Rzeka lawy wypływająca ze szczytowych partii wulkanu Pacaya w Gwatemali. (Fot. Marcin Kruczyk)

Gwatemalskie przygody

Z San Cristobal prosto do granicy gwatemalskiej, skąd wyruszyliśmy w kierunku Antiguy. Nazajutrz pojechaliśmy nad jezioro Atitlan. Przepłynęliśmy się łódką po wioskach rozsianych wokół jeziora. W Santa Catarina trafiliśmy na obchody dnia patronki miasta. Parada, dzieci popisujące się swoimi zdolnościami. Nad Atitlanem odwiedziliśmy jeszcze park, w którym chodziliśmy po wiszących mostkach i podziwialiśmy zwierzęta i rośliny.

Wolno płynie życie w Gwatemali, oj wolno... (Fot. Marcin Kruczyk)

Wolno płynie życie w Gwatemali, oj wolno… (Fot. Marcin Kruczyk)

Prosto znad Atitlanu wyruszyliśmy do Chichicastenango, gdzie w każdą niedzielę odbywa się największy w Ameryce Środkowej bazar. Do Chichi zjeżdżają się Indianie z różnych plemion i sprzedają swoje wyroby. Nam najbardziej podobały się maski, używane w obrzędach religijnych. Następny dzień przeznaczyliśmy na wycieczkę na czynny wulkan Pacaya. Po zmroku stanęliśmy w kraterze wulkanu, z którego wypływała prawdziwa rzeka lawy. Spodziewaliśmy się, że będziemy ją oglądać z daleka, ale podeszliśmy na wyciągnięcie ręki.

Rankiem wyjechaliśmy do Monterrico. Chcieliśmy tam poskakać na falach Pacyfiku i uratować żółwia. W tym miasteczku ma siedzibę fundacja zajmująca się ochroną żółwi morskich. Można za drobną opłatą wziąć takiego zwierzaka i zanieść do morza, żeby mewy go nie zadziobały. W rzeczywistości nie ma żadnego zagrożenia ze strony mew, bo jaja żółwi są w klatkach i młode są wynoszone do morza przez pracowników fundacji.

Muzycy Garifuna grają na ręcznie wykonanych instrumentach. (Fot. Marcin Kruczyk)

Muzycy Garifuna grają na ręcznie wykonanych instrumentach. (Fot. Marcin Kruczyk)

Po przyjeździe dzień upłynął leniwie, na tyle leniwie, że późną nocą poczuliśmy nadmiar energii. Poszliśmy na plażę. Tam okazało się, że koło wyspy, oddalonej od brzegu o jakieś 100 metrów, pływają kolorowo przyozdobione łódki. Na brzegu tłumek ludzi śpiewa rytmiczną, bardzo oryginalną piosenkę. To były uroczystości Garifuna w Livingstone. Łódki przybiły do brzegu i rozpoczęła się parada – mężczyźni grali na bębenkach, skorupach żółwi i muszlach, kobiety tańczyły, a cały tłumek śpiewał muzykę Garifuna.

Pochód miał bardzo kolorowe stroje. Pojawiały się w nich takie elementy jak liście palmowe, banany, orzechy kokosowe i mnóstwo kwiatów. Procesja, z flagą Garifuna na czele, zaczęła kierować się w stronę centrum miasta gdzie spotkała się z drugą. „Flagowi” wykonali taniec na środku głównego skrzyżowania w miasteczku i wszyscy razem weszli do kościoła, gdzie kończyły się obchody.

Nazajutrz wyruszyliśmy do Tikal – największego miasta Majów. Słońce już zaszło, a my dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w najdroższym miejscu w Gwatemali. Postanowiliśmy w związku z tym spędzić noc w hamakach, pod wiatami, w bezpośrednim sąsiedztwie najprawdziwszej dżungli. Bogactwo fauny w tym rejonie, jakkolwiek w dzień nie byłoby oszałamiająco piękne, tak w nocy było przerażające.

Ruiny najsłynniejszego miasta cywilizacji Majów - Tikal w Gwatemali. (Fot. Marcin Kruczyk)

Ruiny najsłynniejszego miasta cywilizacji Majów – Tikal w Gwatemali. (Fot. Marcin Kruczyk)

Nad ranem obudziły nas kocie ryki. Jaguary wychodziły na poranne polowanie. O wschodzie słońca wyruszyliśmy do ruin, na zwiedzaniu których upłynęła nam reszta dnia. Olbrzymie, wykonane z ogromną dokładnością starożytne budowle, zatopione w nieprzebytej dżungli, pełnej drapieżnych kotów, papug we wszystkich kolorach tęczy, tukanów i ich ogromnych dziobów i tysięcy innych stworzeń, robiły imponujące wrażenie.

Zachwycająca Hawana

Z Gwatemali, przez Tulúm w Meksyku, w którym uprawialiśmy szeroko pojęte lenistwo, pojechaliśmy do Cancún, skąd mieliśmy polecieć na Kubę. Po kilku godzinach na pokładzie samolotu, gdzie spotkałem Kubańczyka, który w latach osiemdziesiątych uciekł z wyspy do Stanów Zjednoczonych i pierwszy raz od tego czasu wracał z ojcem do ojczyzny, znaleźliśmy się w jednym z najbardziej roztańczonych miast na świecie.

Hawana powaliła nas swoim urokiem. Dewastowane przez dziesiątki lat za sprawą reżimu kamienice biją nieco przykurzonym, ale nadal oślepiającym blaskiem. Wszystkie meble i sprzęty w stylu lat dwudziestych, trzydziestych ubiegłego wieku. Zdobienia murów i pełne kwiatów Patio rodem z Fridy. Bajka!

Na Kubie plany mieliśmy bogate, ale skończyło się na tym, że postanowiliśmy cały czas spędzić w Hawanie. Stracilibyśmy wiele godzin na przejazdy, a przecież stolica miała tyle do zaoferowania.

Przykurzony blask Hawany. (Fot. Marcin Kruczyk)

Od razu po wyjściu z hotelu zostaliśmy zaciągnięci do kamienicy przez lokalnego sprzedawcę cygar. Weszliśmy do małego mieszkanka, gdzie posadzono nas na krzesłach i przyniesiono całą torbę najróżniejszego rodzaju cygar do wyboru. Nadal lekko zaniepokojeni oglądaliśmy „towar”, ale w końcu z duszą na ramieniu oznajmiliśmy, że nie zdecydujemy się na zakup. Po piątej takiej wycieczce i zaciekłych targach o każdego centa, czuliśmy się jak u siebie.

Pozytywnym zaskoczeniem byli zamieszkujący Hawanę ludzie. Spodziewaliśmy się nędzy, braku podstawowych produktów, a okazuje się, że od kiedy Raul Castro przejął władzę na wyspie, to miejscowa ludność ma prawo kupować towary w sklepach dla turystów.

Na deser wulkan Iztaccihuatl

Wróciliśmy do Cancún, skąd szybko przedostaliśmy się do Mexico City. Wieczór na Plaza Garibaldi przy śpiewach mariachis z tacos i torstas mijał przyjemnie, aż w końcu razem z Michałem przyznaliśmy się otwarcie, dlaczego tak bardzo zależało nam na szybkim przelocie do Mexico City: wpadłem na chory pomysł zdobycia Iztaccihuatl. Pozostały niecałe dwa dni do wylotu, a my postanowiliśmy wejść na trzeci szczyt Meksyku, wulkan o wysokości ponad 5200 m n.p.m. Następnego ranka wyjechaliśmy we dwóch do Amacameci – miasteczka, z którego startuje się na Białą Damę.

Góra ma cztery podstawowe wierzchołki – Las Pies, Las Rodillas, El Pecho (oczywiście najwyższy – 5286 m n.p.m.) oraz La Cabeza. Atakowaliśmy od strony Las Pies. Na ten szczyt prawie nikt nie wchodzi, bo po pierwsze jest najtrudniejszy technicznie, a po drugie najniższy. Z Las Pies spoglądając na południe mogliśmy podziwiać sylwetkę dymiącego Popocatepecl, a na wschodzie w oddali majaczyła Orizaba.

Aktywny Popocatepecl - druga góra Meksyku. (Fot. Marcin Kruczyk)

Wejście szczytowe było planowane na godzinę 2 w nocy. Koło 1 bardzo zaczęła mnie boleć głowa, nie mogłem spać. Wydawało się, że atak szczytowy jest nie do przeprowadzenia, ale o godzinie 4 wstałem jak nowonarodzony i zarządziłem pełną mobilizację. Mięliśmy niby dwie godziny opóźnienia względem planu, ale trzeba było spróbować.

Po osiągnięciu pierwszej przełączki, zgubiliśmy się trochę, przez co zamiast iść ścieżką, poprowadziliśmy kilkumetrową ściankę o trudności III+. Ledwo po dwóch godzinach stanęliśmy na Las Rodillas. Postanowiliśmy jeszcze powalczyć o El Pecho.

Gdy bez większych trudności dotarliśmy do lodowca, widok był tak piękny, że mimo realnej groźby spóźnienia się na samolot wygospodarowaliśmy czas na robienie zdjęć i czyste podziwianie. Żeby zaoszczędzić trochę czasu, zostawiliśmy przy lodowcu plecaki, nie marnowaliśmy czasu na zakładanie raków i wyruszyliśmy na szczyt. Nie było to zbyt mądre, bo co chwila ślizgaliśmy się. Jednak udało się – osiągnęliśmy szczyt. Jeszcze zdjęcie na El Pecho i biegiem w dół.

Z Amacameci jeszcze ostatni rzut oka na El Popo i Iztaccihuatl i autobusem do Mexico City skąd odlecieliśmy z Benito Juarez.

Marcin Kruczyk

Z wykształcenia elektronik, obecnie bioinformatyk na Uniwersytecie w Uppsali. Od wielu lat usiłuje odpowiedzieć sobie na pytanie czy kocha bardziej góry czy podróże.