Marcin Jędras: Kitelancers to pogoń za wiatrem


Emilia Wojciechowska


Kitelancers to wyprawa w poszukiwaniu dobrych wiatrów i ciekawych miejsc do kitesurfingu. Gdzie będą ich szukali jej uczestnicy? O to, i nie tylko o to, spytaliśmy jej organizatora i głównego uczestnika w jednej osobie – Marcina Jędrasa.

Spoglądam na mapę wyprawy Kitelancers. Podróż rozpoczęła się we Wrocławiu, mieście, które dało początek wielu sportom deskowym w Polsce. Jest na niej i Hel, polska mekka kitesurfingu, oraz Łeba. A potem: Niemcy, Holandia, Szwajcaria, Włochy, Monako, Hiszpania, Maroko, Portugalia, Włochy po raz drugi, Grecja, Turcja, Polska po raz drugi. Przegląd auta i po tym małym pit stopie, Turcja, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman, Indie, Sri Lanka, Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Filipiny, i wreszcie meta w Hong Kongu. Hmm…

– Jaki jest cel wyprawy Kitelancers?

– Zaczęło się od tego, że zastanawiałem się co zrobić, żeby pływać/latać więcej. Oglądałem fotki z różnych miejsc i tak mnie tchnęło: a gdyby tak przez nie wszystkie przejechać i znaleźć najfajniejszy? Potem pomysł ewoluował. Geograficznie, celem jest Hong Kong. Podróżniczo, to nie cel a droga, czyli wszystkie spoty jakie odwiedzę. A personalnie – nauka nowych rzeczy na kite.

– Jaki był klucz w dobieraniu kite-stopów?

– Na początku patrzyłem, gdzie się da dojechać. Chciałem odwiedzić takie miejscówki, jak Tarifa, Rodos, Sardynia czy Maroko. Nakleiłem wielką mapę na ścianę, jakieś 1 na 5 metrów. I zacząłem jeździć po niej palcem. Był plan na Egipt i Arabię Saudyjską, ale okazał się mało realny, więc w zamian pojawił się Iran. W skrócie rzecz ujmując, to chciałem jak najdalej zajechać, możliwie drogą lądową. I oczywiście jechać tam, gdzie wieje.

– Mapa wyprawy wygląda dość imponująco. Są na niej takie miejsca, jak Kambodża czy Wietnam, miejsca, które kite’owemu laikowi niekoniecznie kojarzą się z kite’em…

– W Wietnamie jest nawet polska szkoła kitesurfingu. W tym roku nawet dość głośno o nim było w kite’owych mediach. Wieje tam przez większą część roku, a Mui Ne jest dość znane. W Kambodży są mniej znane spoty, a sam kraj jest też podróżniczo ciekawy.

– Wyprawa podzielona jest na dwa etapy – europejski i azjatycki.

– Dokładnie. Pierwszy etap to Europa, w której w 1/3 już jestem. Drugi etap to Azja. Mam nadzieję, że przerwa na załatwienie wszystkich formalności nie będzie dłuższa niż miesiąc. Przed wyjazdem do Azji trzeba będzie jeszcze trochę popracować nad autem, zamontować drugi zbiornik paliwa i może większy na wodę. Może też kilka sesji u masażysty sobie zrobię, bo czasami trzeba na fotelu w aucie spać, a to plecom raczej nie służy.

– Jak prezentuje się kitelancerska ekipa? Na blogu wyczytałam, że można do Was dołączyć…

– Głównym członkiem mojego zespołu jestem ja, gdyż tylko ja jadę całą trasę. Kilkoro znajomych, którzy mi pomagali przy organizacji, będzie się ze mną zabierać na kilka tygodni, na różne części podróży.

Tak jak wspomniałaś, można się do mnie dołączyć. Wystarczy dać mi znać, umawiamy się na lotnisku, gdzieś blisko mnie i wspólnie jedziemy przez kolejne spoty. Wczoraj na przykład przypadkiem ma plaży poznałem Mateusza, który dla kite’a przeprowadził się do Barcelony. Za kilka dni odbieram go z Malagi i razem jedziemy na Tarifę i do Casablanki. Zasada jest prosta – dzielimy się kosztami za paliwo, autostrady, czy promy. Jeżeli ktoś nie umie pływać na kitesurfingu, to też nie problem, gdyż jestem instruktorem i mogę nauczyć.

– No właśnie, jak wyglądają kwestie finansowe?

– Sprzęt kitesurfingowy mamy od Nobile, pianki od Xcela, akcesoria z Hydrosfery i jeszcze Seventy One, Escape i NaviFleet wsparły nas swoimi produktami. Przygotowanie auta, paliwo i wszystkie inne koszty związane z podróżą są na moich barkach. W totka niestety nie wygrałem, więc po drodze muszę pracować. Jestem programistą i tworzę aplikacje internetowe, więc do pracy potrzebuję tylko laptopa i Internetu. Jak na razie nie było większych problemów.

– Twoim zdaniem kitesurfing jest w Polsce popularny?

– Podobno per capita mamy największy odsetek kitesurferów na świecie. Wydaje mi się jednak, że nie jest to jeszcze za dobrze znany sport. A opinie o nim powielane są dość mylne. Jest to sport, którego można się szybko nauczyć, bo przeważnie wystarcza 15 godzin, a czasami i w 8 godzin ludziom się udaje. Jest to sport również dla dziewczyn, w końcu mamy urzędującą mistrzynię świata. Jest to też sport dla młodych i starych, bo nie wymaga za dużo siły. Na pewno jest to sport dla myślących, bo jak się myśli, to jest to również sport bezpieczny.

– A co Ciebie najbardziej fascynuje w kitesurfingu?

– Mnie w kitesurfingu najbardziej pociąga uczucie wolności, jakie mu towarzyszy. Skoki i latanie dodają trochę adrenaliny. No i zawsze można sobie wyznaczać nowe wyzwania, nowy trik, pływanie na falach, czy deska race. Możliwości są na prawdę duże.

– Podróż już się rozpoczęła. Gdzie dokładnie Cię złapałam?

– Aktualnie jestem w Parku Narodowym Delta de l’Ebre w Hiszpanii, jutro po pływaniu jadę do Capo de Gata na Południu Hiszpanii, a od środy będę w jednym z najbardziej kultowych spotów w Europie, czyli w Tarifie. Moją aktualną pozycję można śledzić na mapie.

Śledzić będziemy na pewno! Życzymy pomyślnych wiatrów!

Emilia Wojciechowska


Godzinami mogłaby siedzieć w kinie, całymi dniami jeździć na rowerze, wieczorami słuchać muzyki, nocami snuć plany, a w nieskończonej jednostce czasu - podróżować.

Komentarze: Bądź pierwsza/y