Niebo w kolorze indygo. Zjeść ciastko i mieć ciastko


Cezary Rosiński


Niebo w kolorze indygo Anny Jaklewicz to książka-misja. Autorka wykłada swoje motywacje w podtytule: Chiny z dala od wielkiego miasta. Oferuje zatem spojrzenie na Państwo Środka bez tłoku, nieśpieszne, kolorowe, po prostu chińskie w swojej odmienności i tradycyjności. Ale nie wie jeszcze, że może zniszczyć to, co tak bardzo chce ocalić.

Książka Jaklewicz wymyka się klasyfikacjom, niby to reportaż, niby dziennik z podróży wzbogacony zdjęciami, ale tak naprawdę to najwięcej jest tu podręcznika do historii i bardzo prywatnego przewodnika.

To, co początkowo działa na korzyść książki, a więc historyczna wprawka, generalia na temat Chin, a także przypisy – odsyłające do miejsc bogatych w informacje – wkrótce staje się męczące i stawia całość pod znakiem zapytania. Bo oto ogólne informacje można znaleźć wszędzie, podobnie jak podawane przez autorkę ceny, aktualne problemy społeczne i newsy znane są już z serwisów informacyjnych, a przygniatająca liczba odnośników rodzi wątpliwość, czy aby na pewno Jaklewicz odwiedziła Państwo Środka. Pozostają wszak zdjęcia – niezaprzeczalny dowód obecności – przedstawiające osobliwość chińskiej prowincji w sposób najciekawszy. Jest bowiem Niebo w kolorze indygo przewodnikiem – książką bardzo powierzchowną – dla tych, którzy chcą tylko zobaczyć.

Sama podróżniczka, a może raczej – turystka, bardzo stara się pobudzić wzrok, ciągle coś opisuje, właściwie – zdawkowo zarysowuje, bo występujące wespół z tekstem zdjęcia wykonują tę pracę za nią. Jej oczy stają się jedynym zmysłem przyjmującym jakiekolwiek bodźce, tyle jej, co zobaczy. Przyjedzie, poogląda i odjedzie do własnego, znanego i bezpiecznego świata, bo już się nasyciła. Jeśli czegoś nie rozumie, nie docieka, tyle, ile ma – wystarczy. Istnieją śledzone przez autorkę z zamiłowaniem zabytki architektoniczne i niespotykane zwyczaje miejscowych grup etnicznych, ale ludzie są odsunięci na dalszy plan – ci normalni, życzliwi, którym dziękuje na wstępie – a gdy już się pojawiają, to zanim zdążą się na dobre rozgościć na stronach Nieba…, już muszą zniknąć, ustąpić miejsca czemuś ciekawszemu.

Jaklewicz jest turystką bardzo przywiązaną do wygód, oferowanych jej przez rozwój technologiczny, ciągle szuka czegoś w Internecie. Informacje o tradycji i zwyczajach określonej grupy bierze z sieci, a nie od tubylców, wśród których przecież przebywa. Co to znaczy? Oby nie to, że siedząc w domu można dowiedzieć się i zobaczyć wszystko to, czego autorka doświadczyła tysiące kilometrów stąd.

Są jednak miejsca w Niebie…, w których turystyczna sztuczność ustępuje miejsca prawdziwemu zainteresowaniu i uczestnictwu. Punkty bogate w wartość doświadczeniową to szczere rozmowy, zatrzymanie się na historii jednego człowieka. Jak wtedy, gdy rozmawia z „Wielkim Mosuo” i zestawia plotki na temat jego ludu z rzeczywistością. Pyta, interesuje się, zatraca w dociekliwości, przebywa, po prostu obcuje – istnieje całym sobą w świecie, który zewsząd ją atakuje, a ona chce ten ogrom sygnałów odebrać, przeżyć i zapamiętać.

Podstawowym problemem książki – zdaje się – jest jednak odchodzenie i znikanie tradycyjnego świata. Chiny się zmieniają – europeizują? amerykanizują? – mieszka się tu ze sobą przed ślubem i nie je psiny, ale największą bolączką jest to, że kuszący świat zastępuje ten tradycyjny, że niedługo nie będzie komu pracować na roli. W tym dekadenckim utyskiwaniu mieści się prawdziwy dramat Państwa Środka. Symbolem tragedii i przegranej sprawy staje się koszulka z Parkiem Jurajskim noszona przez aktywistkę i rzeczniczkę starego świata. Jaklewicz ucieka od hałasu, szuka spokoju i cieszy się, gdy widzi ludzi żyjących od wieków wedle tych samych reguł, dlatego zupełnie niezrozumiałe jest zaproszenie wszystkich turystów odwiedzających Chiny właśnie w takie miejsca. Żeby wpadli ze swoimi pieniędzmi, gospodarką i turystyką, zrównując wszystko z ziemią, by wybudować wielkie hotele – takie same jak wszędzie indziej na świecie?

Niebo w kolorze indygo to bardzo niebezpieczna książka. Może zniszczyć realny świat, stając się jednocześnie jego ostatnim wspomnieniem. Jaklewicz jest zachłanna, chce mieć tradycję i nowoczesną turystykę – ten „cywilizowany” świat, o którym mówi – w jednym, a tak się nie da. Lepiej więc i bezpieczniej dla Chin wyruszyć w podróż z nią – tę czytelniczą – niż za nią.

Anna Jaklewicz, Niebo w kolorze indygo. Wydawnictwo Bezdroża 2013.

Cezary Rosiński


Komentarze: 2

Pojechana 19 lipca 2013 o 4:04

Lepiej bym tego nie ujęła- bardzo trafna recenzja.

Odpowiedz

Anna Jaklewicz 6 czerwca 2016 o 16:16

Zastanawiam się zatem, dlaczego peron4 zdecydował się zostać patronem medialnym tej książki?

Odpowiedz