Norwegia i Finlandia: na rowerach za Koło Polarne

Jeszcze rok temu we trójkę siedziałyśmy na jednym z wielu slajdowisk, na których podróżnicy dzielili się relacjami ze swych wypraw i przygryzałyśmy wargi. Z zainteresowania? Owszem. Ale najbardziej chyba z zazdrości. Po każdym takim spotkaniu rodziło się pytanie: „Czemu nie ja?”. Odpowiedź na nie przyszła nagle i niespodziewanie. Trzeba wziąć sprawy we własne ręce . Jak chcesz coś zobaczyć, poczuć cudowny dreszcz na plecach podziwiając to co stworzyła natura, musisz po prostu zacząć planować. A plan wcale na początku nie musi być dokonały. Tak więc zrobiwszy ten stumilowy krok we własnych głowach, postanowiłyśmy marzenia zamienić w czyn. Tym oto sposobem pokonałyśmy na rowerach blisko 2 tyś km.
Skąd pomysł by w lecie przekraczać Koło Polarne zamiast wylegiwać się na plaży? To pytanie nasunęło się nam kilka razy w Finlandii, gdy byłyśmy doszczętnie przemoczone lub dygotałyśmy z zimna w jedną z tych nocy, podczas których temperatura spadała poniżej zera. Wszystko to można rzec wina Oli, bo to właśnie ona zamieniła pomysł wygrzewania się gdzieś tam na Bałkanach na poszukiwania Św. Mikołaja w środku lata. I… dzięki jej za to!
Ola jako miłośniczka Ludów Północy chciała zobaczyć jak to jest mieszkać w trudnych warunkach na łonie dziewiczej przyrody. I jako, że nasza towarzyszka cechuje się darem skutecznego zarażania innych swoimi pasjami, wszystkie uległyśmy urokowi tego co kryje się za Kręgiem Polarnym. To jedno miałyśmy więc za sobą – cel podróży. Pozostał jeszcze wybór środka transportu. I tu nieoczekiwanie zrodził się pomysł by podziwiać Laponię z perspektywy dwóch kółek. Ta forma podróżowania ma dwa istotne plusy: jest tania i pozwala być niezależnym od lokalnej komunikacji. Pomysł się przyjął mimo, że ani ja, ani Paulina, nie dysponowałyśmy jednośladem nadającym się na taką podróż, a żadna z nas nigdy wcześniej nie przejechała jednorazowo na rowerze więcej niż 40 km. W sumie, to jak się głębiej zastanowić, nie potrafiłyśmy nawet załatać pękniętej dętki. Ale cóż… chcieć to móc!
Między egzaminacyjnym szaleństwem (należy wspomnieć, że konkretniejszy zarys pomysłu na całą wyprawę zrodził się dość późno, a my miałyśmy jeszcze studenckie obowiązki), spotykałyśmy się by ustalić ekwipunek, rezerwować bilety, kupować sprzęt.
W końcu jakimś cudem, pamiętnego dnia 26 czerwca 2007 roku, udało nam się wpakować do samolotu, a zamieszania przy tym było nie mało. Jak to już w Polsce bywa nie zawsze trzeba wierzyć temu co przeczytamy na stronie przewoźnika. Ponieważ zamiast jednej walizki każda z nas miała 4 sakwy i 1 wór, wpadłyśmy na genialny pomysł jak skompensować bagaż by z „wielu” zrobić „jedno”. Do tego celu niezbędna okazała się mocna taśma klejąca. I tak szczęśliwie my i nasz dziwacznie wyglądający bagaż wylądowaliśmy w Bodø w Norwegii – 67°18′ na północ od równika. Właśnie tutaj, tuż obok lotniska, o godzinie 1 w nocy w blasku… słońca, rozbiłyśmy nasz pierwszy obóz.

- Trasa jaka pokonały dziewczyny.
Zadaniem następnego dnia było utrzymanie się na rowerze i przyzwyczajenie się do ważących ok. 35 kg sakw, wypełnionych głównie jedzonkiem. W końcu jednak jakoś zdołałyśmy dopedałować do portu.
I tak naszą przygodę zaczęłyśmy od archipelagu Lofotów i Vesterålen – w naszym przypadku od Ǻ do A (Andenes). Nie na daremno mówi się na ten ciąg wysp „A do Ǻ” a nie odwrotnie. Owocem tej niewiedzy był wiejący przez cały czas w twarz północno-wschodni wiatr, który czasem potrafił zmniejszyć naszą prędkość do 10 km/h na płaskiej drodze.
Cóż o Lofotach? Wbrew pozorom trudno jest opisać coś co zatyka dech w piersiach mocą swego piękna. Droga wijąca się pomiędzy wybrzeżem a strzelistymi szczytami gór, soczysta zieleń traw, rześkie powietrze i… niezliczona liczba mostów. Lofoty to niewątpliwie jeden z cudów natury, okolony małymi acz urokliwymi miejscowościami, czasem prześwietlonymi słońcem, innym zaś razem osnutymi mgłą. „Wrażenie” Lofotów zależy właściwie w dużej mierze od pogody, bo to właśnie światło nadaje charakter temu dziewiczemu archipelagowi.
Myśląc o Lofotach od razu nasuwa mi się jedna z miejscowości – Ramberg. To tu zziębnięte i przemoczone zostałyśmy ugoszczone darmową kawą, herbatką, truskawkami i przemiłą rozmową dzięki niezwykłej gościnności małżeństwa prowadzącego punkt Informacji Turystycznej. Również w Ramberg znajduje się księżycowatego kształtu plaża, która spowodowała, że na chwilę zapomniałyśmy, iż znajdujemy się za Kołem Podbiegunowy. Stąpając po piasku czułyśmy się jak na jednej z karaibskich plaż, do rzeczywistości przywróciła nas jedynie temperatura wody oscylująca w granicach 8˚C. Tu też diametralnie zmieniła się pogoda – zrzuciłyśmy przeciwdeszczowe kurtki oraz długie spodnie i przez jakieś półtora tygodnia cieszyłyśmy się iście letnią temperaturą.









Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



Dwie przyjemności za jednym razem – rowerek i Kraje Północy :)
Piękna wycieczka!
Pozdrawiam i życzę wielu nowych takich pomysłów.