Motocyklami przez Rumunię. Opowieść z perspektywy plecaka


Anna Nowotna


– Zastanowię się i za pół godziny oddzwonię – mówię do znajomego, ale już po kilku minutach jestem pewna, że chcę jechać. Dwa i pół tygodnia w górzystym i tajemniczym kraju Drakuli, trzema motocyklami na krętych szosach. Pachnie kawałkiem wesołej przygody!

Startujemy z Elbląga. Klaudia na Yamaha XT660, Michał na Hondzie V T 500E i ja, jako plecak (czytaj: pasażer),  z Orłem na motocyklu Yamaha XTZ Tenere (pieszczotliwie nazywaną Parchatką). Przez dwa dni dzidujemy przez Polskę, Słowację i Węgry i nareszcie docieramy do granic Rumunii.

Najlepsze miejscówki pod gołym niebem

Już pierwsze kilka dni daje nam sporą dawkę emocji. Rumunia to idealny cel podróży nie tylko dla motocyklistów. Także dla każdego, kto kocha góry oraz uczucie wolności i bardzo dobrze czuje się w „dzikich” okolicach, nieobwarowanych jeszcze nakazami i zakazami, których coraz mniej jest w Polsce.

My takie miejsca uwielbiamy. Pomimo że w Rumunii są już oficjalne kempingi czy pensjonaty smaczku przygody nadają nam noclegi wśród dzikiej przyrody. Nie nazywam tego dzikim kempingiem, bo Rumuni rozbijają namioty w górach wszędzie gdzie chcą. Tak więc, gdy tylko słońce dotyka horyzontu, wypatrujemy miejscówek na rozbicie namiotu i rozpalenie ogniska nocą. Polanki nad górskim strumieniem, łąka skryta za zaroślami niedaleko drogi… Ciekawe, gdzie dziś będziemy nocować?

Wyboistą drogą polną, powoli dojeżdżamy do kilku gospodarstw, położonych na soczystozielonych wzniesieniach. Gasimy silniki przy ceglastym budynku sklepu. Powrót do czasów PRL-u. Przez ubrudzoną szybę prześwitują prawie puste regały i kilka butelek, które wzbudzają nasze zainteresowanie. Gdy nareszcie nadchodzi sprzedawca – gospodarz z sąsiedniego domu – okazuje się, że w ofercie oprócz piwa jest coś jeszcze – skarb spod lady: palinka, miejscowy bimber.

Zaraz po degustacji robimy duże zakupy i rozbijamy namioty na trawiastej łące, tuż przy sklepie i oczywiście za zgodą gospodarza. Potem, z podręcznymi rozmówkami w ręku, biegniemy do gospodyni. Pomarszczona staruszka w chustce odsprzedaje nam jajka i kartofle. Mieszkańcy Rumunii bardzo pozytywnie nas zaskakują.

Kraj gościnnych i życzliwych ludzi

Rumunia należy do Unii Europejskiej, ale jest to kraj biedny. Mimo to życzliwość i gościnność jest tu wszechobecna. Ludzie są bardzo pomocni, mimo bariery językowej za wszelką cenę starają się dopomóc i są wyjątkowo gościnni. Dzięki temu udaje nam się skosztować m.in. tradycyjnej zakuski, czyli warzywnej pasty na chleb domowej roboty lub tańczyć przy lokalnej muzyce. W osłupienie wprawia nas też małżeństwo w średnim wieku. Bez słowa otwierają bagażnik dacii i z wiader wybierają dla nas soczyste, swojskie pomidory. Nie dowierzamy. Czy oni są aż tak gościnni, czy my wyglądamy biednie?

Po tym kraju podróżuje się bezpiecznie. Najwięcej przestróg przed wyjazdem słyszeliśmy od ludzi, którzy nigdy w Rumunii nie byli i mają mgliste pojęcie o tym, jak tu naprawdę jest.

My wiemy swoje – uwielbiamy Rumunię! Gdy zapada noc, a płomienie wysoko skaczą nad ogniskiem, radośnie planujemy dalszy etap podróży. Kręte drogi najsłynniejszych szos przed nami.

Ponad chmurami

Przeszło sto kilometrów szosy Transfogarskiej przebiega przez najwyższe pasmo górskie w tym kraju – Góry Fogarskie. W najwyższym miejscu wznosi się ona na wysokość 2034 m n.p.m. Trasę w latach siedemdziesiątych zbudowało wojsko na polecenie komunistycznego przywódcy ówczesnej Rumunii – Nicolae Ceausescu, nazywanego przez propagandę między innymi Geniuszem Karpat.

To dla nas motocyklowy raj i mocne wrażenia. Serpentyny są ostre, często niezabezpieczone, droga pnie się stromo w górę, a wraz z wysokością spada temperatura. Najdłuższy z tuneli, przez które przejeżdżamy, ma osiemset osiemdziesiąt cztery metry długości.

Podobnie wygląda starsza siostra szosy Transfogarskiej – Transalpina, znana także, jako droga DN67C. Najwyżej położona szosa w Rumunii wije się wzdłuż grani Gór Parâng, trawersując szczyty raz od południa, raz od północy, osiągając wysokość 2145 m n.p.m.

Jazda po winklach na Transalpinie jest nie lada wyzwaniem nawet dla zaawansowanych motocyklistów. Ja – plecak – coraz mocniej ściskam kierowcę. Nie możemy podziwiać pięknych widoków, ale emocje są ogromne, bo szczyt Transalpiny przejeżdżamy we mgle. Zakręty pojawiają się tuż przed kołem, do końca nie wiadomo, jaki jest profil zakrętu, na drodze nagle wyłaniają się pasterze ze stadem krów. Raz po raz wybucham dzikimi okrzykami, by uwolnić nadmiar emocji, a Michał jadący za nami śpiewa z radości – tyle motocyklowych i podróżniczych wrażeń!

W którymś momencie asfalt nagle się urywa. Długie kilometry szutrówki, część drogi odpadła razem ze stromym stokiem, osuwiska, żwir i kamienie. Dla „Orła”, zapalonego motocyklisty, widok tak piękny, że zwalniamy. Razem z Klaudią utwierdzają się też w przekonaniu, że terenowe motocykle typu enduro, doskonale sprawdzają się na rumuńskich drogach.

Zagubieni w Apuseni

Rumunia zaskakuje mnogością urokliwych zakątków. W ostatnie dni wyprawy objeżdżamy Góry Apuseni. Malownicze połoniny kryją w sobie wąwozy i tajemnicze jaskinie; drewniane wioski z cerkwiami zachęcają do ponownego wrzucenia jedynki i dostrojenia silnika do powolnego rytmu życia mieszkańców. W którymś momencie zatrzymujemy się zupełnie. Stadko koni różnej maści tarasuje nam drogę. W takim korku jeszcze nie staliśmy.

Nieśpiesznie krążymy po okolicy, nie tylko gubiąc w zupełności poczucie czasu, ale też po prostu drogę. Mocne wrażenia dla wszystkich fanów jazdy off-roadowej! Wciąż na jedynce, ale w pełnej akcji, pokonujemy kilometry drogi ledwo utwardzonej luźnymi kamieniami, stromo pnącej się pod górę (nachylenie do trzynastu procent) i ograniczonej jeszcze bardziej stromymi urwiskami. Ręce bolą od trzymania kierownicy (mnie od ściskania kierowcy), ale dreszczyk emocji jest niezapomniany.

Wieczorem z pomocą przychodzi nam Nelu, gospodarz agroturystyki.

– Palinka penicylina! – śmieje się, zapraszając do stołu. – Bimber to najlepsze lekarstwo!

Faktycznie – pomaga. Oprócz tego, u Nelu, zajadamy się znowu miejscowymi smakołykami domowej roboty. Kiełbasa i tłuste skwarki to w Rumunii najlepsza przegryzka do siedemdziesięcioprocentowego płynu, tak samo, jak kwaśny mus jabłkowy.

– Moja cała rodzina żyje w Anglii, ale ja kocham Rumunię. Tam tylko nakazy i zakazy, a tu jestem wolny – mówi z przekonaniem Nelu.

My też bardzo polubiliśmy ten kraj. Niestety czas naszej przygody dobiega końca. Rankiem ruszamy w kierunku granicy. Na przejściu proszę o stempel w paszporcie, na pamiątkę. Już bez entuzjazmu dzidujemy przez Węgry, Słowację i docieramy do Bieszczad.

Łącznie, w trakcie tej podróży, pokonujemy trzy tysiące osiemset kilometrów i wiemy jedno: spowita legendą Rumunia na zawsze zapada w serca, a jej wciąż nierozwiązane tajemnice przywołują do powrotu. Na motocyklu, jako plecak, czy z plecakiem na ramionach, jeszcze się tu pojawię.

Listopad, 2014

Anna Nowotna


Komentarze: 3

Ania 16 grudnia 2014 o 5:47

Ah, ale robisz mi apetyt :) Jakis czas temu męczyłam zdjecia z rumuni pod względem wycieczki motocyklowej i droga ktorej zdjecie jest dodane we wpisie mnie oczarowała *__* :))
W moich poważnych zamiarach jest wyruszenie do Ameryki Centralnej na motorze (z Toronto przez USA do Centralnej, Poludniowa na razie ma znak zapytania przez Darien Gap), ale zrobilam prawko dopiero w lipcu wiec musze troche pojezdzic. Podroz planuje na druga polowe 2016 :))

Ania, http://pandaoverseas.com/

Odpowiedz

Ania 16 grudnia 2014 o 5:50

A co do przestróg: moj chlopak byl w meksyku chyba z 6 razy (z czego 3 to takie jedniodniowe pobyty spowodowanie przesiadkami) i zyje, a jak tylko ludziom powiesz ze jedziesz tam to od razu kazdy mysli, ze zaraz wrzuca cie do beczki z kwasem :) jak pilnujesz swojego interesu to wszedzie jest bezpiecznie moim zdaniem.

Odpowiedz

Ania N. 16 grudnia 2014 o 20:06

Super plany, świetne marzenia, Aniu! Mam bardzo podobne. Powodzenia! :)

Odpowiedz