podekscytowania. Jednakże uroki Senji zrekompensowały nam całkowicie wszelkie trudy związane z pokonywaniem kolejnych wzniesień. Po drodze spotkałyśmy też ogromnego trola, odwiedziłyśmy kawiarenkę z kelnerkami wyposażonymi w długie ogony, no i przy okazji nie omieszkałyśmy skosztować małe co nieco oferowane przez to niezwykłe miejsce.

Tak też po około dwóch tygodniach podróży dotarłyśmy do miejsca nazywanego w przewodnikach „Paryżem Północy”. Tromsø to dość spokojna miejscowość, która jak na mój gust z Paryżem nic wspólnego nie ma. No ale jak zwał tak zwał, ważne że posiada niedrogi camping i parę ciekawych rzeczy do zobaczenia. Nasz „Paryż” niestety okazał się „Wenecją”, gdyż niemal pływałyśmy w strugach deszczu padającego prawie codziennie podczas naszego pobytu w tym mieście.

W Tromsø pożegnałyśmy się z Pauliną, która wróciła na łono ojczyzny, a my z Olą w promieniach słońca ruszyłyśmy dalej wgłąb Laponii. Droga przecinająca Półwysep Lyngen, biegnąca górską doliną, to jedno z najpiękniejszych miejsc na naszej trasie. Ciągnące się po obu stronach drogi pasma gór, uroczysty nieomal spokój i od czasu do czasu mroźny powiew wiatru z ośnieżonych jeszcze szczytów – to niezapomniane uczucie.

Plan podróży przewidywał przeprawę przez Park Narodowy Reisa, która miała obfitować w kontakt z lapońską głuszą i być zarazem skrótem do Kautokeino. W Stowarzyszeniu Górskim w Tromsø poinformowano nas, że park ten jest przejezdny i nie powinno być problemów z jego pokonaniem. Dziwiły więc nas zaskoczone spojrzenia mieszkańców terenów leżących w pobliżu parku, gdy dowiadywali się o naszych planach. W końcu bardzo rezolutny pan wybuchł nam śmiechem prosto w oczy usłyszawszy co zamierzamy. Okazało się, że park ten nie posiadał żadnej dróżki, a jedynie „ścieżynkę” przebijającą się przez metrowej wielkości paprocie, liczne potoki i głazy. A my już na własnej skórze przekonałyśmy się, że ową „ścieżynkę” czasem trzeba było wydeptać samemu w towarzystwie czarnej chmury komarów nad głowami. Tak więc w tym „urokliwym” miejscu spędziłyśmy zaledwie jeden dzień i postanowiłyśmy naprędce zmienić plan i obrać drogę przez Altę. Trzeba przyznać, że Norwedzy skutecznie potrafią chronić swą piękną przyrodę przed nieproszonymi i nieprzygotowanymi gośćmi, co gdy przeszła nam pierwsza złość, zrozumiałyśmy i doceniłyśmy.

Tak więc zostało tylko jedno wyjście – Alta… dla nas, po przestudiowaniu mapy, oznaczającą drogę przez mękę. Trzeba przyznać, że co nieco prawdy to i było w tych naszych obawach, ale z całą pewnością dobrze się stało, że zmuszone zostałyśmy do zmiany trasy.

Na drodze do Alty stanęły nam dwie potężne góry, a z jedną z nich na zawsze związane będą miłe wspomnienia, pomimo iż wiele kropel potu kosztowało nas jej pokonanie. Ale te widoki… chociażby tylko dla nich, warto było się natrudzić. Jednak najcenniejszą rzeczą, którą skrywała ta góra było niewielkie lavu z samijskimi pamiątkami, którego właścicielem był mały posturą ale wielki sercem Lapończyk o imieniu Isaak. Już na samym wstępie gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski obdarował nas brylokami z kości renifera oraz ugościł pieśnią joik. To jednak nie koniec przygód związanych z Izaakiem, ale o tym parę linijek później.

norwegia_rower_03Tak czy siak, pokonawszy dwie potężne góry, napotkawszy niejedno stado reniferów przechadzających się środkiem głównej drogi i przeżywszy upadek wprost do rowu (Ola) po usłyszeniu przyjaznego „cześć!” od polskich rowerzystów jadących z naprzeciwka, w końcu dotarłyśmy do Alty – miasta przeznaczenia.

Cóż o Alcie? Tak naprawdę to niewiele udało nam się zobaczyć, ale słoneczna pogoda i spacer, podczas którego podziwiałyśmy naskalne malowidła sprzed 6 tys. lat, pozostawiły miłe wspomnienia związane z tym miastem. Już drugiego dnia pobytu w Alcie, stojąc na stacji benzynowej (najlepsze miejsce na poranną toaletę) podszedł do nas nie kto inny jak… Isaak, który uśmiechnięty starał się nam wytłumaczyć w języku lapońskim, że pragnie zaprosić nas do siebie na tradycyjną samijską kolację. I tak spędziłyśmy kilka dni w Kautokeino w przemiłym towarzystwie. Ale komu w drogę, temu czas… z bólem serca i ofertą pracy w jednym ze sklepików Isaaka wyruszyłyśmy w dalszą podróż przez surową lapońską krainę.

Po zażyciu kąpieli w chłodnej rzece przepływającej przez Karasjok oraz odwiedzeniu skansenu Sapmi i lapońskego parlamentu, przekroczyłyśmy fińską granicę. Finlandia kojarzyła nam się z jednym – płaską powierzchnią. I ta myśl była dla nas niezwykle budująca. Niestety, po raz kolejny życie przyniosło niespodziankę. Jeśli ktoś przekraczał kiedyś fińską granicę w Karigasniemi to pierwszą rzeczą, która z pewnością rzuciła mu się w oczy jest potężna góra na horyzoncie. Pokonanie jej z nadzieją, że ujrzy się płaską jak stół drogę jest zgubne. Zaraz za nią kryje się kolejna góra i kolejna i kolejna… i tak przez 65 km… w górę i w dół. Byłyśmy wykończone.

Miejscem krótkiego odpoczynku było dla nas Inari. Rozbiłyśmy namiot tuż nad brzegiem tego wielkiego jeziora i przez dwa dni pogryzając pyszne skandynawskie żelki, rozkoszowałyśmy się pięknymi widokami. Niestety, w nieproszonym towarzystwie deszczowych chmur.

Po drodze do Rovaniemi nie obyło się bez małej awarii pojazdu ale dzięki pomocy sympatycznego Fina, który nie znosił nocy polarnych ale mimo wszystko, jak to mawiał słowami nieznanej nam z Olą piosenki: „I don’t care”, czyli w wolnym tłumaczeniu nie brał życia na serio. Teraz naszym celem były odwiedziny Św. Mikołaja w jego wiosce w Napapiri. I prawie by się nam to udało gdyby nie to, że… Św. Mikołaj miał przerwę. W końcu to zrozumiałe – każdy potrzebuje chwili odpoczynku! Ponieważ czas gonił, nie czekając na zmęczonego Świętego ponownie przekroczyłyśmy Krąg Polarny, tyle że tym razem w kierunku południowym.

Dalsza droga polegała na oczekiwaniu wyrwy w ciemnych deszczowych chmurach, pośpiesznym zbieraniu obozowiska i wyścigu z czasem, by przejechać jak najwięcej zanim z nieba lunie kolejna porcja deszczu a słońce zajdzie za horyzont.

W końcu jakoś dotarłyśmy do Oulu, bardzo przyjemnego nadmorskiego miasta, gdzie dobiegła końca nasza 2-miesięczna rowerowa podróż. W Oulu zmieniłyśmy środek lokomocji na pociąg, który zawiózł nas do samych Helsinek. W stolicy Finlandii spędziłyśmy kilka dni po czym przetransportowałyśmy się promem wraz z naszym całym dobytkiem do Talina – miasta z piękną średniowieczną starówką. Po drodze do Polski nie omieszkałyśmy zatrzymać się jeszcze w Rydze i Wilnie.

I tak właśnie ziściły się nasze marzenia i zasiane zostało podróżnicze ziarno, które wykiełkowało i z każdym dniem rośnie coraz większe i większe…

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Żaneta Kaszta

Żaneta Kaszta

Studentka geografii, cyklistka z przypadku, miłośniczka latynoskiej energii i podejścia do życia. Uwielbia być zadziwiana odmiennością kultur i pięknem przyrody.
Teksty autora:

Brak innych wpisów.
Witamy na pokładzie!
Podobne artykuły
Jeszcze 1500 kilometrów po Alaska Highway

Jeszcze 1500 kilometrów po Alaska Highway

Jestem w Whitehorse w Kanadzie, odmrażam się w tutejszym MacDonaldzie, po przejechaniu 1250 kilometrów. Można powiedzieć, że prolog mam już za sobą. Jakkolwiek jest dopiero październik, to jesień ma się tu już ku końcowi i powoli nadciąga zima. Właśn...
Armenia – poukładana wyprawa rowerowa przeplatana szalonymi pomysłami

Armenia – poukładana wyprawa rowerowa przeplatana szalonymi pomysłami

Podczas naszej rowerowej wyprawy, dwójka dzieci, które nasi znajomi ciągnęli w przyczepkach, miała być gwarancją, że wszystko musi być poukładane, bezpieczne i przewidywalne. Mimo to, szalone pomysły nie dawały nam spokoju, więc wciągnęliśmy je do pl...
Błękit, jakiego namalować się nie da… Lodowiec Svartisen

Błękit, jakiego namalować się nie da… Lodowiec Svartisen

Naszym celem po Przylądku Nordkapp był lodowiec Svartisen w Parku Narodowym Saltfjellet. W dalszym ciągu poruszając się autostopem przemierzaliśmy norweskie mile spotykając najróżniejszych ludzi, którzy raczyli nas swoją życzliwością....
Urzekająca północ. Kierunek – Nordkapp

Urzekająca północ. Kierunek – Nordkapp

Celem naszej 33-dniowej podróży dookoła Norwegii, oprócz zasmakowania północnego klimatu i poznania kraju, był Przylądek Północny Nordkapp. Zapraszamy na relację z wyprawy....

Komentarze: 1 »

  • Karo...

    Dwie przyjemności za jednym razem – rowerek i Kraje Północy :)
    Piękna wycieczka!
    Pozdrawiam i życzę wielu nowych takich pomysłów.

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele